Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Witamy na nowej stronie! Przenieśliśmy się na system Wordpress, także od dziś możecie zostawiać pod zapiskami Ernesta komentarze, i przeszukiwać archiwum za pomocą pola 'Wyszukaj', o tam, po lewej, pod maszyną do pisania.

Pozdrawiamy,
Internetowe Krasnoludki

Dziękujemy wszystkim gościom!

4 marca, 2010
Kategorie wpisu: Informacja od Madzi

Dziś pisze Madzia.

 

Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy odwiedzają naszą stronę. To trochę tak jak gdybyście wszyscy przyszli na urodziny:

Urodziny Ernesta

Jeszcze miejscami się dociera…jeszcze brakuje działu „Irlandia”, brakuje kącika mojej Mamy Małgosi który dawni czytelnicy znają jako dział pt. „Moja Żona”. Brakuje zdjęć w galerii. Brakuje listów (choć już kilka przyszło i zamieścimy je wkrótce). Brakuje kanału RSS.

 

BiuletynWszystko to będzie. Na dziś chciałabym wspomnieć o bardzo miłym wieczorze autorskim, który miał miejsce 18 lutego w Książnicy Łódzkiej, i polecić Wam wydany specjalnie na tę okazję BiBik, czyli Biuletyn Informacji Bibliotecznych i Kulturalnych. Cała nasza rodzinka była pod wrażeniem pracy jaką włożono w opisanie życia i twórczości Taty. Widać, że w Książnicy Łódzkiej pracują bibliotekarze i biblioterkarki, którzy naprawde kochają słowo pisane.

 

 

Sam wieczór był także bardzo pięknie przygotowany, za co serdecznie dziękujemy organizatorom i prowadzącej pani Julicie Lendzian-Twardowskiej.

 

Dziękujemy Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Łodzi za wspaniałą gościnę!

 

A tym, którzy chcieliby spotkać się osobiście z Bryllem polecam kalendarz w dziale Kalendarz Spotkań.
Najbliższe spotkanie już w niedzielę 7 marca na koncercie z okazji Dnia Kobiet! Będzie tam także Marcin Styczeń- czyli będzie wesoło. Zapraszamy!

 

Madzia

 

P.S. Przypominam także, że można zostać fanem Brylla na Facebooku…



Rok Polski 1977-2010

3 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis po raz pierwszy ukazał się na stronie 20 lutego 2001 roku.

No tak, ta bezdomność znów wraca w moich wspomnieniach.

Jako student zasiedlałem kompleks akademików na Kickiego. Słynny „Kic” dopiero powstawał. Po ścianach lała się jeszcze woda. My suszyliśmy je własnymi oddechami. Ach jaki to był luksus w latach 54-55 mieszkać w sześcioosobowym pokoju. Przedtem mieszkałem nielegalnie w dwunastoosobowym.
Szkic autorstwa Ernesta

 

Wielu z nas było tuż przed zakończeniem studiów. Ci, co przeszli takie akademiki jak „Kic”, pamiętają ten strach: Co dalej? Gdzie dalej?

Często nie było gdzie wracać. A Warszawa zamknięta. Ilu z nas szukało szpary, dojścia. Ilu z głupoty za to pozwolenie przeciśnięcia się przez szparę coś obiecało… Zawsze patrzę ze zrozumieniem na drogi tych z „Kica”. Bo może i ja wpychałbym się szparą, gdyby losy moje nie poszły szczęśliwiej…

Tak. Temat bezdomności szedł za moją poezją przez wiele tomików i wiele lat. Bezdomność i dojazdy z dalekich okolic Warszawy.

Kto nie dojeżdżał nie wie co to znaczyło. Ludzie, którzy o szóstej rano w pociągu próbowali odespać wstanie o czwartej. Dwa kilometry do marnego autobusu – nim jechali do prowincjonalnej stacji. Czekanie na pociąg do Warszawy. I jeszcze w Warszawie droga długa, czasami i godzinę, kombinacja różnych tras tramwajowych.

Jest taki jeden z moich wierszy z dawnego Roku Polskiego:

 

Marzą nam się jeszcze chałupy w śniegu

Takie przejrzyste, takie z kalendarza,

Kurdesz z zadymką i sanie w szeregu…

Poeta słowo na słowa przetwarza,

Buduje polską zimę….

A tu siąpią deszcze,

Gołoledź, chłopi na rowerach jadą,

Potem runą w autobus, aż blacha zatrzeszczy

I tak ściśnięci. Spoconą gromadą

Dobiją do miasteczka.

Tam z jaką godzinkę

Poczekają na ciuchcię prosto do Warszawy,

W karty zagrają albo usną krzynkę,

Łapiąc przez nos powietrze. Takie oto sprawy

Mamy na styczeń. Zaduch okowity,

Kraj za oknem wagonu szary, spopielały,

Pięć gawronów na śniegu – ot krajobraz cały

I pociąg dynamitem zmęczenia nabity.

 

Polemizowałem ze Staszkiem Grochowiakiem. Jego Rok Polski, który wywołał moją odpowiedź, był poematem doskonałym o pięknie przyrody polskiej i obyczajach.

Ja napisałem reportaż poetycki. Było głośno o tej polemice, bo pismo Literatura za pośrednictwem redaktora Gottesmana wydrukowało ten reportaż.

Na całej kolumnie.

 

Rok Polski 1977 No i dobrze. Tylko dalej, kiedy spokojnie oczekiwałem wydania książkowego (1977) nagle, gdy książka ilustrowana przez Janusza Stannego była gotowa, kazano ją rzucić na przemiał.

Drukarze uratowali pięć egzemplarzy. Jeden dotąd mam.

Ale ja już byłem wtedy mocniejszy. I znałem sposoby walki. Bo poznałem je wcześniej jako kierownik zespołu filmowego Kamera, kiedy przepychaliśmy przez opór „różnych tam” filmy.

To co, że w 68 roku wywalono nas z Kamery. Może kiedyś napiszę o tym, bo historia ciekawa, a pismo o wywaleniu nieco kuriozalne. Ale wiedza o sposobach została.

 

Rok Polski, drugie wydanieTak więc Rok Polski wydano po raz drugi. Boczkiem i cicho.

Najśmieszniejsze, że nie lubiąca mnie recenzentka jednej z gazet napisała, atakując wydawnictwo, iż nie rozumie czemu wydało po raz drugi ten poemat. Pierwszy, jak przeczytałem, musiał pójść na przemiał, ponieważ było to poemacidło okropne. I nikt z oburzonych czytelników nie kupił ani jednej książki z pierwszego nakładu. Ponoć zbojkotowali poemat.

Ponieważ jednak drugie wydanie tego samego zbioru wierszy rozeszło się znakomicie, sama zasada poematu, nazwijmy to kalendarzowego, wielce mnie urzekła. Bo jest coś w tym, żeby dać jakby poetycki przepis na poszczególne miesiące, a nawet na cały rok.

Tak więc teraz, stworzyłem nowy kalendarz zwany Uśmiechem codziennym czyli Rokiem Polskim 2000.

Ach, ten nasz rok dwutysięczny. To poczucie jubileuszu. Ta retoryka przeróżnych przemówień oficjalnych i prywatnych powinszowań.

Dawniej ciągle powtarzano Do siego Roku. Banalne, ale krótkie. Teraz wysłuchałem już wielu długachnych przemówień, różnych osób do mnie. Przemówień co miały być ciepłe, oryginalne i prywatne a stały się nadęte tym kończącym się i rozpoczynającym tysiącleciem. Teraz znów pierwszym rokiem nowego tysiąclecia.

A tu nie ma co się puszyć. Przynajmniej ja nie mam. Bo najważniejsze pytanie, które sam sobie zadaję jest takie:

Czemu kiedy jest tak świetnie i wszyscy z takim wysiłkiem trzymają w gębie uśmiech, tak trudno nam się do przyszłości radośnie wyszczerzać?

 

Ale na tym nie koniec. Otóż owe poetyckie kalendarzowanie ma widać jakiś urok. Bo Marek Jaromski, bardzo ciekawy malarz, grafik, drzeworytnik, zupełnie przypadkiem dorwał się do wierszy z Roku. I albo coś z nim jest nie tak, albo z moim poematem coś jest tak.

 

Rok Polski wg. Marka JaromskiegoOtóż Marek wyrył w wielkich lipowych dechach dwanaście wierszy na dwanaście miesięcy. Do tego jeszcze deska-okładka i tak powstało dwanaście ksiąg. Praca wielka, bo trzeba wszystko wyciąć dłutkiem. Gdyby tak inni moi czytelnicy dawali mi takie niepodważalne dowody zafascynowania wierszami byłbym w sobie pewniejszy. Bo to nie jest czczy komplement. To dwadzieścia cztery grube lipowe dechy.

Marek pokazywał już te dechy czy wierszoryty swoje w wielu miejscach. Były we Frankfurcie, Wiedniu, i w Polsce też w paru ładnych galeriach się znalazły.

Co ciekawe, jak mówi Marek. Ludzie, co bardzo często, ot tak jednym rzutem oka czytują poezję stają nagle przed tymi wierszorzeźbami i kontemplują. A więc i uważnie czytają, bo wprawdzie to rzeźba, ale złożona z cieni mego słowa.

Ten Uśmiech codzienny.. jest kalendarzem dość dramatycznym.

Pierwszy mój Rok Polski też był taki. Ale żeby po prawie trzydziestu latach w zupełnie innej Polsce, trwała nagle dalej ta sama nuta smutku….

 

Przeczytajcie jeszcze dwa wiersze, z maja 1977 i czerwca 2000:

 

Rok Polski 1977

Lipiec

My, cośmy wyszli w górę karierę zrobili

Zasiadamy w redakcjach, biurach i urzędach,

My, cośmy sobie łaskę wymodlili

U Pana Boga na tłustych prebendach,

Niby mamy to właśnie, co nam się marzyło

W świetle naftówki głucho pełgającym,

W ciemnym wagonie machorką śmierdzącym,

Którym się ze wsi po szczęście jeździło…

Mamy to wszystko, jeszcze więcej mamy,

A nie możemy nocą spać w spokoju.

Przez sen coś wspominamy, gadamy, szukamy,

Wstajemy i tłuczemy się w ciasnym pokoju,

Rachując to, co było w życiu do zrobienia,

I co przedrzemaliśmy w senności sumienia.

 

Rok Polski 2000

Czerwiec

Wziął, upadł na ulicy a więc się nie liczy

Bo tylko z nas układa się piękny rachunek

Tylko nam jest dodane. I tylko my sumę

Umiemy zdawać przed boskim obliczem

Nie ma litości najmniejszego włoska

Bóg nasz z główką malutką jak plemnik liczenia

A więc się nie oglądaj za tym, który został

Każdy z nas płacze pięknie ale oczu nie ma

Kto głupio się obejrzy może się obudzić

Z głową na zawsze w przeszłość przekręconą

Tak właśnie między nami człapie wielu ludzi

Ubogą stroną



Tu Gdynia Radio, Over…

3 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Najmując się do elektrowni sfałszowałem dane. Wtedy jeszcze nie było dowodów osobistych tylko karty zameldowania. Kiedyś kupiłem w drogerii płyn do wywabiania kleksów. Podczyściłem nim datę urodzenia. Z 1935 wyszło 1933. To była ważna zmiana. Stałem się osiemnastoletnim, więc mogłem pracować w tzw. warunkach zagrożenia.

 

Trudne warunki to na przykład brygada naprawy pieców. Wszystko w elektrowni po wojnie było dziurawe. A musiało chodzić. Stąd naprawiano kotły i piece w sposób ryzykowny. W czasie grzania.

Pamiętam, że niezwykle ważnym narzędziem były stosy nie rozpakowanych egzemplarzy prasy młodzieżowej. Chyba Pokolenia a może Trybuny Wolności, ówczesnego Po prostu z czasów przed przełomem październikowym. Zwały nigdy nie czytanych pism dobrze nadawały się do przygaszania ognia na rusztach pieców grzejących parę, która ruszała turbiny.

Dobrze pamiętam wielu ludzi z elektrowni. Była to jeszcze wysepka gdzie silną pozycję miały tak zwane przedwojenne socjały. Członkowie starej Polskiej Partii Socjalistycznej, przedwojenni robotnicy portowi, uczestnicy strajków, obrońcy Gdyni, tak zwani czerwoni kosynierzy. Mieszkańcy osad o dźwięcznych nazwach jak Meksyki, Pekiny. Były to osiedla budowane przed wojną przez biedaków szukających pracy w Gdyni. Budy z desek, paneli portowych, dykty. Powoli ginęły. Ale duma starych socjałów jeszcze wydawała się nieugięta.

Jeśli mam sympatię do historii Polskiej Partii Socjalistycznej, jeśli zawsze jest we mnie głos czuły na hasła socjalistów, jeśli nawet skompromitowanie wielu z nich przez biurokrację tak zwanego PRL-u nie zagłuszyło we mnie słów starych pieśni … jeśli, to dlatego, że zawsze pamiętam moich socjałów.

 

Jedna scena. Odpoczywamy w naszej kanciapie. Nagle otwierają się drzwi i włazi przedstawiciel władz z województwa.

- Cześć pracy – towarzysze proletariusze – woła wyjątkowy „dureń przybiurkowy”. I czeka raźnych odpowiedzi.

Ma zresztą do tego prawo. Bo moje socjały są też już członkami Polskiej Zjednoczonej. Co z tego, że ciągle żyją wiarą jak to oni wreszcie zapanują nad sumieniem partii, jak to karierowicze będą umykali, jak to przypomną, że „Zjednoczona” jest „Polską” a więc nawiązuje do patriotycznej tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej i tak dalej i tak dalej…

Dureń biurokratyczny jest od nich skuteczniejszy. Wstaje nasz majster.

- Co za cześć pracy – pyta. – Tu się mówi: Szczęść Boże… Co za proletariusze – ciągnie groźnie, – Tu odpoczywają Panowie robotnicy…

Załoga bije mu brawo. Dureń umyka.

Najciekawsze, że majster był typowym antyklerykałem. No i panów przedwojennych, bardzo źle pamiętał.

 

Pracowałem na tej wyspie socjałów niecały rok. Kiedy złożyłem papiery na polonistykę, majster wezwał mnie na rozmowę.

- Słuchaj – rzekł – Niby co ty idziesz studiować? Co to za fach? Tu możesz zostać ślusarzem precyzyjnym albo, jak dobre masz zdrowie, nurkiem czy spawaczem podwodnym. Ile roboty….

Rzeczywiście wtedy kończono demontaż niemieckiego pancernika Gneisenau. Blokował swym wrakiem wejście do portu. A pancerne płyty cięli spawacze na najlepszy wsad do hut.

Milczałem. Majster zadumał się.

- I kulturę możesz tu robić. No fajne było twoje przedstawienie. -

Grałem w nim jedną z głównych ról. Świetlica zawsze była pełna. Bo łaknęliśmy sztuki. Tak samo, odpoczywający ludzie, z lubością słuchali płyt nadawanych przez głośniki. Nie tam, ówczesnych masowych pieśni. My lubiliśmy tanga i jakieś amerykańskie rytmy:

 

Ty masz w sobie coś

Naprawdę takie coś

Ja w tobie na zabój kocham się

Choć ludzie mówią mi

Że dużo dziewcząt masz

Żeś zezowaty jest

I że masz brzydką twarz…

 

Zawsze podczas tego szlagieru nasz ospowaty majster popłakiwał. O, płyty to nie byle co. Kiedy oddelegowany kupowałem je w sklepie, sprzedawca nie chciał mi wypisać rachunku.

- Panie – tłumaczył – ja takiego spisu treści na paragon dla socjalistycznego zakładu wypisać nie mogę. To przeciw ideowej linii.

- Ideowa linia to my – warknął jeden z moich socjałów, co przyjechał razem ze mną do miasta. Paka płyt była ogromna. Dumnie wynieśliśmy ją ze sklepu. My, z elektrowni w porcie.

Tak więc po wielu namowach majster zgodził się:

- Jak musisz już pisać te wiersze, to idź studiować. Biurokratą się na pewno zrobisz. Ale przynajmniej nigdy nie zostań personalnym…

Personalny, to był zawsze na zakładach pracy kierownik specjalnego działu. Osobowego.

 

No tak, pisałem wiersze. Skąd mi to przyszło, kiedy nigdy w czasach szkoły średniej nie należałem do żadnych Kółek Młodych Poetów czy innych artystycznych?

Sam nie wiem. Ot, odpoczywaliśmy. Ja wyniosłem się na kanapę stojącą w kącie świetlicowej sceny. Za zasłoną. Obok sterty książek z półistniejącej biblioteki. Miała być właśnie czyszczona ideowo z „treści nie socjalistycznych”. Czytając taką jedną „treść nie socjalistyczną” zastanowiłem się nad bohaterem, który jest poetą i pisuje w natchnieniu. Rezultat natchnienia w książce cytowano.

- No to i ja, mogę wpaść w natchnienie – pomyślałem. I wykonałem.

Stworzył się rzewny wiersz o rybaczce.

Podczas wielkiej sztormowej pogody stoi na strądzie, wiatr szarpie jej czarną chustę. A ona. Ona czeka na męża rybaka. Na dodatek jest w ostatnim miesiącu ciąży.

Naprawdę, wpadanie w natchnienie było miłe. Wpadłem więc po raz drugi i napisałem. Też o sztormie. Ale tym razem refrenem było:

 

- Tu Gdynia radio, Over…

 

W Gdyni takie hasło przebijało się czasem przez oficjalne audycje radiowe. Fala zbłąkana. Radio Gdynia komunikowało się ze statkami. Over pięknie się rymuje ze słowem sztormowe, to był znak zakończenia komunikatu.

Wylazłszy z głębin natchnienia przesłałem wiersze do poradni dla młodych literatów. Takie coś prowadzono.

I sprawdziło się. Zadebiutowałem w gdańskim radiu. Potem polecono mi spotkać się z opiekunami Koła Młodych przy Związku Literatów. I poszło…

Opiekunem moim, tym najbliższym, został pan Jerzy Skoszkiewicz, zapomniany dziś trochę, a chyba niesłusznie poeta. Wtedy, młody jeszcze, zaledwie po pierwszym tomiku, starał się przekazać jakąś wiedzę o literaturze, gromadce kandydatów na geniuszy.

Był bardzo dobrym nauczycielem. Tak, nauczycielem, bo ta gromada była dziwna i dwie rzeczy ją jednoczyły. Przekonanie o błysku własnych geniuszy i nędzna wiedza o dorobku literackim pokoleń.

Tak naprawdę, najbardziej oczytani z nas byli dwaj młodzi oficerowie Marynarki Wojennej. Dobrze wychowani, bo jednak, szkoła oficerska marynarki (może więc byli podchorążymi jeszcze) uczyła manier. Poza zastanawiającą jak na te czasy i zawód wojskowy, wiedzą o poezji, pisywali ciekawe wiersze. Pamiętam, że jeden zrobił na mnie wrażenie:

 

Siedzi skulony w zenzach ciasnych

Spawacz z Komuny Paryskiej…

 

Stocznia Komuny Paryskiej. Ważny zakład dla Gdyni. Historia tego miasta po drugiej wojnie. Dzieje dorastania młodych chłopaków co przybywali z najgłębszej prowincji i uczyli się zawodu. Mieszkali w hotelu robotniczym obok moich bloków. I byli to potem główni bohaterowie mojej Kolędy Nocki.

Ale wtedy, w 51 roku, był to tak samo jak inne, zakład stłamszony…

Lecz… Coś tu było innego. Ja ciągnąłem do kultury. Otóż na Komunie, jak się mówiło, była naprawdę niezła grupa aktorów amatorów. Wystawiali różne sztuki. Ale czymś oszałamiającym dla mnie było wystawienie Przygody na Mariensztacie. Teatry amatorskie lubią wodewile i nieźle im wystawianie wychodzi. A Komuna miała zespół, który może nawet potrafiłby stanąć w zawody ze słynnym Teatrem Kolejarza z Krakowa. Przynajmniej w walce o to kto z większą pasją role swoje podaje.

 

Dziś nie wiem, co jest z tym teatrem. Ale wtedy. Wielu z nas chętniej chodziło do takich miejsc sztuki, niż do przybytków oficjalnych. Miałem wprawdzie okazję widzieć w Teatrze Miejskim w Gdyni Balladynę w reżyserii Iwo Galla. Pięknie było. Ale takich jak ja, jeszcze przerażała ogromna sala, światła, konieczność wystąpienia w garniturze (tak nam się wydawało) niejasność prostego widza czy wypada się śmiać kiedy nam śmieszno. No bo teatr był trochę jak kościół. W czasie komicznych momentów w Balladynie, dobrze wychowane dziewczęta powstrzymywały nas psykaniem od głośnego śmiechu. – To teatr, tu tak nie wypada -

Kiedyś opowiadał mi Hanuszkiewicz, jak grali na prowincji. Chyba na wsi. Widownia cały czas siedziała nieruchomo. Ani oklasku, ani skrzypnięcia krzesła. Nic już nie rozumiejący aktorzy dobrnęli do finału i wyszli do ukłonów. Oklasków dalej nie ma. Widownia siedzi martwo. Więc aktorzy kłaniają się pięknie. I nagle widownia wstaje i nisko, z powagą, aktorom się odkłania.

Pamiętam i ja ten sam paraliż jaki mnie ogarniał przed salą teatralną, koncertową. To jeszcze nie był mój dom.

Ale tu, w teatrze na Komunie. Tu wszyscy byliśmy u siebie jak w kuchni u wesołej wujenki. Tłoczno, głośno, sala gra razem z aktorami. Mile popatrzeć na zmienionych rolą kolegów. I koleżanki w teatralnych sukienkach inaczej ponęcają.

A dekoracja! To było dzieło, które wśród oklasków, podziwiano co najmniej dziesięć minut przy zatrzymanej grze. Trasa WZ, król Zygmunt i wszystko, wszystko w światełkach tysięcy lampek elektrycznych. Dziś już nikt nie reaguje na iluminacje. Ale wtedy, po latach, jak ja spędzonych przy naftówce czy najwyżej karbidówce, my mieszkańcy miast ciemnych, mało rozświetlonych, nawet przez okna domów – wierzyliśmy w ten kiczowaty obraz. To była nasza łuna świateł, nasza nadzieja. Co z tego, że udana.

Więc siedzi sobie ten spawacz z wiersza kolegi. Dla mnie jeszcze ważne były słowa „skulony w zenzach”. Bo to była prawda o robocie spawaczy. W zenzach, czyli przy poszyciu statku, w dusznych malutkich przestrzeniach. A od pleców ziębi blacha statku, bo obok ciemna woda jak to w dokach. Reumatyzm. Pochyleni, poskręcani tą robotą, starzy spawacze. Za światełko w zenzach, ledwo żarówka na długim kablu i zimny błysk spawania. Błysk, co rujnował oczy – choć pracowano w maskach.

Skulony. To było odkrycie. W jednym słowie siedzi tyle prawdy. Bo to spawacz nie z plakatów. Prawdziwy, jak moi koledzy z brygady remontowej. Pewno przeceniam ten młodzieńczy wiersz kolegi marynarza, ale tak mnie wtedy uderzył.

 

Marynarze, niestety nie mogli pojechać jako delegaci Koła na słynny zjazd w Międzygórzu. Tak więc wypadło na mnie i Felchnera. Chyba miał na imię Kazimierz. To był swoisty fenomen. Na cotygodniowe nasze biesiady poetyckie dojeżdżał chyba spod Starogardu. A może z Lęborka? Już nie wiem. Ale pamiętam – był uczniem zawodowej szkoły obuwniczej. I geniuszem poetyckim tej szkoły. Niezwykła łatwość ciekawego rymowania.

A więc Felchner zapełniał programy wszystkich szkolnych akademii, pisał sztuki dydaktyczne i w tej gęstwinie papieru było trochę szczerych wierszy.

Nie wiem, co z nim dalej. Nawet wtedy czułem, że coraz bardziej ogarnia go gęstwina okolicznościowego rymowania.

Kazik był dumny z takiego utworu, napisanego jako bluźnierczy protest song na akademię Mickiewiczowską. Wiersz bronił równouprawnienia kobiet i był przez chwilę nieomal hymnem powiatowych oddziałów Ligi Kobiet (a może przedtem była to organizacja inaczej się wabiąca?)

 

Wsłuchując się kiedyś w utwory geniusza

Myślałem, że mu prawda płynęła spod pióra

Lecz rzeczywistość dzisiejsza mnie zmusza

Uznać, że prawdy Adama to bzdura

- Kobieto puchu marny – kto tak powiedział

O sile kobiet niczego nie wiedział.

 

Jutro o tym jak było na zjeździe w Międzygórzu.



Z okazji urodzin…

28 lutego, 2010
Kategorie wpisu: Informacja od Madzi

Drodzy przyjaciele (chyba tak należy nazwać Was, którzy tu zaglądacie)

 

Pojutrze pierwszy marca, a pierwszego marca co roku tradycyjnie Ernest Bryll kończy ileśtam lat. W tym roku wyjątkowo: 75.

 

Mały Ernest przy pompie

Kiedy sobie pomyślę, przez ile dziwnych czasów i krain przeszedł w życiu mój Tata…od naftą oświetlanego rodzinnego domu na wsi w Komorowie przez różne miasta, kąty, salony, piwnice, uczelnie, aż do dzisiejszego swojego przytulnego gabinetu tu w domu Warszawskim- też rodzinnym. Siedzi przy biurku pod ekologiczną żarówką i przy komputerze, ale wiersze pisze nadal na wiernej maszynie. Nie ma u nas w domu piękniejszego dźwięku, niż stukot klawiszy tej maszyny, bo on oznacza że Tata ma natchnienie. A natchnienie kto choć raz w życiu miał, ten wie jak trudno zgubić.

 

Więc jutro są urodziny, a ja z tej okazji postanowiłam wreszcie zrobić remont na stronie internetowej poety. Mam nadzieję, że wam się podoba. Postaram się zachęcić Tatę do wznowienia swoich ‘Zapisków’, bo sądząc po ilości przysyłanych przez Was listów i tłumach, jakie zjawiają się na wieczorach autorskich, lubicie słuchać jego opowiadań. Na nowej stronie będziemy was też informować na bieżąco o spotkaniach i wieczorach autorskich (polecam zakładkę ‘Kalendarz Spotkań’).

Na początek, żeby przypomnieć ciekawe, archiwalne wpisy które troszeczke się zagubiły na starej stronie będziemy umieszczać tu codziennie jeden z nich. Od razu zaczynamy pierwszym wspomnieniem o Stanisławie Grochowiaku, które pojawiło się w internecie po raz pierwszy w lutym 2001 roku. Następne już we wtorek, po urodzinach. Myślę, że przyjemniej będzie się je czytało w nowej oprawie.
Pozdrawiam was serdecznie

Madzia Bryll

P.S.

Zapraszam na Bryllową stronę na Facebooku!



Śnił mi się Staszek Grochowiak

25 lutego, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia
Śnił mi się Staszek – tak młodzieńczo chudy
Jakby mu w ziemi stęchła żółta opuchlizna

Pytałem go czy umarł naprawdę… On przyznał

Że jeszcze nie wie, jeszcze tego czeka

Jeszcze nie odszedł, choć stoi z daleka

Jeszcze musi po lasach niby wilk wędrować

I pokazywał zadrapania sine

- To z tego – mówił – że się w krzakach chowam…

Tak siedzieliśmy jedząc schabowy jak glinę

I pochlipując herbaty słomkowej

W pajęczo szarym bufecie dworcowym

Aż przyszedł pociąg…

Staszek się postarzał

Podniósł schlapane od błota bagaże

Chciałem mu pomóc, przeprosić… Tak mało

Powiedzieliśmy sobie

On na twarz pokazał

Na zadrapania, blizny, umęczone ciało

Które się przemieniało, ginęło, ciemniało.

 

Dlaczego taki wiersz po śmierci Staszka Grochowiaka?

 

Stanisław GrochowiakBo tak mi się przyśnił. Zresztą może kiedyś prześlę Wam wiersze o innych moich przyjaciołach. O tym jak mi się przyśnili. O Staszku trzeba najpierw, bo był i jest ciągle dla mnie ważny. Nie do końca rozumiem czemu teraz jego poezja nie jest tak gęsto czytywana jak moim zdaniem być powinna.

Mówiłem kiedyś o tym z bardzo mądrym filologiem. Twierdzi on, iż jest to rezultat zapomnienia przez młodszych czytelników pewnego kodu kulturowego.

A Staszek obalając kanony estetyczne był jednak z takim kodem związany. Czyli, jakby czuło się w jego buncie estetycznym, słynnej pochwale brzydoty, ten sam krwiobieg co w polskiej poezji baroku… przede wszystkim w Morsztynie.

Nie wiem, ale jest pewne, że barok był nam podświadomie znany. Dlaczego podświadomie?

 

- Bo sądzę, że, przynajmniej w moim wypadku, bezwiednie. Nieomal instynktownie.

Jakie były pieśni mojego dzieciństwa, które ciągle śpiewała moja babka, osoba najważniejsza chyba dla kształtującej się we mnie polszczyzny?

Ano, chyba barokowe. Te gorzkie żale, tkliwe i nieco chorobliwe pieśni rozpamiętujące rany Jezusowe. Już wtedy uderzało mnie to zakochanie się śpiewających w owych cierpieniach. Przeżywali je szczerze, bo jakby doznawali ulgi, wyzwolenia, lubując się w Jezusowych i swoich też cierpieniach. Płakano w czasie śpiewu szczerze. Ale tak jak wtedy płakano na pogrzebach. Jeśli tylko było można kogoś pochować wedle obyczaju – bo ludzie ginęli i nie wiadomo gdzie ich ziemia przyjęła – więc jeśli tylko umarł kto i można było zwołać rodzinę i sąsiadów… można było czuwać przy nim – ach, były to godziny smutku ale i wyzwolenia od okrucieństwa wojny. Dzikie to, co mówię ale normalny pochówek jakby dawał nam kawałek normalnego, wolnego, zwyczajnego, człowieczego życia.

Umarł we własnym łóżku. Niezwykłe szczęście.

Można było celebrować. Czyli postawić u bramy specjalną chorągiew przyniesioną z kościoła. Wysoką, aksamitnie czarną ze srebrzystobiałymi piszczelami i czaszką.

Można było zamówić trumnę.

Można było odprawić wszystkie magiczne obrzędy jak na przykład zużycie wszystkich trocin na poduszkę. Ach, obrzędów tych było wiele, i w tych rzadkich w czasie wojny, normalnych uroczystościach mnożono je i przyzywano te co do niedawna szły już w zapomnienie.

A Pusta noc? Kiedy wiele lat później dałem taki tytuł mojemu tomikowi, który ukazał się z wierszami napisanymi w tym specyficznym czasie czuwania jakim był stan wojenny – zorientowałem się, że wielu czytelników nie pojęło metafory zawartej w tytule.

A dla mnie to znaczyło wspomnienie owego czuwania przy zmarłym.

 

Bo to czas, gdy dusza krąży jeszcze wokół domu i czyhają na nią złe duchy jak drapieżne ptaki. Ona dusza, malutka i płochliwa jak mysikrólik musi krążyć, ukrywać się przed drapieżnikami w krzakach, najlepiej tarninowych i wiele jeszcze przed nią strachu zanim smyknie jednym szusem na zieloną łąkę.

I tam stanie. Będzie miała czas zapłakać gorzko.

 

Dla mnie naprawdę a i myślę, że dla Staszka zdanie: Dusza z ciała wyleciała, na zielonej łące stała nie było literaturą. Było pełne treści. Sam kiedyś napisałem wiersz idący jakby od tego zawołania.

I tak się stało, że zainteresował się nim Kazimierz Wyka. Wielki dla nas Wyka. Kiedyś gdy wspomnę Tadka Nowaka opowiem o spotkaniu z profesorem i o tym jak gadaliśmy o tej łączce.

Czym ona jest? Bo nie tylko poetycką metaforą. To realne miejsce. Cóż, że dla duszy. Dla mnie dusze istniały realnie. Tak, od dzieciństwa wiedziałem, że świat nas Żywych ciągle przeplata się z Ich światem. Światem prawdziwie istniejących Odeszłych. Tylko jakby istniejemy obok i nie wpadamy na siebie. Dziś bym to ujął w pojęcie „innych wymiarów”.

No tak, istniejemy w innych wymiarach, ale czasami, czasami tak blisko, że czujemy jakbyśmy się o siebie otarli. Ci, co sięgną może po moją Rzecz Listopadową niech wiedzą, że dla mnie to właśnie ocieranie się o siebie Tych tam i Nas tu jest istotą koncepcji mojej sztuki.

Ale może o tym potem. Myślę, że także Staszek Grochowiak wiedział po co zakrywa się w domu lustra przed pogrzebem. Po prostu, żeby nagle nie zobaczyć Tego, co odszedł, ale jest i może odbić się w srebrnej tafli.

Tak, barok, jego pompatyczność a jednocześnie przeraźliwa prostota jaką wyczuwa się pod fałdami życia barokowego – to było w nas. Ta dwoistość człowieka, co płacze i krzyczy i jest to najszczersze ale jednak jakoś organizuje się w pieśń, refren. Prawda najprawdziwszego przeżycia, która właśnie dlatego, że jest prawdziwa układa się w rytm spektaklu. Szarość też musi znaleźć swoją formę.

Młodsi od nas już mają inne dzieciństwa. Też jest w nich jakaś celebra, ale inna.

I dlatego może Staszek tak bardzo w swoim buncie zależy od buntujących się. A ci znów muszą wiedzieć co w kulturze obalają (a raczej inaczej ustawiają perspektywę). I może dlatego Staszek nie ma tylu czytelników co dawniej i nie zostawił swych wierszy pod ich sercem jak zostawił pod moim.

Nie wiem. Ale przyjdzie, już przychodzi, czuję to, jego wielki czas.

 

Ale, popłynąłem po rzekach dygresji! Prawie jak w dorzecze Amazonki!

 

 

Pismo WspółczesnośćOsobiście poznałem Staszka kiedy składaliśmy się w redakcję Współczesności. Nie ma co opowiadać o całych dziejach pisma, przynajmniej nie teraz, ale pamiętajcie, że prawdziwa Współczesność istniała dla mnie ledwo chyba przez rok 1959, kiedy jakoś się ze smyczy urwaliśmy (trochę nam pewno na to pozwolono) i Staszek był pełniącym obowiązki naczelnego. Pełnym naczelnym nigdy nie zdołał zostać. I wtedy formowało się to co krytycy czasami nazywają „Pokoleniem Współczesności”. Tylko rok. Potem było pismo, raz marne, czasami niezłe ale już nie to.

A to było szaleńcze! Nagle z jakiejś bocznej jednodniówki młodych niewypierzonych, stawaliśmy się pismem ważnym. Wierzono w nasze opinie. Liczono się z nami. Ceniono nas. Może i nadmiernie.

Przez chwilę mieliśmy szczęśliwy czas startu. Czytelnik wymęczony jałowością literatury realizmu socjalistycznego i też rozrachunkami z tą literaturą miał oto nagle młodych, „nieunurzanych”, kolorowych poetów.

 

No tak. Jest czerwiec 1959, kolumna wierszy we Współczesności.

Ireneusz IredyńskiJaki ja byłem jeszcze nieopierzony. Poza moim świetny wiersz Staszka Piersi królowej utoczone z drewna. Jeden z jego najważniejszych wierszy. Niezły wiersz Irka Iredyńskiego. Jak ja zazdrościłem Irkowi. Był jeszcze młodszy niż ja. A o ile bardziej oczytany, o ile sprawniejszy w pisaniu.

O, bo Irek był mistrzem między nami. On to chyba najpierwszy z pokolenia a przynajmniej jeden z pierwszych, miał głośny debiut teatralny – Jasełka moderne w Ateneum. Tekst naprawdę niezwykły. Otwierający drogę na inne widzenie teatru.

Wierzono w nas. Przychodziły tłumy na każdy wieczór. „Nieunurzani”? Brzmi to tak strasznie godnie. Ale naprawdę szczęście nasze a przynajmniej moje – że nie zdążono nas ogłupić. Kiedyś opowiem co zapamiętałem z czasów ogłupiania. To zupełnie oczywiście inne sprawy, nie tragedie nieco starszych kolegów ochrzczonych „pryszczatymi”…

Jeszcze sami nie zdążyliśmy zaistnieć, więc nie zdążono nas chwycić w obcęgi różnych naukowych światopoglądów. Nowi, kochani, kolorowi, wpływowi. Ale jeszcze nie nadpsuci, bo jakby nie przekładało się to powodzenie literackie na oferty materialne. Więc nas niewiele kuszono. Dziwny czas, jakby zawieszenia, dziwny, bo już polityka łapała za gardło.

A my trochę dzicy. Jeszcze w lokalu na Kopernika. Taka sala poprzegradzana boksami. Niby stajnia. I wrzask, dyskusje. Bitki. Pamiętam tak. Rozmawialiśmy za ścianką z dykty z Konradem Eberchardem. Bardzo ciekawym młodym znawcą muzyki ale i też jak na nasze dzikie maniery i rozchełstanie strojów, młodzieńcem różniącym się od nas elegancją ubrań i obyczajów. A tu za dyktą szaleje skacowany Roman Śliwonik, bardzo dobry poeta i kolega ale jeden z takich, co kreowali siebie na człowieka czynu. Czyli maszynę walki i awantury, która jakby półgębkiem wypluwa jakąś poezję.

 

W ogóle co z nami było? Najistotniejszą cechą stawało się na ogół przygotowanie bokserskie. Spory z czytelnikami też próbowali niektórzy załatwiać ręcznie.

Zamęt. Łomotanina. Momenty szaleństwa.

Kiedy przeniesiono nas trochę dalej do pomieszczenia w pałacu naprzeciw budynku Akademii Nauk, bywało i tak, że zostawaliśmy na noc śpiąc na biurkach redakcyjnych. Wielu nie miało gdzie mieszkać – więc czasem wpadaliśmy w amok.

Tak na przykład późniejszy klasyk felietonu, a też krytyk Słojewski znany jako Hamilton, ni z tego ni z owego zaczął z okna redakcji polewać przechodniów atramentem. Skąd mu to przyszło, nie wiem. Po co nam ta dzikość była? Nie wiem.

Ale była bezdomność. Jeszcze nie odbudowana Warszawa. Ach, kto pamięta ten ciągły pył z rozwalanych ruin i odbudowywanych domów. Ten kakaowo-czerwonawy zmierzch letnich dni Warszawy. Ten ceglany posmak w ustach i nosie.

Kto pamięta, że niewielu miało wodę w kranie? Może napiszę jeszcze o tym. Kto pamięta, że niewielu miało klucz do własnego mieszkania?

A Staszek już miał. Był dzieciaty, rodzinny z całą normalną biografią człowieka żonatego.Niewielki, rzadko biorący udział w ekscesach. A jednak dominujący. Najlepszy wtedy z nas. Wódz pokolenia. Bo miał zdolności przywódcze. Pił. Już wtedy dużo, ale jakby mu to nie szkodziło. Żadnych pochmielów. Trzeźwy, zorganizowany redaktor. I duży poeta. I już łysy. To wtedy, pośród nas, szaleńczo czupryniastych, robiło wrażenie dojrzałości i dostojności. Jakiejś opiekuńczości ojcowskiej wobec nas. Na dodatek ubrany zawsze jakoś niby po mieszczańsku a fatalnie. Wszystko niedobrane ale wszystko miało być w zamierzeniu doskonale czcigodne. Płaszcz, a nie jakaś kurtka i nie byle płaszcz tylko coś niby salopa z kołnierzem niby wydry.

Jednym słowem niby śmieszny a czyniący piorunujące wrażenie. Również na kobietach. Co dla większości z nas, żyjących kultem knajackiej ale i chyba postkomsomolskiej krzepy było fascynującą tajemnicą. Nie wiedzieliśmy wtedy tego, że kobiety skrycie lubią w mężczyznach kruchość. Siłę a nie krzepę.