Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Witamy na nowej stronie! Przenieśliśmy się na system Wordpress, także od dziś możecie zostawiać pod zapiskami Ernesta komentarze, i przeszukiwać archiwum za pomocą pola 'Wyszukaj', o tam, po lewej, pod maszyną do pisania.

Pozdrawiamy,
Internetowe Krasnoludki

Wspomnienie o Marianku Ośniałowskim

18 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Zapomniałem o Marianku Ośniałowskim. Marianek, po rozbiciu naszego zespołu, nigdy już nie znalazł miejsca dla siebie. Tak powiadają.

To możliwe, bo Marianek był chyba najbardziej bezradny. Chociaż najstarszy z nas. To dziwne, wtedy wieku Marianka w ogóle nie odczuwałem. A było między nami chyba dziesięć lat różnicy.

Strasznie lubiłem Marianka.

 

Zgodzimy się z każdym już wyrokiem bożym

Tylko nie wytnijcie naszych lip przydrożnych

 

Lubiłem ten wiersz a nie rozumiałem dlaczego został napisany. Jakie lipy i kto je zamierzał Mariankowi wyciąć? Gdzie to było? Kiedy?

 

Dlaczego nie wiedziałem albo nie chciałem wiedzieć? Przecież rozmawiałem z Mariankiem nie raz o lipach, o łąkach. Był dla mnie najbardziej ze wszystkich kolegów rozumiejący te sprawy. Polny. Na pewno orientował się w lesie czy wśród łąk lepiej niż wśród budynków miejskich.

 

Tak bowiem dzieliłem ludzi. Ciągle czułem się obco w Warszawie. Gubiłem poczucie kierunku. Nie dawało się iść na skróty. Niby mieszkałem w mieście ale znałem tylko jego kawałki. Okolice Narutowicza, bo tam mieszkałem. Potem okolice Karolkowej, ale bardziej w stronę pól i gruzów jakie oddzielały wtedy nasz dom akademicki od zbudowanych na nasypach domów Nowolipek.

Te nasypy. Wiedziałem, że to zawalone dawne ruiny fundamentów domów. Wszystko mogło być pod ziemią tych wałów. Co pewien czas osuwał się grunt, otwierała się droga w głąb. Zresztą tak było prawie w całej Warszawie. Ale tu szczególnie, bo Niemcy jak mogli zrównali całą pamięć o ulicach i domach. Odbudowując starano się wykorzystać (jeśli to można tak powiedzieć) te ciągnące się wały pod fundament lekkich budynków.

Taka jest ta dzielnica. Kiedy potem zjechał do Warszawy Włodek Odojewski, nocowałem kiedyś w jego mieszkaniu. Właśnie na Nowolipkach.

Gadamy sobie i nawet chyba coś powolutku popijamy, kiedy dał się słyszeć szelest. Rozpychanie gruzu. I pokazała się odpadająca gruda tynku przy kaloryferze. A potem, spłoszony światłem łepek całkiem siwego szczura.

Więc od Karolkowej w stronę śródmieścia, a raczej tego co było dla mnie środkiem miasta czyli Krakowskiego Przedmieścia, znów kawałek oswojonej Warszawy. Na Pradze, kiedy tam się osiedliłem, okolice Kickiego i torowiska. Pustać terenu kolejowego ciągnąca się do lasów Olszynki przez Kozią Górkę.

 

To były przestrzenie, po których ganiał Pragą srebrny jeleń Marianka.

Piotr Kuncewicz analizując ten wiersz w swojej historii literatury mówi, że jest w opowieści o jeleniu trochę grozy. Jakby Marianek zamieniał się w swoich snach w wilkołaka. Bo gnał za swoim Srebrnym – tak pisał – przez torowiska, pustacie, miasta, jałowe przestrzenie. Aż tam, gdzie szerzej można odetchnąć. Do lasów.

Zresztą nawet na pustaciach miejskich, wśród buszu zarastającego tereny pomiędzy drogami pociągów, też było domowo. Tak czuliśmy z Marianem. Dla mnie i dla niego jakaś drzewina wyrastająca spośród zwałowiska i śmieci, łączka pomiędzy torfowiskami, dolina, którą formowały nasypy i przejazdy kolejowe – wszystko to pachniało wiatrem. Powietrzem.

Pisałem już chyba o tym ciężkim, ceglastym oddechu Warszawy tamtych lat. O tumanach pyłu, kakaowym kolorze zmierzchów. Ale o prawdziwej ojczyźnie lip Mariankowych jakoś nie rozmawialiśmy. Marianek zresztą mówił raczej tylko o wierszach. Rzadko i niewiele o swoich sprawach dnia powszedniego.

Niewiele ich zresztą miał, bo żył, jakby niczego nie potrzebował. Coś tam jadł ale ledwo w przelocie dziobnął….Tak, żył trochę po ptasiemu.

Jak ja miałem za co jeść to jadłem wykorzystując do końca tę okazję. Jak nie miałem gdzie mieszkać, to bezdomność wyłaziła wszystkimi porami moich wierszy.

 

A Marianek?

Ponoć mieszkał u jakichś starych pań na Pradze. Tam właśnie, w okolicach gdzie były pastwiska jego srebrnego jelenia. W Dublinie w 95 roku, napisałem tak:

 

Marianek Ośniałowski list do mnie napisał

Że wreszcie złapał srebrnego jelenia

Jeleń jest ciut garbaty i szary jak ziemia

Ale, gdy się przy gruncie patrzący położyć

Nie widać, że malutki i bardzo wyłysiał…

Więc Marianek, by patrzeć musiał grób otworzyć

Zejść w siebie. Tam spod ziemi i mleczów korzeni

Jeleń jego, jak księżyc, w nowiu się odmienił…

Marianek mnie zaprasza. Poleżymy rankiem

Na głębinie co płynie nad torowiskami

W zapachu iskier, które biegną z pociągami

Co z tego że nasz jeleń ma zatrutą rankę

A piasek z rany broczy, jak gwiazda przecieka

To może nawet piękniej gdy czas się odmierza

I jak z klepsydry szeleści z daleka….

Co z tego, że ta rana ciągle się poszerza

A jeleń minął pełnię, biegnie w odchodzenie?

Marianek mówi: On przegoni cienie

W następnej kwadrze…Teraz szybko spijaj

Krew piasku jak wilkołak. I wracaj różowy

Do domu. Ja tu chyłkiem pod piaskiem przeżyję

Gdy jeleń będzie w nowiu, przyślę ci list nowy

 

O, na przykład. Jesteśmy na wieczorach autorskich. Nas, poetów wtedy gęsto zapraszano. Oczywiście coś gadamy, spotykamy się z czytelnikami, potem wieczorem pożeramy i popijamy w miejscowych knajpach, czasami wpadamy w tarapaty i nagle:

 

- Gdzie Marianek?

 

A Marianek niby przed chwilą był a może już go od dawna zabrakło. Nie zauważyliśmy tego w naszym gadaniu, pokrzykiwaniu. Bo Marianek prawie nigdy się nie odzywał. No więc był z nami. Ale kiedy wybył….?

Rano, tuż przed odjazdem pojawia się nagle Marianek. To znaczy jest tak, że nie było go z nami przy stoliku, a ni z tego ni z owego, jest. My szarzy, niedospani, z resztkami alkoholu i długich dyskusji w łepetynach. Marianek czysty jak zawsze. Świeży.

 

- No Marian, gdzie byłeś od wczoraj?

 

- A, poszedłem na łąki. A samiutkim rankiem oglądałem ptaki.

 

Taki był. Ale lipy jego miały być wyrąbane w czasie parcelacji majątku. Teraz wiem, że Marian już wtedy, w czasie parcelacji majątku, prawie dwudziestoletni, patrzył na tę aleję lipową i prosił… Kogo on prosił poza Bogiem, kogo mógł prosić o zmiłowanie nad lipami?

A może dobrze, że nie wiedziałem nic o dworskim dzieciństwie Marianka, o parcelacji ziemi i drzew, o jego tułaczce, może lepiej…

Bo, nie jestem pewny czy umiałbym pochylić się ze zrozumieniem nad prawdziwą historią lip.

 

Trudno mi powiedzieć dlaczego, ale byłem wtedy dość radykalnie ludowy. Nie wiem jak to nazwać. Sam w tym równaniu świata nie miałem interesu. Ani moja rodzina. Ojciec z rodziny gospodarskiej, ale gospodarstwa przecież nie miał. Był żołnierzem zawodowym od pierwszej wojny światowej, przez powstanie wielkopolskie, wojnę polsko-bolszewicką aż po ostatnią bitwę pod Kockiem.

Skąd u mnie ta gorzka zawziętość? Przez moich kolegów? Przez ludzi co mieszkali we wsiach na ziemi dzieciństwa mojego? Może. Ale jaka tam była reforma? Jakie tam były dwory?

A jednak gdzieś pulsowały źródła obcości i wrogości. Bo czy wycinano drzewa w parkach tylko dlatego że nie było czym palić? Nie będę mówił o sprawach, których chyba jako dziecko i pojąć nie mogłem. Ale pamiętam te szeregi drzew w parku byłej Podchorążówki, ścięte byle jak. Niedbale. Na wysokości człowieka. Bo nie warto się było schylać nisko, do samej podstawy pnia. To prawda, tak zaczęli ciąć rosyjscy żołnierze. To tak potem cięli ludzie.

Dzika, dzika radość niszczenia tego co musiało być opuszczone.

A może tak nasączono nasze myślenie nienawiścią? Nas, którzy, nie wiedząc o tym, robiliśmy się już kandydatami na biurokratów. Tak, biurokratów, bo nawet kultura była coraz bardziej wciskana w sztywne ramy. Kształtowano nas na posłusznych urzędników, ale trąbiono o romantyzmie przemian. O prawie do odbierania tego co było zagrabione.

 

Więc może nie zrozumiałbym Marianka. Bo naczytałem się mnóstwa wierszy i opowiadań o romantyzmie dzielenia majątków. To był temat, który dawał się opisywać…

Pamiętam taki wiersz kolegi. Bardzo zdolnego młodego poety. Sceneria dworu a raczej pałacyku. Pani dziedziczka siedzi przy pianinie, cisza, park za wielkimi oknami i kryształowymi szybami dworu. I nagle chamski łomot na ganku:

biedota wioskowa,

chłopiec z karabinem

ORMO

Myśmy przyszli za reformą

Pani dziedzicowa

 

Sprawa widzenia przez wieś owych lat od 44, to rzecz bardzo dziwna. Z jednej strony przecie, w krainie mojego dzieciństwa trwała mała wojna po wielkiej wojnie. Aresztowania, ludzie uciekający na Zachód (to był bardzo ważny powód osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych), leśne obławy, w których ponoć obok polskich oddziałów brały udział specjalnie wyszkolone oddziały NKWD.

A z drugiej strony, wśród wielu starszych ode mnie, ale przecież bardzo młodych jeszcze ludzi, wiara w sprawiedliwość społeczną.

Zostańmy przy tym co dokładnie pamiętam. A więc wielka popularność Słowa o Jakubie Szeli – poematu Brunona Jasieńskiego. Pamiętam tę książeczkę zaczytaną – wydała ją chyba biblioteka ludowa – w każdym razie była to poezja znana wielu młodym, którzy czuli się związani z tradycją Wici.

Dlaczego Jakub Szela? Jasieńskiego panująca władza ludowa oczywiście nie propagowała. Bo przecież został rozstrzelany w ZSRR jako polski nacjonalista. Znów idiotyzm dziejów. Bo akurat z tym nie miał nic wspólnego. Wręcz przeciwnie.

A może pamiętam już moje wrażenia z lat późniejszych, czyli z okresu kiedy jako szesnastoletni chłopak starałem się dostać na Uniwersytet. Może miesza mi się czas, który doświadczyłem, z czasem, który sobie wyobrażałem?

Doświadczenie pracy w Po Prostu, przełom październikowy, bo dla nas był to przełom, no i najważniejsze doświadczenie, czyli Współczesność, wyratowały mnie z tego przybierania „nieswoich póz”. Tak to nazywam. Bo wtedy był czas Wielkiego Udawania przed samym sobą. Jak się chce bardzo udawać, to się wymusza na sobie wiarę w świat, choćby był nierzeczywisty.

Starsi nauczyciele pisarze oczekiwali od nas udawania szczerego. Sami, chyba szczerze, przybierali różne pozy. To było nieszczęście ogromnej ilości skądinąd utalentowanych ludzi.

 

Kiedy wiele lat później pracowałem w Zespole Filmowym Kamera, spotkałem bardzo dla mojego życia ważnego nauczyciela. Był nim Jerzy Bossak, znakomity dokumentalista i nieco sceptyczny świadek naszych czasów i przeróżnych przemian. Opowiadał mi o erotycznych niemal skłonnościach artystów do tak zwanej klasy robotniczej. Przykłady były śmieszne i straszne.

Powtórzę …. śmieszne. Otóż – tak twierdził Pan Jerzy – znany, rewolucyjny, proletariacki poeta Szenwald był dzieckiem z zamożnej rodziny. Ale urzekła go poza „na proletariusza”. Ponoć przed wojną próbował jako młody komunista agitować i uświadamiać ideowo robotników. Poeta, nawet w głupstwach jest zawsze szczerszy niż politycy. Bo musi płacić całym sobą. No i Julek ubierał się w kraciastą czapkę, zakładał kurtkę. Tak wyobrażał się sobie bardziej robotniczo. Po czym błądził pod bramami fabryk naszeptując proletariackim szeptem (Bossak pokazywał jak to mniej więcej było) różne prawdy leninowsko-stalinowskie. Robotnicy traktowali go jak wariata.

Niestety policja sanacyjna ponoć nie miała poczucia humoru.

 

Dalej o Marianku, o sobie i Jasiu Himilsbachu w następnym wpisie…



W gościnie u irlandzkiego króla

16 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia, Zapiski Małgosi

Rodzina O’Conorów uznawana przez heraldykę należy do najstarszych rodów królewskich Europy. Wódz Klanu O’Conor Don, który wręczał Ernestowi order, już nie żyje. Zmarł 10 czerwca 2000 roku w wieku 88 lat. Tytuł przeszedł na jego najstarszego syna Desmonda.

Brzmi to wszystko jak początek opowieści z dawnych lat, a jednak ten 2000 rok wprowadza nas w zakłopotanie, bo przecież dziś prawdziwych klanów już nie ma..

 

W Irlandii, są i nawet uznaje je irlandzkie państwo. O’Conor odziedziczył tytuł w 1981 roku i odtąd zawsze wykorzystywał swą pozycję by promować wszystko co irlandzkie. Przewodniczył genealogicznym i historycznym stowarzyszeniom, zajmował się archeologią, zawsze wspierał irlandzką tradycję i założył Radę Irlandzkich Klanów. Rada jest jedynie ciałem doradczym, rzecz jasna, że nie prowadzi dziś wojen terytorialnych, i nie decyduje o losach państwa ale jej opinie szanują Prezydenci.

No, przynajmniej tak postępowała Madame Mary Robinson, były prezydent Irlandii która dzisiaj jest Wysokim Komisarzem do Spraw Uchodźców.

Ale wróćmy do O’Conora.

Na początku naszego ambasadorowania zaproszono nas na urodzinowe przyjęcie pewnego zacnego Jubilata. Arystokracja podjeżdżała do pięknie położonego na wzgórzu domu o nazwie San Elmo. Ja i mąż nieco speszeni znaleźliśmy się więc w nieznanym nam dotąd towarzystwie. Przyjęto nas z wszelkimi honorami i posadzono mnie obok Zacnego Jubilata, – męża obok Jubilatowej. Na przeciwko mnie siedziała księżniczka Francesca, a obok starszy gentleman którego angielszczyzny początkowo nie umiałam zrozumieć. Opowiadał coś zawile o tym jak to służył w czasie wojny w Anglii, jak to uczył polskich żołnierzy jazdy konnej, jak to pokochał Polaków. Wydawało mi się więc, że pytam inteligentnie gdy poprosiłam aby opowiedział mi kiedy osiedlił się w Irlandii. Staruszek, delikatnie tracił wtedy srebrnym widelcem swoją wizytówkę umieszczoną na platerowej podstawce i odparł:

- Dobre pytanie. Ja tu jestem od 75 roku Anno Domini.

 

Zanim odpowiedziałam, przez chwilę wpatrywałam się w złoconą wizytówkę z napisem The O’Conor Don i spłoszona przypominałam sobie irlandzką historię.

Historia na szczęście nie była mi obca, więc rozmowę rozpoczęliśmy od królów Connachtu. To, że raczej wiedziałam o czym mówię z kolei zdziwiło O’Conora.

I tak rozpoczęła się nasza znajomość.

Spotykaliśmy potem O’Conora i jego przemiłą małżonkę Madame Rosemary O’Connell-Hewett, wnuczkę samego wielkiego Daniela O’Connella, wielokrotnie. Dyskutowaliśmy o historii, Polsce, Irlandii, psach beaglach które hodował Denis i Rosemary, o dzieciach a jakże też.

 

Denis O'Conor Don i Madame RosemaryCzasem O’Conorowie przychodzili do naszej rezydencji, czasem, choć niezmiernie rzadko przychodziliśmy do ich malutkiego domku w Dun Laoghaire. Nie chcieliśmy robić staruszkom kłopotu. Rosemary która miała problemy z poruszaniem się zawsze przeżywała każdą wizytę i dobrze wiedziałam, że choć o tym nie wspomina, to przyjmowanie gości na obiad musi być dla niej i radością i sporym kłopotem.

Ktoś tu może zdziwić się i zapytać – no jak to, taka arystokracja, taki ród, a gdzie służba? Ze służbą w tej linii królewskiego rodu, było gorzej. Tak czasem bywa, że honor tytułu nie musi oznaczać zamożności.

Pewno lepiej powiodło się linii O’Conorów, zamieszkujących dawny dom rodzinny O’Conorów w Clonalis w hrabstwie Roscommon. Wielkie gniazdo rodu, dokumenty, stara biblioteka i kaplica a także harfa na której powiadają grał sam Turlough O’Carolan, znakomity poeta i harfista. Tłumaczyliśmy kiedyś i jego pieśni, a Peggy Brown, śpiewana najpierw przez zespól 2+1 a od kilku lat w repertuarze zespołu Myslowitz stała się szlagierem polskiej młodzieży.

 

Wróćmy jednak do historii naszej znajomości z Denisem i Rosemary O’Conor.

Mimo tego, że dobrze się poznaliśmy i że zdążyliśmy się zaprzyjaźnić zaskoczył mnie telefon od Kanclerza Domu O’Conorów barona Scotta Mac Millana of Rathdowne. Baron zapytywał czy Jego Ekselencja Ambasador czyli mój zwykły mąż będzie łaskaw przyjąć odznaczenie Craoibhe Rioga czyli order Królewskiego Rodu O’Conorów.

Rzecz jasna, że nie mieliśmy wtedy pojęcia o tym co to za odznaczenie i dlaczego akurat Ernest ma zostać nim wyróżniony. I choć zanim doszło do ceremonii przez moje ręce przechodziły listy z rodowymi pieczęciami i listy zacnych gości to dopiero w trakcie wielkiej uroczystości w naszej rezydencji przekonaliśmy się jak ważne to odznaczenie.

 

Tuż przed wręczeniem orderu

 

Wzruszony O’Conor Don przyjmował do rodu Ernesta, w salonie tłoczyli się szkoccy i irlandzcy wodzowie klanów. Niektórzy w spódniczkach! Panie w toaletach i diamentach, szampan i nasze dziesięć minut w innym świecie.

Potem wielki O’Conor Don powrócił ze swoją kochaną Rosemary do swoich piesków i malutkiego domku w Dun Laoghaire, a my wzruszeni wielkim tradycyjnym orderem i wyróżnieniem naszych prac promujących irlandzką tradycję, jak zawsze zakopaliśmy się w książkach.

O śmierci O’Conora dowiedziałam się z Internetu. Odszedł od nas ktoś bardzo bliski…pozostał królewski dom.

Podpis O'Conor Dona



Nie mów źle o białogłowach

16 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia

Może to nazbyt wielki skrót w mej poprzedniej opowieści. Od podboju przez Normanów do Odlotu Earlów. Ale z drugiej strony, trudno tu pisać szczegółową historię Irlandii. Taka już jest wydana. Przypominam więc jeszcze raz, sięgnijcie po Historię Irlandii wyd. Zysk i ska. Naprawdę, czytając ją można pojąć dzieje Wyspy. Strasznie skomplikowane. Mieszanina bitew, najazdów, zjednoczenia i rozłamy. Duńczycy, Normanowie.

Trzeba pamiętać, abyśmy nie przenosili naszych wyobrażeń o utracie niepodległości na te, przecież jeszcze średniowieczne, dzieje Irlandii. Często lubimy zbyt upraszczać. Najazd Normanów, panowanie Tudorów, zagarnianie całych połaci wyspy przez Anglię. I oczywiście wspaniali wodzowie irlandzcy, bohaterowie walki o wolność swego ludu.

 

Nie było to tak proste. Właściwie w czasach walki o panowanie Irlandii sami Irlandczycy nie stanowili jeszcze narodu. Nie mieli poczucia jedności. Wystarczy popatrzeć na mapę z okolic 1130 roku. Ileż tu prowincjonalnych królestw!

Mapa Hrabstw Irlandzkich

Stąd te skomplikowane decyzje ich przywódców, królów i wodzów. Stąd trudno powiedzieć co było zdradą a co było decyzją wynikającą z realnej oceny rzeczywistości.

Pamiętajmy też, że panowanie najeźdźców było walką w wyniku której kształtowały się nowe ośrodki władzy. Ciekawe, że Normanowie szybko ulegali czarowi kultury irlandzkiej, wchodzili w różne związki z miejscowymi władcami. Tak więc rodziła się niezmiernie wpływowa grupa panów o normandzkiej genealogii ale związanych coraz bardziej z gaelicką kulturą Wyspy. A kultura ta była fascynująca. Szczególnie dla życia dworskiego.

Rozwijały się też miasta, chociaż Irlandczycy nie byli ich założycielami. Cała stara koncepcja życia w tak zwanym „złotym wieku Irlandii” czyli w sprzed X wieku i najazdu Wikingów była niechętna wobec tworzenia ośrodków miejskich. Tak więc miasta najpierw zakładane przez Wikingów, Duńczyków a potem przez angielskojęzycznych mieszkańców, tworzyły zupełnie inną kulturę niż kultura wielkich dworów.

 

Gaelickie upodobania szlachty były coraz bardziej niebezpieczne dla angielskich królów. Stąd próby zakazu wszystkiego co gaelickie. Oto w statutach z Kilkenny 1366 zabroniono używania języka, prawa i zwyczajów irlandzkich. Statuty te pozostały jednak tylko pisaniną i długo jeszcze szlachta będzie mieć na swych dworach harfiarzy oraz poetów śpiewających po irlandzku.

Zresztą, język irlandzki ciągle miał zasięg ogromny. Językiem angielskim posługiwano się tylko za palisadą (Pale) czyli w rejonie obronnym wokół Dublina. I w kilku jeszcze miastach.

Jak te przeróżne wpływy bo i francuskie przez Normanów i angielskie, wpływały na rozwój nowej poezji irlandzkiej niech świadczy wiersz Nie mów źle o białogłowach.


Nie mów źle o białogłowach

 

Nie ma w tym dowcipu wcale

Kto dla błędów ich surowy

Tego za to nie pochwalę

Kocham to przekorne plemię

Jasność ich i słodką mowę

I nienawiść budzi we mnie

Kto oczernia białogłowę

Czyliż one wymyśliły

Nasze wojny, krwawe zmowy

Co kraj w gruzy obróciły -

Nie mów źle o białogłowach

Toć biskupi i prymasi

I król, który nam królował

Byli na ich wdzięki łasi -

Nie mów źle o białogłowach

One zawsze lgną do chłopców

Co odważni, młodzi, zdrowi

Nie chcesz tej skłonności popsuć -

Nie mów źle o białogłowach

Nigdy ich nie zadowolą

Władcze brzuchy, siwe głowy

Wciąż rycerzy młodych wolą -

Nie mów źle o białogłowach

 

(Nie mów źle o białogłowach, tłum.M.Goraj)

 

Autorem wiersza jest Gerald Fitzgerald, Earl Desmondu. Człowiek z wielkiego rodu, który ogromnie zaważył na historii Irlandii. Wielcy wodzowie z tej normańskiej rodziny w początkach XV wieku sprzeciwili się nawet władzy angielskich królów. Stanęli po stronie gaelickiej kultury Irlandii, przeciwko anglojęzycznym obywatelom miast. Ścięcie Earla Desmonda, innego przedstawiciela tegoż rodu, 14 lutego 1468 roku było wstrząsem dla Wyspy.

Ale my jesteśmy teraz w latach wcześniejszych. Bo nasz poeta, Gerald Fitzgerald ,także Earl of Desmond zmarł w 1398 roku. Pisano o nim tak:

 

Był to szlachcic wielkiej hojności, przystępny, dowcipny, wykształcony w pisaniu kronik.
Zresztą jak podaje historia Desmondowie w ogóle musieli być pięknym rodem. Bo o ściętym prawie sto lat potem, wspomnianym już potomku, tego rodu pisano w angielskich księgach:

 

Ścięto Earla Desmonda.A uczeni twierdzą, że nigdy nie było w Irlandii młodzieńca piękniejszego niż ten, który został tak zdradziecko zabity przez saksońskiego pana.

 

Saksoński pan. Pojawia się więc nazwanie, które odróżniało tych, co stawali przeciw kulturze gaelickiej od Irlandczyków i Anglo-Irlandczyków.

Ale jak potomkowie najeźdźców zostawali Anglo-Irlandczykami? No, choćby tak jak nasz Earl, Poeta, potomek Normanów. Pan, który długo walczył przeciw gaelickim wodzom. Bo przecież jego ród wyrąbał sobie swoje własne państwo.

W czasie tych walk było i tak, że stracił wolność. Był więźniem Briana z O’Brienów z Thomondu. Ale widać niewola ta była niewolą wedle starych praw walki. Znów przypominam Táin’a, abyście zrozumieli prawa walki z tamtych dawnych mitycznych lat. Wtedy zmagający się bohaterowie walczyli krwawo przez cały dzień, a w nocy pomagali leczyć przeciwnikowi rany. Pojąc go specjalnymi, czarownymi napojami, posyłając sobie wzajemnie najlepszych medyków. Po to, by rano znów podnieść się i walczyć.

Oczywiście czasy, kiedy wojował Earl Poeta, nie były już czasami starych opowieści. A jednak prawa wojny musiały być prawami uczciwej walki. Prawa niewoli musiały też być pełne galanterii. Bo właśnie w niewoli Desmond Poeta zaczął układać pieśni w języku irlandzkim.

Jako znawca poezji francuskiej wprowadził do literatury irlandzkiej piękny komplement, czar dworskiego uwodzenia kobiet.

Stał się słynny. Nawet prości wieśniacy wierzyli, że jest dobrym czarownikiem. Długo po jego śmierci opowiadano że żyje i pisze pieśni, że tylko zasnął i powróci na swym zaczarowanym koniu….

A rodzina Geraldinów porzuciła swój język najeźdźców i zaczęła używać irlandzkiego. Nawet w zapisach administracyjnych.

Tak więc były miejsca gdzie powstawało z zetknięcia dwóch kultur coś ciekawego i wielce obiecującego.



Na Irlandii brzegach dźwięczą ostrza mieczy

15 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia

Aby zrozumieć wiele wierszy irlandzkich z 12 i późniejszych stuleci trzeba choć trochę orientować się w skomplikowanej historii podboju wyspy. I nie tyle dla rozszyfrowania w metaforach aluzji do różnych wydarzeń historycznych. Nie tyle dla zrozumienia piękna tej poezji. Jednak trzeba przebrnąć przez zawikłane dzieje zetknięcia się starego świata Irlandii, królów, wodzów, rodów z zupełnie nowym światem normańskich najeźdźców.

 

Normanowie, ich sprawność bojowa, świetna organizacja, spryt, umiejętności inżynieryjne były już znane na wyspach z opowieści o podboju Anglii. Irlandia jeszcze nie znalazła się w polu zainteresowania Normanów. Jeszcze chroniło ją morze. Żyła we względnym spokoju po rozbiciu w roku 1014 potęgi Wikingów pod Clontarf. Wcześniej powstawały przepiękne ale i dziwne wiersze w których poeci cieszyli się ze sztormowej pogody.

Eire-wiersze irlandzkie

 

Błagali o burze, wichry, o fale rozbijające brzegi

Dziś spokój. Wiatr nam bije w oczy,

Fala się dźwiga od dna morza.

Dziś sztorm Wikingów krzyk, krew, pożar

Nie zbudzą nas pośrodku nocy
(Strach przed Wikingami tłum. M..Goraj, anonim powstały między IX a XII wiekiem)

 

 

 

Dlaczego tak?

Bo ta zła pogoda, straszne dni, były dniami błogiego pokoju. W taką pogodę Wikingowie nie atakowali. A uderzenia Wikingów były nagłe, niespodziewane, szybkie i rujnujące wszystko. Płonęły stare księgi. Ludzi uprowadzano w niewolę. Czytając o napadach Wikingów i bezradności Irlandczyków wobec tej wojny prowadzonej dla rabunku, przypominałem sobie stare poematy mówiące o wielkiej walce pomiędzy królestwami Ulsteru i Connachtu. Były to wojny wspaniałe. Literackie. Pełne pojedynków, wierszy, obrzędów. Słynny Cúchulainn (jego dzieje można po polsku przeczytać w tłumaczonej przez nas książce Táin bó Cuailnge) – wielki wojownik Ulsteru zagrodził sam jeden drogę armii Connachtu.

Jak zagrodził? Otóż stanął na ścieżce idącej przez górską przełęcz i wyciosał na pniu drzewa zaklęcie.

Zaklęcie zamykało drogę każdemu. Otworzyć ją mógł tylko pojedynek z Cúchulainem. Powiadam: pojedynek, bo armia Connachtu stała i czekała wysyłając po jednemu ze swych najlepszych rycerzy. Nikomu nie padło na myśl, pójść inną drogą. Nikt nie próbował uderzyć większym oddziałem na herosa. Obowiązywało zaklęcie. I rytuał pojedynku. Wielce skomplikowany. Pełen poezji i piękna.

A Wikingowie uderzali w nieprawdopodobnych porach, bez wysyłania heroldów, podstępnie. Prowadzili wojnę totalną.

Toteż zwycięstwo pod Clontarf było rezultatem nowych umiejętności wojennych Brian Boru. Króla, który walcząc z innymi wodzami i władcami rożnych krain wyspy zorganizował nową armię, nowe rządy. Niestety w tej ostatniej walce z Wikingami zginął.

 

Na Irlandii brzegach

Dźwięczą ostrza mieczy

Metal żółknie pod ciosami włóczni

Biją miecze o siebie

Sygurd padł w bitwie

Chlusnęła ciepła krew z rany

Padł i Brian – ale on zwyciężył.

 

Poezja poezją. Życie było bardziej zawiłe. Wikingowie byli również tymi, którzy to założyli wiele miast Irlandii. Oni stoją u początku organizacji życia miejskiego. Oni są ojcami Dublina.

Tak więc, pogodzeni wrogowie zaczynali razem z Irlandczykami tworzyć nową, ciekawą, unikającą wojen kulturę i cywilizację Wyspy. To był czas stuleci 11 i 12 które nazywa się okresem odrodzenia Irlandii.

Ale stare nienawiści rodowe i walka o władzę nad całą Irlandią prowadzone przez dwa królestwa stały się przyczyną nowej tragedii. Lata 1156-1166 to okres walk pomiędzy najpotężniejszym z królów irlandzkich Murtough MacLochlainnem z Ailech, z północy i królem Connachtu, Rorym O’Connorem.

 

Tu na chwilę przerwę tę ponurą opowieść. I pochwalę się. Otóż jestem członkiem honorowym, posiadaczem specjalnego medalu jaki w 1995 roku miało tylko czterdziestu kilku ludzi na świecie (nie wiem ile osób zostało nim obdarzonym po mnie). Jestem też przyjacielem, poetą potomka królów.

Herb królewskiego rodu O'ConorNiezwykłego pana.

Był w czasie wojny instruktorem polskich żołnierzy w Anglii. W Dublinie posiadał mały domek i poza wieloma poważnymi sprawami zajmował się …hodowlą psów rasowych. W Irlandii, choć republikańska, szanuje się tradycję rodów, które zawsze były wierne starym tradycjom, nie ugięły się przed najeźdźcami. I te rody mają prawo nadawać takie jak moje odznaczenie.

Ród mojego króla zaczął się w czasach legendarnych. Historyczne zapisy o istnieniu i działaniu tego rodu poczynają się od AD 75.

Królestwo swoje stracili królowie Connachtu właśnie w walce z Normanami. To znaczy ściślej z tymi co przed sztandarami Normanów wyrąbywali sobie nowe państwa. Wtedy wygnani z królestwa przybrali przydomek Don czyli Brunatny (Rudy).

Najazd Normanów. Opowieść jest jak ze starego rycerskiego romansu. Przeciw Murtoughowi wspólnie z O’Connorem walczył wielki wódz O’Rourke. (Nazwisko pojawiające się wiele wieków potem na kartach historii Polski) Władca Connachtu po zwycięstwie zadowolił się ograniczeniem wpływów MacMurrougha. Pokonany miał władać niewielkim królestwem w okolicach Ferns w krainie Wexford.

O Rourke był jednak nieugięty. Dążył do całkowitego zniszczenia przeciwnika. Bo MacMurrough okrył O’Rourke’a hańbą przed wszystkimi mieszkańcami wyspy. Uprowadził mu żonę. Był to rok 1152. Czy uprowadził czy też piękna Dervorgilla zmusiła go do tego porwania?

Zarówno stare irlandzkie jak i normańskie przekazy mówią raczej o inicjatywie pięknej pani.

Zastanawiające w tej opowieści jest to, że kochankowie nie byli młodzi. Jak na tamte czasy czterdziestodwuletni mężczyzna porywający czterdziestoczteroletnią żonę innego, to raczej rzecz wyjątkowa. Ledwie rok minął. Mąż odbił piękną Dervorgillę, ale zniewagi nie zapomniał. Dermot musiał uciekać. W 1166 roku, z małą załogą wymknął się łodzią. Wylądował w Brystolu i zaczął szukać kontaktu z Henrykiem II, królem Anglii. Gonił za nim przez wiele miast Francji – bo Henryk wolał przebywać we swoich kontynentalnych włościach. Był bardziej Francuzem niż Anglikiem. Mówił normańskim francuskim.

Dermot dopadł wreszcie Henryka w Akwitanii.

Król Anglii interesował się Irlandią ale nie na tyle aby skierować swe wojsko ku tajemniczej, pełnej wojowników i nie za bardzo bogatej wyspie. Ostatecznie Dermot uzyskał od króla list werbunkowy. Mógł więc w imieniu Henryka poprosić o pomoc Anglików, Normanów, Walijczyków, Szkotów. Ale nie wzbudził entuzjazmu. Postanowił więc szukać ochotników do swej wyprawy za rzekę Severn. Tam Normanowie toczyli jeszcze walki z Walijczykami.

Kandydatami na wyprawę irlandzką mogli stać się przede wszystkim ci, którzy jeszcze nie wywalczyli bogatej ziemi dla siebie. Tak więc Dermot spotkał się z jednym z najbardziej bitnych wodzów. Był to Strongbow (Silnołuki). Człowiek rozgoryczony, pozbawiony łask Henryka. Jego sława i fortuna mogła kryć się w dalekiej Irlandii.

Strongbow targował się twardo. Zgodził się zorganizować i poprowadzić armię. Warunek: Strongbow poślubi najstarszą córkę wygnanego króla. W ten sposób uzyska prawo do sukcesji. FitzHenry, Carew, FitzGerald, Barry, Prendergast, Fleming, Roche, Cheevers, Synott, oto nazwiska, które staną się ważne w historii Irlandii. Oto ludzie, którzy zmienią kierunek rozwoju kraju. Kultury, obyczaju, w ogóle wszystkiego,

Normanowie i Flamandowie.

Zacznie się niezwykła historia podboju. Pełna zaskakujących przypadków, niewiarygodnego szczęścia jakie mają najeźdźcy. Straszliwego braku szczęścia jakie opuściło Irlandczyków.

Czasami myślę, że historia podboju Irlandii jest splotem przypadków dających się porównać z równie nieprawdopodobnym podbojem Meksyku przez ludzi Corteza.

 

Irlandzkie wybrzeże

 

W poezji irlandzkiej pojawi się ton dziwny, jakby poeci przeczuwali nieuchronną klęskę. Wyrok fatum. Niezależny od starań i od okoliczności. Takie myślenie przemieni się nieomal w obsesję. Wizja przegranej jest jakby wpisana w myślenie o ludzkim losie, wizja ruiny w piękno Irlandii. Jest to coraz bardziej świat wieszczych słów, wspomnień o czasie co ginie.

Ciemne piękno. Ciemnej dziewczyny. Bo Irlandia zaczyna żyć w poezji jako skrzywdzona dziewczyna, jak zgwałcona, nawet jako kurwa oddająca się z rozkoszą żołdakom.

A wszystko zaczęło się tak przypadkowo. Tak bezsensownie. Wcale nie musiało się tak stać a się stało.

Zresztą jest jakaś tajemnica w ciągłym braku szczęścia Irlandczyków.Nawet pogoda jest przeciwko nim. Nawet te kiedyś przyjazne sztormy, co broniły przed Wikingami będą teraz po stronie najeźdźców. Bo wiele razy właśnie pogoda sztormowa niszczyła statki, armie które musiały pomóc Irlandii.

Morze. Straszne i okrutne. Morze. Świadek innego, znacznie późniejszego (1607), jednego z najbardziej tragicznych momentów w historii irlandzkiej kultury.

 

 

Cała Irlandia teraz załogą małego okrętu

Co gna na zachód, w morze, już skały Beare minął

Ponad odpływu falą śnieżna piana rozpięta

Cała duma Irlandii w tym kruchym stateczku płynie

Z piersi ojczyzny naszej serce zostało wyjęte

Płaczą wybrzeża, płaczą wyspy Irlandii całej

Gdy bracia-orłowie z Connu swoim stadem wspaniałym

W lot pełen niebezpieczeństw ruszyli jednym okrętem

Dni, kiedy cień ich skrzydeł okrywał Ulsteru doliny

Dni ich wysokich lotów na zawsze już odeszły

Gdy dwa ostatnie ptaki – orły z królewskich królewskie

Odleciały na zachód, choć wołaliśmy za nimi

O Rory nasz najdroższy, O Hughu najmiłościwszy

Was dwu z wielkiego stada wspominam pełnym imieniem

Was – gospodarzy kraju na zawsze utraciliśmy

Tych, którzy dla Irlandii byli w najwyższej cenie

Niech dziś się serca nasze tą wieścią uradują

Że wodzowie szczęśliwie dotknęli hiszpańskich brzegów

Choć płaczą ich nasze doliny, choć ciągle góry żałują

Lepiej im będzie daleko – niż tu, wśród ludu biednego

Nic by nie mogli zrobić, choćby w ojczyźnie zostali

Więc zapłacz, ziemio Uisneach, i raduj się, że odeszli

Raduj się, że przez morze szczęśliwie dożeglowali

Niech się rozpacz i chwała pomieszają w twej pieśni

I chociaż zostaliśmy przez wszystkich opuszczeni

A oni tam szczęśliwie żeglują w kraj daleki

Choć my leżymy w chorobie – ten ból i to cierpienie

I nas, i ich udręczenie będzie przez wieków wieki.

 

( Z odlotu Earlów tłum E. Bryll, wiersz jest fragmentem poematu Fearghal Og Mac Ward’a i dotyczy pierwszej wielkiej emigracji 99 arystokratów irlandzkich, którzy po upadku powstania, 6 września 1607 r, opuścili Irlandię)



Tajemnicze Wyspy Blasket

12 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia, Zapiski Małgosi

Mąż przywołał mnie do tablicy, więc witając się z Wami dodam dziś parę słów na temat wspomnianych w dziale Irlandia Wysp Blasket. Magicznych wysp hrabstwa Kerry, na zachodnim wybrzeżu, na praktycznie najdalej na zachód wysuniętym koniuszku Europy.

Sto lat temu, mieszkańcy wysp mawiali, że bliżej stamtąd do Ameryki i tam jest ich parafia. Tak mawiali, choć od głównego irlandzkiego lądu nie dzieliło ich więcej niż dwie mile.

Nazwa „blasket” pojawia się bodaj po raz pierwszy na włoskich mapach z 16 wieku, zapisują ją tam jako „brasch”, „brascher” lub “blasset”.

Wyspy były zamieszkane od dawien dawna, ale najpierw jak zawsze w Irlandii pojawili się tam mnisi. W 13 wieku wyspy znalazły się w rękach rodu Ferriterów, a ostatni z nich kapitan Pierce Ferriter, stracony w Killarney w 1641 roku zasłynął wcześniej jako wódz rebelii i co w Irlandii zdaje się być na porządku dziennym, jako poeta!

W czasach nam bliższych a więc w zeszłym stuleciu liczba mieszkańców zmieniała się. W 1840 roku, zanim przyszedł czas Wielkiego Głodu wioska liczyła około 150 osób. Potem cóż, jedni umierali drudzy się rodzili, wielu emigrowało.

Dziś wyspy opustoszały, i tylko turyści trafią tam czasem gdy ocean nie szaleje.

 

Wyspy Blasket

 

Ale nie to teraz ważne. Ważne, że gdzieś na początku naszego stulecia mądrzy lingwiści przybyli na wyspy by badać język tamtejszej ludności. Znaleźli nie tylko stare formy językowe ale i ludzi opowiadających wspaniałą literaturę (przekaz ustny zawsze był podstawą starej literatury irlandzkiej)

Mieszkańcy wyspy z początku nie rozumieli po co spisywać to, co można powiedzieć, ale w końcu dali się namówić i okazało się, że na wyspie mieszka wspaniałych twórców wielu.

 

Najpierw w 1905 roku przekonywał ich sam John Millington Synge, potem latem 1907 roku, norweski uczony w staroirlandzkim, Carl Marstrander. Przypłynął na wyspę by poznać tajemnice współczesnego mu irlandzkiego. Zaprzyjaźnił się z mieszkańcami, a szczególnie polubił Thomasa Ó’Criomhthaina, który wiele lat potem okazał się jednym z największych pisarzy wyspy. To jemu, młody absolwent Dublin Trinity College, Brian Ó’ Ceallaigh czytał książki Gorkiego i Pierra Loti. Chciał go przekonać, że proste życie rybaków i wieśniaków może być najwspanialszą literaturą. Takie właśnie były początki znanej i cenionej książki Ó’Criomhthaina zatytułowanej AntOileánach (Wyspiarz)

Wyspiarze pokochali też wybitnego irlandystę i znawcę literatury greckiej Robina Flowera, a także uczonego celtologa Kennetha Jacksona.

To dzięki nim do piór ruszyła społeczność Wyspy.

 

Najtrudniej było trafić do Peig Sayers. Gdyby nie młode studentki Márie Ni Chinnéide i Lean Ni Chonolláin, pewno nie poznalibyśmy słynnego dziś życia Peig. To z jej książek irlandzkie dzieci uczą się do dziś o tradycjach i obyczajach. Peig Sayers, znana jako królowa Blasket, uważana jest dziś za najważniejszą autorkę tworzącą na wyspie.

A pisarzy było wielu, że wspomnę choćby Muiris Ó Súilleabháina. Jego autobiograficzną opowieść „Fiche Blian ág Fas”( Dwadzieścia lat dorastania) mieliśmy przyjemność tłumaczyć na język polski.

 

Nie ma się co dziwić, że Irlandczycy chlubią się zjawiskiem literatury z Blasket. To, co dawniej było jedynie w ustnym przekazie zostało zapisane. Wiemy więc jak żyli, o czym rozmawiali z sąsiadami, poznaliśmy kulturę odległej wyspy, tam gdzie tradycje i obyczaje zawsze żyją najdłużej.

Thomas Ó’Criomhthain napisał kiedyś: „zapisywałem dokładnie wszystko co robiliśmy, bo pragnąłem aby pozostała pamięć, robiłem wszystko co umiałem, aby przekazać charakter ludzi wśród których żyłem, tak by pozostał po nas jakiś zapis, bo takich jak my już nigdy nie będzie”

 

I miał rację, takich jak oni już nie ma.

Blasket opustoszała, opustoszała zbyt szybko…I to nie tylko dlatego, że na wyspie żyło się ciężko, jak na ironię losu , jak tylko udało się komu z wyspiarzy wyprodukować książkę zostawiał wyspę i ruszał w świat..

Na szczęście zostały wyspy, na szczęście czasem przyjazny ocean pozwala na przeprawę. Na szczęście zostały książki.

 

Gdyby wśród Was znalazł się ktoś kogo zainteresowała ta unikalna literatura Blasket, podaję listę podstawowych książek. Nie obawiajcie się, nie musicie znać irlandzkiego, wystarczy angielski.

 

  • Peig Sayers- An Old Woman’s Reflections
  • Peig Sayers- Peig
  • Thomas Ó’Criomhthain- Island Cross-Talk
  • Thomas Ó’Criomhthain- The Islandman
  • Muiris Ó Súilleabháin- Twenty Years A-Growing
  • Eibhlis Ni Ó Súilleabháina- Letters from the Great Blasket

 

Teraz choć popatrzcie na Wyspę Blasket o zmierzchu. Może uda Wam się wypatrzeć maleńką białą plamkę po prawej stronie zbocza. Tam mieszkała Peig Sayers…