Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Wpisy w kategorii: Wspomnienia



Dwa telegramy

4 czerwca, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 10 czerwca 2001 roku.

 

Mieszkałem więc już w Otwocku. Wtedy lepiej. Nawet wspaniale.

 

W Otwocku zawiązała się spółdzielnia mieszkaniowa. Dało to szansę na zbudowanie własnego mieszkania. Spółdzielnie takie, ratunek dla młodych rodzin, powstawały z trudem ale powstawały po roku 56. To był dla nas znak przełomu październikowego.

 

Najsłynniejsza stała się Spółdzielnia  „Osiedle Młodych”. Wtedy, daleka Praga. Gazety rozpisywały się o tym cudzie spółdzielczości.

 

Bo to był cud. Chociaż częściowo, ale posiadanie mieszkania zależało teraz od naszej inicjatywy. Dawniej albo niewyobrażalnie wielkie pieniądze, albo szczególne szczęście u władzy, albo… Nie wiem jakie jeszcze albo…

 

Warszawiacy, którzy w 45-tym roku wracali do ruin miasta byli czasami lokatorami jakichś kątów w wielkich, na wpół zrujnowanych kamienicach. Pamiętam mieszkanie Mirona Białoszewskiego, niedaleko Nowogrodzkiej. Wchodziłem do tej ruiny witany nieżyczliwymi spojrzeniami jakichś ludzi, co z oburzeniem otwarli mi drzwi do korytarza. Bo nacisnąłem nie ten guzik dzwonka. A dzwonków było mnóstwo. Teraz w każdym pokoju kto inny. Większe pokoje podzielone przepierzeniami z dykty. Wszystko połączone korytarzem prowadzącym do wspólnej kuchni i łazienki. Korytarz obwieszony rowerami, baliami…

 

Takie mieszkania albo jeszcze gorsze, zobaczyłem w parę lat później kiedy wypuszczono mnie wreszcie dwudziestodziewięcioletniego, za granicę. Po raz pierwszy. Do Moskwy. Na festiwal filmowy. I tylko ściśle na tydzień. Nie byłem godny towarzyszyć festiwalowi przez cały czas jego trwania.

 

Wtedy było już po najgorszych latach w Otwocku. Pracowałem od 63 roku w telewizji. Byłem raczej znanym krytykiem filmowym, obiecującym poetą. Miałem stałe zarobki i raz w tygodniu ciepłą wodę w kranie. No i nareszcie paszport. Do zwrotu natychmiastowego, po tygodniu.

 

Pojechałem.

 

Przeżyłem, tylekroć dany innym, dreszcz przekraczania granicy. Tu trzeba powiedzieć że Związek Radziecki starał się o ten dreszcz szczególnie. 
Wtedy tego nie wiedziałem. Myślałem sobie: tak już musi być przy każdym przekroczeniu granic. Jak kiedyś pojadę na Zachód – to dopiero będzie!

No, ale wpuścili. Zobaczyłem Plac Czerwony. Nadużyłem alkoholu więc nie chciało mi się wykorzystać miejsca dla cudzoziemskich filmowców w kolejce do mauzoleum Lenina i Stalina. Myślę, że delegacja francuska, zalewająca się łzami, godnie mnie w mauzoleum zastąpiła. Francuzi, nawet jak na mnie, zwolennika socjalizmu (ale dostrzegającego jednak jego marne wykonanie, gdy był marki „zdiełano w ZSRR”), byli albo dziko naiwni albo niezwykle inteligentnie obłudni.

 

I odwiedziłem ukradkiem Mirona Czernienkę. Młodego krytyka, wielbiciela filmu polskiego. Mieszkańca komunalnej rudery przy ulicy Basmannej. Miron Czernienko szybko wcisnął mnie do swojej nory. Na korytarzu, czujne staruszki wypytywały kto, co, dlaczego. Na szczęście mówiłem po rosyjsku znośnie i wyglądałem na obywatela Estońskiej Republiki Rad. 
Powitała mnie słodka i miła żona Mirona. Tylko jej okulary! Była silnie krótkowzroczna a ówczesne szkła radzieckie przypominały raczej soczewki artyleryjskiej lunety.

Gadu, gadu, czaj z konfiturami i obiecałem: poszukam w Polsce cieńszych szkieł i modnej oprawki.

 

My wtedy, w takich możliwościach górowaliśmy. Byliśmy niby zachodem. Socjalizm, u nas, wydawał się marki lepszej. 
Znane nam były też koszule non-iron, które w Moskwie prawie z pleców nam zdzierano. Płacąc niezłe ceny. 
Mirona pożegnałem. Okulary posłałem, na co mam dowód – list zaczynający przyjaźń z radzieckim krytykiem, wielbicielem filmów Wajdy.

 

Ale, co ja o Mironie Czernienko? Zacząłem przecież od mieszkania Mirona Białoszewskiego.

Więc stoję na korytarzu tego kołchozu mieszkaniowego w Warszawie, pod nieżyczliwymi spojrzeniami lokatorów, których indywidualne dzwonki zbezcześciłem. Miron wysunął głowę zza poharatanych drzwi. Wciągnął mnie do pokoju. Był w jakimś dziwnym odzieniu. Jeśli obok piżam i koszul nocnych istnieją jesionki nocne i buty nocne oraz futrzana czapka nocna, to tak Białoszewski był odziany. Czekał na mnie.

 

Na stole pokręconym kołysała się filiżanka z czarną jak pasta do butów herbatą. Miron Białoszewski często pijał herbatę wzmocnioną pastylką z psychedryną. Kiedyś spróbowałem takiej, u jego dawnego kompana z czasów okupacji, czyli Swena Czachorowskiego. Zażył tej herbaty Swenowej i Staszek Grochowiak. I pogryzł syjamskiego kota!

 

U Białoszewskiego, jak sądzę, w mojej herbacie, nie było psychedryny. Nikogo nie pogryzłem.

 

No tak, Miron był typowym mieszkańcem odgruzowanych resztek Warszawy.

Ale ja? Tylko spółdzielnia mieszkaniowa. Tylko wielka szansa dana nam przez Październik. No i strychy. O tej idei pisałem. 
Spółdzielnia. Ale jak zostać jej członkiem? Straszliwe, kilometrowe listy oczekujących na szczęście wpisania na listę „prawie” członków. I członkowie podzieleni jako chóry aniołów w dziełach Dioniozego Pseudo Areopagity (w tym czasie jakoś się do prac tego angelologa pradawnych wieków dorwałem). Od najniższych, co będą czekali nie wiadomo jak długo, po tych, co czekają już na konkretnie budujące się bloki.

 

A runąć z tej drabiny oczekiwań łatwo. I do ostatniej chwili, wszystko mogło się zmienić.

 

Tak wiele lat później, kiedy już byłem pisarzem (którego nie wiadomo za co, ale jednak, umieszczono w Encyklopedii Powszechnej i w szkolnej historii literatury), zostałem strącony właśnie, gdy stałem na najwyższym szczeblu. Po zapłaceniu pieniędzy dostałem klucz do domu. Ale na drzwiach przybity skobel. Kłódka. Kartka. Dom podlega innej decyzji. W biurze spółdzielni wyjaśniono, że nagle zostałem przesunięty na dalszą kolejność. Lokalizacja nieznana.

 

Ale co wybiegać przed lata. Teraz jest rok 1962. Mam lat trzydzieści prawie. Mam dwupokojowe mieszkanie. Z ciepłą wodą raz na tydzień. W Otwocku, bo tam było łatwiej wcisnąć się do Spółdzielni. (No i brak prawa do zameldowania w Warszawie nie zamykał mi drogi). Mam małe dziecko, chłopca. Jestem bez pracy. Jeszcze trwa czas wilczego biletu, który miałem z czasów rozbicia Współczesności (Bezdomny z czupryną). Żona też nie pracuje, bo o pracę w Otwocku trudno.

Sytuacja bardzo marna. Był to czas, kiedy się wszystko załamało. Pożyczki, resztki jakichkolwiek pieniędzy – wszystko poszło na zapłacenie pierwszej raty w spółdzielni. I kiedy wprowadziliśmy się do mieszkania, i trzeba było płacić, dziura finansowa nie dawała się już załatać.

Zresztą załamałem się też zdrowotnie. Nie mogłem już pracować „na czarno”, produkując różne audycje, które podpisywali koledzy, pisząc mnóstwo artykułów, dorabiając korektą stylistyczną książek. Czasem wyłączano nam nawet prąd. Nie było za co, w terminie rachunków opłacić.

 

Do Warszawy jeździłem na gapę. Opracowałem cały system ucieczek przed konduktorami. Swen Czachorowski, mieszkający już chyba w Warszawie, ale pamiętający swoje dojazdy z Kobyłki nauczył mnie techniki „moczenia biletu”. Wtedy były bilety tekturowe. Datę i godzinę wybijała maszyna. Czasami niewyraźnie. Otóż odpowiednim moczeniem (nie w wodzie) można było doprowadzić znak datownika do zaniku. Trzeba było jeszcze bilet wałkować przez bibułę. Tak nieprecyzyjnie datowany bilet był uważany przez kontrolerów za wynik błędu maszyny. Mandatu nie wypisywali, na komisariat nie ciągnęli ale cudowny bilet odbierali.

 

No i odwiedza mnie nagle Zygmunt. Gość z dalekich Włoch, znawca muzeów Italii, Francji! Siedzimy, gadamy. Ja trzymam dziecko na rękach i karmię z butelki. Zygmunt robi mi zdjęcie:

 

Ernest z synem Markiem

 

W roku 62 słuchałem go. Opowiadał o Zachodzie. I o tym jak dotarł do Włoch. Jak biedował, pracował, studiował. Jak tam jest. Zazdrościłem. Podziwiałem. Ale nie rozumiałem. Pierwszy raz miałem zobaczyć swój paszport dopiero w roku 64. Teraz byłem mieszkańcem przyzwoitego mieszkania, ale naprawdę na dnie. To dno trwało od dwu lat.

 

Było nawet tak, że pojechaliśmy z Ewą do Gorzowa Wielkopolskiego. Szukano kierownika domu kultury. Myśleliśmy: – Może przyjmą. Jak nie mnie to ją. Szanse w Warszawie były prawie zerowe. Szanse na pracę w Gorzowie trwały pół tygodnia. Potem delikatnie nas przeproszono.

 

Tak więc, po nadziei gorzowskiej, znów w Otwocku. Siedzimy z Zygmuntem. On opowiada. Liczy też na pracę na uniwersytecie lub w muzeum. Jest przecież doktorem znanego włoskiego uniwersytetu. Autorem świetnej pracy o mało znanych precjozach sztuki włoskiej.

 

Zygmunt zrobił zdjęcie. Potem wyjechał. Zostaliśmy w słonecznym, ładnym ale głodnym mieszkaniu. 
Marzeniem była pralka „Frania”. Bo pieluchy z tetry. A tego stosy. A piec w kuchni na węgiel. A grzać na maszynce elektrycznej drogo. 
Drugie marzenie to łóżeczko dla dziecka. I materac!

 

Nie wiedziałem, że te marzenia nagle się spełnią. Życie odmieni się jak po cudzie.

 

Kiedy rozmawialiśmy z Zygmuntem nie mówiłem nic o szalonym i desperackim „skoku na pieniądze”. A taki wykonałem. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem czy lecę czy spadam z hukiem. Nic nie można było przewidzieć.

 

Jaki to był skok? W rozpaczy znalazłem notatkę w prasie. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza przedłużała termin składania prac na konkurs literacki, chyba o trzy miesiące.

Miałem starą maszynę typu Adler i ryzę papieru. Siadłem i zacząłem pisać moją pierwszą powieść. Konkurs dawał szansę. Pracę wysłałem. Podpisałem godłem Jakób. Przez „ó”. To ważne. Bo potem w czasie czytania prac sądzono w jury, że to powieść starszego wiekiem autora. Jakób wedle dawnych zasad pisowni. Ja wedle takich pisałem, bo w dzieciństwie na tajnych lekcjach u Pani Wolf – jednej z cichych bohaterek tajnej szkoły w Generalnym Gubernatorstwie – znalazłem stary podręcznik pisowni. Chyba sprzed pierwszej wojny.

 

Jakób. Takie imię nosił też mój syjamski kot. Przyjacielski dar od Swena Czachorowskiego. Swen nadał arystokracie kociemu imię platońskie Fajdros.

 

Znałem pisma Platona, bo czytaliśmy je w ciekawych przekładach Witwickiego. Ale zawsze skłonny do plebejskich nazw, jadła, rozkoszy, do grubej mowy, do tradycji kalwińskich jakie w cudownie spolszczony sposób uosabiał ojciec poezji Mikołaj Rey – nazwałem kota Jakóbem.

 

Na szczęście.

I Jakób przyniósł mi szczęście. Bo taki przyszedł telegram:

 

Telegram

 

O czym była moja pierwsza powieść Studium? O zabójstwie po zabawie na wsi. O śledztwie, które miało wyjaśnić co było powodem. I o braku jakiegokolwiek powodu. Postacie: normalni chłopcy, którzy nie mogą wyjaśnić czemu zabili. Kompletny brak logiki, powodów, przyczyn…

To musiało być nowum. Bo opowieść Trumana Capote o bezsensownym, nielogicznym, okrutnym morderstwie i uczestnikach takiego mordu jeszcze wtedy chyba nie była napisana. 
Wiem, że Studium nie było wielką powieścią. Co w niej było? Chyba niezafałszowany obraz ni to wsi, ni to półmiasteczka.

Dość o prozie. Ważny był telegram drugi:

 

Telegram Drugi

 

 

Nagrodę odebrałem. Była oszałamiająca. Chyba koło 30 tysięcy. 
Piłem na przyjęciu ostrożnie. Trzeba było bowiem wrócić z łóżeczkiem dla dziecka. Takoż z materacem.

 

Z lokalu LSW blisko było do Domu Towarowego. Tam bywały łóżeczka.

Były. Drewniane. Był materac, chyba jakiś wspaniały bułgarski albo jugosłowiański. Była koperta z pieniędzmi. Koperta gruba. Nie jakiś czek!

Łóżeczko kupiłem. Zawiązałem sznurkiem. Tak i materac. Przewiesiłem wszystko przez plecy i ruszyłem z Domu Towarowego na dworzec. Wsiadłem do pociągu. Z ważnym biletem. Dojechałem do Otwocka. Wysiadłem. Zarzuciłem na plecy bagaż i powędrowałem parę kilometrów do domu. Bo piękna ulica Pułaskiego biegła akurat na granicy Otwocka. W połowie drogi pomiędzy stacją Otwock a Śródborów.

 

Co tam! Doszedłem. 
Co tam, wyszedłem z biedy!

 

Co tam. Za parę miesięcy oferowano mi robotę w telewizji. Byłem młodszym redaktorem, który przygotowywał materiały do filmowej audycji o filmie, zwanej Klaps. Szefem moim był Grzegorz Lasota. Właściwie „nadszefem”, bo Klapsa prowadził Grzegorz Dubowski.

 

Praca była trudna. Grzegorz Dubowski to miły kolega. Ale Lasota! Z jednej strony fachowiec, z drugiej strasznie chimeryczny i czasami bardzo chamski. W kontaktach z podwładnymi. 
Pierwszy dzień pracy. Lasota wściekły. Daje mi pudło z materiałami filmowymi. Każe natychmiast przygotować montaż. Nie wiem jeszcze gdzie pracują montażystki. Taśmy są nagrane, innym niż znałem, sposobem. (Chodziło o to, że wówczas często w audycjach TV nagrywano „obraz” kamerą niemą – czyli bez rejestracji dźwięku. A wypowiedź na magnetofon. Potem ekwilibrystyka zgrania obrazu z dźwiękiem. Niezwykle trudna technicznie – tak aby widz nie dostał inaczej ruszających się ust w stosunku do mówionych słów.)

 

Myślałem, że wylecę z pracy już tego dnia. Ale dobrzy ludzie pomogli mi przebrnąć przez fanaberie szefa. Pamiętam Elę Klekow. Miłą, spokojną blondynkę. Ratowała mnie nie raz.

Potem wyszło Studium. Potem były dobre recenzje. Zamknięty świat powoli się otwierał. Najważniejsze: miałem pracę! Bo od szesnastego roku życia, zawsze starałem się gdzieś pracować. Jak już widać z tych wspomnień, parokrotnie bywałem bez pracy. Ale wracałem. Trzymałem się pracy nawet w czasach największego powodzenia pisarskiego. Bo boję się być pisarzem a szczególnie poetą. To czasem jest a czasem gdzieś ucieka.

 

Poezja jako zawód, jako sposób zarobkowania?

No nie. Jeśli tylko można, trzeba pracować w innym zawodzie. Nawet po to aby nie mieć zbyt wiele czasu na pisanie wierszy. 
Bo sztuka, poezja jest nam najmilsza, kiedy staje się niby wagarami w naszym zagonionym życiu.

 

I cóż z tego, że ludzie najbardziej cenią moje wagary? 
Żeby uciekać na wagary trzeba „musieć istnieć” gdzie indziej.

 

Ale to już moje teorie prywatne.

 

Proletariusz na barykadzie

9 maja, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 31 maja 2001 roku.

 

Jechałem z Bydgoszczy. Było to w roku chyba 1997, po wieczorze autorskim w ciekawej i ciągle promującej literaturę kawiarni Węgliszek. Trochę jeszcze zaspany, bo pociąg do Warszawy odchodzi wczesnym rankiem. Wyszedłem na korytarz i palę fajkę. Nagle z przedziału obok wychodzi na papierosa (chyba) wysoki, elegancki pan.

 

A jednak to Zygmuś, mój współmieszkaniec z akademika na Narutowicza. Tak, z tego samego pokoju. Widok na taras z Chińczykami (jeśli nie czytałeś, patrz „Jak z Markiem Hłasko po Warszawie pielgrzymowałem”). A potem szczęściarz, bo mieszkał w dwuosobowym, malusieńkim pokoiku razem z Koreańczykiem. Tak wtedy było ze studentami koreańskimi. Lokowano ich razem ze studentami polonistyki aby jak najszybciej uczyli się języka. Z Koreańczykami mówię, bo Chińczycy zawsze mieszkali w osobnych pokojach i wszystko robili razem. Poruszali się nieomal marszowymi kolumnami.

 

Zygmuś był ze Żnina. Czy też z okolic słynnej miejscowości, gdzie ongiś narodził się nasz pierwszy, znany w historii inteligent, który wyszedł z chłopskiej chałupy, czyli Klemens Janicki.

 

Janicki był moim herosem w czasie przerabiania średniowiecznej i odrodzeniowej literatury na naszej polonistyce. Zresztą postać tego chłopaka z chałupy, dziecięcia wątłej budowy – jak to wynika z dziękczynnego wiersza do bogatego i wpływowego magnata Krzyckiego Elegia o sobie samym do potomności – nie tylko mnie wzruszały.

 

Janek Bester, nasz nadworny satyryk, publikujący wówczas gęsto swoje fraszki w Szpilkach i pismach ludowych, napisał nawet pieśń o Janickim:

 

Miał w Januszkowie morgę i domek
Kułak Janicki z dziada pradziada
Że mu się wreszcie zrodził potomek
Przeto Klemensa imię mu nadał
I żył ten Klemens wątły i słaby…


Tak opowiadał Janek Bester. Chłopak ze wsi rzeszowskiej. Niezwykle oczytany. Wprawdzie wysoki i ładny, ale naprawdę też wątły i słaby. Na obowiązkowych zajęciach z wychowania fizycznego, bo takie mieliśmy, oraz na ćwiczeniach na studium wojskowym, Janek występował zawsze w roli ofermy.

 

Studium wojskowe. To było przekleństwo każdego tygodnia. Co wtorek trzeba było zrywać się przed świtem z łóżek i jesienią w deszczu, czy zimą mroźną, wędrować daleko. Popatrzcie kiedyś na plan Warszawy. Nasz akademik na Narutowicza. Ćwiczenia polowe na Wawrzyszewie. Trzeba było dotrzeć pod bramę cmentarza żołnierzy włoskich. Nawet dziś, kiedy jadę na północ Warszawy, mijam ten biały cmentarz z drżeniem.

 

Bo trzęśliśmy się z zimna. Tak wcześnie żadna stołówka nie działała. Więc bez jedzenia, bez kubka ciepłej lury, każdy ruszał w ciemną dziurę warszawskiego przedświtu. Najgorsze – jak dojechać?

 

Teoretycznie była jakaś komunikacja, która jak dobrze poszło, zabierała z godzinę drogi. Parę przesiadek… Tylko o żadnej regularnej komunikacji w tamtej Warszawie o tak wczesnej porze mowy nie było. Jeśli tramwaje szły to dziwnymi grupami i do jakichś zajezdni a nie w trasy. Autobusy – to marzenie. Bo chyba nawet nie było jeszcze w Warszawie rosyjskich autobusów. Tego cudu komunikacji, który woził nas trzy lata później z Kickiego na Uniwersytet.

 

Szliśmy więc część drogi pieszo. Zimową Warszawą gdzie wędrowało się gruzowiskiem, skrótami. Zawsze grupą, bo grupy raczej nikt nie napadał. A potem w kombinezon mundurowy. Karabin typu mosin 1899 w łapę. I czołgamy się po polach Wawrzyszewa. 
Zygmuś stał się wynalazcą w walce o każdą minutę ciepła. Stąd nie myliśmy się. Na stroje nocne wkładaliśmy dzienne i tak, jeszcze przynajmniej teoretycznie odziani w skórę naszych snów, wędrowaliśmy na wojnę.

 

Zygmuś walił krokiem ogromnym. Ten chłopski syn ze Żnina był wysoki, tykowaty. Stopy olbrzymie. Łapy jak łopaty. Czupryna zmierzwiona dziko. Twarz długa kanciasta. Wielkopolsko-sielska. Na plakatach mógłby reprezentować młodego entuzjastę nauki, który wyrywa się do wiedzy – a socjalizm to umożliwia.

 

Ale Zygmuś nie był ulubieńcem socjalizmu. W tamtym 52/53 roku jego pochodzenie klasowe to była wąziutka ścieżka, ziemia niejasna pomiędzy szansą na zbawienie a wiecznym potępieniem. Ojcowie Zygmusia nie byli jeszcze zadomowieni w krainie średniorolnych ale ich pracowitość okazała się błędem. Bowiem przez pokolenia dorobili się kawałka pola, które już ich ściągało w piekło – gdzie spychano kułaków.

 

Tymi zagadnieniami zajmował się zawsze któryś z opiekunów roku. Bo od momentu egzaminu i długo potem – ciągle przyglądano się naszym aktom personalnym. Dzięki Bogu, że byliśmy na polonistyce, bo tu trzeba oddać sprawiedliwość naszemu dziekanowi Zygmuntowi Liberze, szaleństwo pryncypialnych młodych aktywistów temperowano. Stąd nie gnały u nas oddziały „lekkiej kawalerii”. 
Kto wie co to było? Otóż owa dziarska i chyba rozumiana raczej kozacko i czerwono-gwardyjsko nazwa, oznaczała grupy stróżów moralności socjalistycznej.

 

Co ta moralność znaczyła? Czego wymagała?

 

Wszystko znaczyła wedle woli przemożnych kawalerzystów. Ja, nadziałem się parę razy na ich ostre piki. 
I nie dlatego, że kiełkowała we mnie Myśl Nieprawa. W tym czasie byłem chyba bardzo pryncypialny.

 

Pamiętacie ten korowód tańczący kozaka na wieczorynce w Międzygórzu? (patrz „Niewłaściwe Życiorysy„  i „Międzygórze” )

 

Ja, trochę jeszcze przypadkowy uczestnik Ogólnopolskiego Zjazdu Polonistów w roku 1951 patrzyłem na korowód z wielkim uszanowaniem. Pląsali bowiem młodzi, uznani krytycy, nadzieje socjalistycznej nauki o literaturze, poeci – już po debiucie prasowym. Klaskali do rytmu czcigodni profesorowie, autorzy gromkich wystąpień. Ci, co na naszych młodych oczach umieli przygwoździć gada faszyzmu sączącego jad w powieściach, na przykład Conrada.

 

A jakieś piski protestu, jakieś próby polemiki z inaczej myślącymi literaturoznawcami? Prawie ich nie słyszałem. Ogromna większość młodych polonistów ze zgrozą patrzyła na Zygmunta Lichniaka, który w jakimś szale, bo przecież był i młody i plebejskiego rodu, próbował powiedzieć o innych sposobach widzenia literatury.

 

Wtedy, ledwo wiedzący, sporów tych nie rozumiałem. Ale w końcu w tym korowodzie pląsali moi przyszli koledzy warszawscy. Niektórych nawet znałem ze słyszenia. Bo w Kole Młodych w Gdyni i Sopocie wspominało się z dumą tych, co zaczynali robić stołeczną karierę.

 

Teraz rozumiem jak błogosławiona była dla mnie decyzja odrzucenia mnie z wydziału dziennikarstwa. Bo kto wie? Może pamiętając moich socjałów z elektrowni, wcale bym nie zauważył, że te lekkie kawalerie są wrogie PPS-owskim ideałom? (patrz „Tu Gdynia,Radio, Over…” ) Kolor czerwonych krawatów bardzo się wtedy pomieszał. Tu, na polonistyce, wielkich tragedii nie było. Nawet kiedy próbowano nas mobilizować przeciw starym profesorom, władze wydziału szybko to pacyfikowały. Nikogo też za błędy ideologiczne nie wyrzucono.

 

Dobrodziejstwa takiego spokoju doznałem dwa lata później na własnej skórze.

Więc – jak mi opowiedział w czasie jazdy pociągiem Zygmunt, miał trochę kłopotów i rozmów z jakimś aktywistą. Wypytywano go o kontakty z rodziną. Sprawdzano czy się nie kułaczy… Ale wiem, że to nie były nagonki.

Nagonki. Takie właśnie działanie jest dla kształtowania młodych najgorsze.

 

Jedna z pryncypialnych pań, naszych naukowych wychowawczyń, lubiła zapraszać nas, niby prywatnie… Nie, nie na żadne takie, co wam młodym dziś przychodzi do głowy…

 

To była purytańska moralność. Nawiasem powiem, że nawet wejść do żeńskiego domu studenckiego było prawie niemożliwe. Ścisłe i określające czas wizyty, przepustki. I sprawdzanie przez różne kozackie brygady.

 

Spotkania miały nas skłonić do postawienia wysokich, socjalistycznych wymagań, pewnym profesorom. Istotnie, niektórzy wykładali wielce nie ideowo. Wykłady ideowe były jasne i zrozumiałe. Nawet dla tego co niewiele wiedział o historii literatury. Bo zawsze klasy uciskane nie mogły się przedrzeć do ukrywanej przed nimi wiedzy. A jak kto się przedarł, na przykład Klemens Janicki, to stawał się sługusem biskupim. Janickiego wyratowała przed hańbą wysługiwania się, śmiertelna gruźlica.

 

Profesorowie bezideowi często nie byli wielkimi mówcami. Niektórzy nudnie mamrotali. Inni odczytywali coś monotonnie, nie patrząc w świetliste oczy studentów.

 

- Więc studenci – mówiła pani a raczej towarzyszka – powinni pryncypialnie zażądać wyrzucenia takich nauczycieli!

 

Nic z tego nie wyszło. Pewno przez naszą niechęć do gwałtowności. Dzięki kierownictwu polonistyki, dzięki mądrym ludziom u nas się nie szalało.

 

I przynajmniej na moim roku, nie było żadnych oddziałów „lekkiej kawalerii”.

 

Ale Zaporoże socjalistycznej moralności galopowało po wydziale dziennikarskim. No, nie Zaporoże. Raczej Czapajew moralistyki. 
Tak więc, zdarzyło się. Dostałem jedno z pierwszych prasowych honorariów. Niewyobrażalny dar w akademickiej, szarej biedzie.

 

Trzeba było rzecz uczcić.

Podkochiwałem się w miłej czarnulce z dziennikarki. Trochę egzaltowana. Recytowała wiersze Mandaliana i ideałem jej była Wanda O.

Wanda O. Grzmiała w słynnej radiowej audycji propagandowej. Chyba Fala… Ale jaka fala? Jak się Wanda nazywała? Nie chcę nawet sprawdzić. Niech będzie błogosławiona amnezja.

 

Chyba potem Wanda grzmiała tak samo zacięcie po innej stronie? O, przypomniałem sobie. Odolska!

 

To był ideał dziennikarski. Marzenie czarnulki. Ale tak mile się przy wspominaniu Odolskiej różowiła.

Ja na panią O. nie reagowałem. Czegoś nauczyły mnie socjały gdyńskie.

 

Więc siedzimy w Krokodylu na Starym Mieście (a może był to Fukier?), popijamy tanie winko i jemy ciastka.

Mam pieniądze. Jest przy mnie dziewczyna. I nawet nie recytuje wierszy, czego zawsze nie lubiłem. Nie wspomina o towarzyszce O. 
Nagle jakaś grupa wpada do naszej sali i zaczyna spisywać personalia tych, co piją wino i jedzą ciastka. Moja czarnulka blednie i daje się spisać.

Grupa wypada z lokalu. Czarnulka zalewa się łzami.

 

- Jutro wyrzucą mnie z ZMP. I z wydziału!

 

Nie pojmowałem tego. Ale honorarium zostało zmarnowane. Odprowadziłem szlochającą do mamy. 
Następnego dnia widzę ją już strasznie zapłakaną. Nie bredziła, wywalanie jest w toku.

 

Trzeba było coś zrobić. Jako współwinowajca ale i jako były robotnik z elektrowni przy stoczni, ech, to była nazwa: Komuna Paryska, udaję się do kierownictwa ZMP. Dzielnicowego. Cały Uniwerek był chyba sam w sobie dzielnicą.

 

Zaczynają ujadać. Przoduje jeden – potem jego cień towarzyszył mi na studiach a i po studiach. Dziś jest rzutkim przedsiębiorcą w kulturze.

 

- Kawiarnia Krokodyl! – krzyczy. – Wino, ciastka. Burżuazyjny styl życia. Niegodny naszych ideałów!

 

Znów ratuje mnie szkoła gdyńskich socjałów. 
Szukam gorączkowo ideologicznej tarczy. Celnego i nieodpartego zawołania. 
Na głupotę nie ma argumentów.

 

I znajduję. Staję na sposób proletariacki. No, tak – ciężko i dumnie – jak proletariusze na kolektywnie malowanych pracach artystów szkoły sopockiej (tak była wtedy idea malowania przez kolektyw a nie pędzlem indywidualnego artysty). Wysuwam szczękę na wzór Majakowskiego. Ryczę:

 

- To znaczy my, Lud, odbudowaliśmy Starówkę i te kawiarnie na Starówce tylko po to, aby tam różne burżuje zjadały swe burżuazyjne ciastka i popijały burżuazyjne wino!?

 

Dziś mało kto zrozumie jak strzał był celny. Bo też, pryncypialność proletariacka była w moim dowodzeniu jako posąg. Poza tym, sam wydawałem się sobie pryncypialny. Broniłem Krokodyla, Fukiera, jak barykad. I czułem się jak na barykadzie. 
Nie podejrzewajcie, że piszę opowiadania satyryczne. To była głęboka, przeżyta, czerwona odpowiedź.

 

Jakby piorun strzelił w biurka wydziału.

 

Oni tam na dziennikarce, mieli inaczej kształtowane umysły. Coś, co wychodziło, ot tak ze mnie, przyjmowali jako sygnał z centrali. Sygnał niejasny, ledwo wyczuwalny. Sygnały, których każdy aktywista musiał nasłuchiwać, rozszyfrowywać, choć klucz do szyfrów czasem zmieniano…

 

Więc może krzyk mój szczery wydał im się sygnałem do walki z kolejnym odchyleniem. Jakąś dziecięcą chorobą lewicowości. 
A jak już kto okaże się dzieckiem dotkniętym taką zarazą to nie ma rady. Łeb ukręcą.

 

Ja, bladość działacza, rozumiałem jako bladość zawstydzenia. O szyfrach, chorobach, sygnałach zmienionych z centrali, moje socjały nie miały wielkiego pojęcia. Toteż pewno im też łebki poukręcano.

 

Po co ta dygresja? Żeby pokazać, co mieliśmy w głowach, wędrując okutani na studium wojskowe.

 

Byłem przecież młodym, niebezpiecznym idiotą. Pamięta się ładne opowieści ze swego życiorysu, zapomina o innych. Ale kiedy się człowiek starzeje, szuka przed nocą tych zapomnianych drzwi, do zapomnianych korytarzy. Pełnych wstydu. Ciarki idą po plecach, kiedy się pomyśli jak to zobaczymy siebie samych. Nie przez jedwabne zasłony wspomnień ale tak twardo. Twarzą w te głupie gęby, które się nosiło.

 

Nic chyba strasznego w głupocie swej nie narobiłem. Ale jakby wszystko poszło inaczej? Jakby życie dało szanse różnym wściekłym moralistom socjalistycznym aby nauczyć mnie, czego trzeba.

 

Czy na przykład nie wspominałbym z dumą jak się od burżuazyjnego winka i ciastek wyzwoliłem? Jak zrozumiałem, że to były podszepty wroga? Może tej dziewczyny? Dla kogo działała? Po co?

 

My, z Zygmusiem, jesteśmy ocaleni. Zygmunt jest bardzo znanym specjalistą od malarstwa. Autorem paru świetnych książek. Profesorem.

 

Tak, stoi obok, ten sam Zygmunt a nie ten sam. Na jego postaci można malarsko udowadniać jak wielka wędrówka po krainach sztuki zmienia fizycznie człowieka. Nie, nie zmienia. Zygmunt jest ten sam. Ale to co było rozwichrzone, niezdarne w jego postaci, jest teraz szlachetne.

 

- Zygmuś – mówię – jak ty się zmieniłeś, a jesteś ten sam co przed laty.

 

- Kto z kim przestaje takim się staje – żartuje. Zygmunt, kolega co nas wprawił w osłupienie. Zaraz po październiku.

 

Bo Zygmunt dorwał się do jednej z pierwszych, rowerowych wycieczek do Włoch. I ruszył do Italii wywijając długimi nogami. I został w Italii, i w największej biedzie przebił się i studiował na uniwersytecie.

 

Wrócił do Polski. I odnalazł mnie w Otwocku.

 

Napiszę o tym za kilka dni…

 

Nie poddaj się Dostojewskiemu- listy od Marka Hłaski

9 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 24 maja 2001 roku.

 

Przepisuję fragment jednego z listów Marka by było go łatwiej odczytać:

 

Przeklęty głupcze!


Twoja mała zostawiła mi w Związku list, w którym pisze, abym zostawił Ci kopertę u woźnej; dalej, że będziecie we czwartek w Związku i – jeśli mogę – abym poszedł do Besterów.


Koperty zostawić ci nie mogłem – byłem wtedy zalany zupełnie i nie pamiętam ile od Ciebie pożyczyłem. Szkoda tylko – i mam o to żal do Ciebie, że zostawiłeś mnie w takim stanie; później bardzo smutno to się dla mnie skończyło. Do Besterów nie poszedłem gdyż nie miałem na to czasu, ani ochoty. We czwartek nie było was w Związku. W piątek rano, musiałem wyjechać.


Napisz mi, ile jestem Ci winien i natychmiast Ci doślę. I proszę Cię na wszystko, odnieś mojej matce „Braci Karamazow”; sam nie wiesz, czym jest dla mnie Dostojewski. Nie zrób mi krzywdy. Przypominam Ci adres mojej matki: Żoliborz, ul. Mickiewicza 171 m 11. I zanieś mojej matce swoją „Giocondę” – ona tak o to prosi. Nie zapominaj! Całuję Cię, ucałuj ode mnie swoją małą.


Marek.


List od Marka Hłasko- adres

Marek nie wytrwał na prowincji. Wrócił do Warszawy. Coraz piękniej pisał i coraz bardziej dziko żył. Widywaliśmy się mniej. Bo ja należałem jeszcze do niewypierzeńców. Mój debiut miał stać się dopiero za parę lat. Nie mogłem jeszcze znaleźć swojej drogi. On szedł coraz wyższymi ścieżkami.

 

Ale jeszcze wspomnienia.

 

Jedno, to nasze starania by dostać się do kina Atlantic na Cenę Strachu. Strasznie popularny film o szoferach, co wiozą dynamit, który ma ugasić płonący szyb naftowy. Nie, chyba nitroglicerynę – bo każdy wstrząs może wysadzić samochód.

Dzikie tłumy okupowały fragmenty ulic przed kinem. Marek przyjaźniący się wtedy z Jerzym Andrzejewskim wyłudził od niego legitymację poselską. Kupiliśmy na nią bilety bez kolejki. Trzy bilety, bo miał iść z nami do kina pan Jerzy. 
Pamiętam tę walkę o wejście. Tu już żadna legitymacja nie pomogła. Pogubiliśmy się w tłumie tych „z biletami” i tych „na gapę”. Kino straciło kontrolę nad wydarzeniami. Film jednak obejrzałem.

 

Nawet odnalazłem potem Marka. Andrzejewskiego nie było. Marek, przejęty filmem, zaciągnął mnie do pobliskiego baru. Tam w czasie popijawy, nagle zmienił się na twarzy. Wyciągnął legitymację poselską (nie oddał jej panu Jerzemu) i spokojnie zaaresztował jednego z pijących.

Sala zamarła. Wyszliśmy z aresztowanym.

 

Na ulicy jakby Markowi „odeszło”. Wypuścił więźnia, a ten pomknął w miasto przekonany, że umknął z rąk Bezpieczeństwa. 
To był jeden z tych momentów, kiedy Marek zachowywał się jak owładnięty szaleństwem. Potem wracał do rozumu. 
Ale był już coraz dalej. Stawał się legendą. Pokolenie Współczesności nie było jego pokoleniem. On był już wybitnym pisarzem, my, mieliśmy za sobą udane (czy nawet bardzo udane, jak Grochowiak) pierwsze książki. Mieliśmy też książki przeciętne.

No cóż, za mały byłem na tę trudną przyjaźń. Ja powolutku, powolutku, przedzierałem się przez poezję. Uczyłem się mozolnie. I wciąż nie umiałem się nauczyć aby „głupot czcigodnych” nie słuchać. Tak było i w czasie afery o Miłosza na naszym roku polonistyki. 
Istniałem jakby w paru postaciach. Do jednej z nich Hłasko przysyłał listy.

 

List od Marka Hłasko- początek

 

Drogi mój!


List od Ciebie tak mnie ucieszył, tak naprawdę bardzo mnie ucieszył, że natychmiast – w sekundę po otrzymaniu listu od Ciebie – siadam i odpisuję Ci. Jest mi przykro, że masz wątpliwości co do tego, czy pisałem do Ciebie w sprawie „Karamazowych” czy też pisałem list do przyjaciela. Drogi mój! I jeszcze piszesz mi, abym Ci odpisał szczerze! A weź sobie nawet tych „Karamazowych” jeśli Ci się tak podobają, że nawet oczy miałeś mokre. Tak, tam obok ponurych i strasznych jest bardzo, bardzo wiele pięknych rzeczy. Krytyka uważa, że po „Zbrodni i Karze” jest to jego najlepsza książka. Ja osobiście najbardziej lubię „Biesy”, potem „Karamazowych”.


Nie poddaj się Dostojewskiemu jednak – to nonsens! nie wolno. Dostojewski jako filozof – to samo, to taka sama brednia jak i każda filozofia, która obiecuje człowiekowi spokój i szczęście. Geniusz Dostojewskiego – według mnie – polega przede wszystkim na tym, że ukazał on piekło szalejące w człowieku. Zauważ: u niego każdy człowiek miota się w poszukiwaniu Boga; u niego każdy w jakimś sensie marzy o lepszym, czystym, życiu. Oczywiście wszyscy są żałośni, nieraz wstrętni i okropni: Stawrogin (ta najbardziej rosyjska i ohydna postać u Dostojewskiego) jest, no nawet diabli wiedzą czym; Mitia Karamazow chce oczyścić swą duszę cierpieniem; Raskolnikow popełnia zbrodnię („Zbrodnia i Kara”) aby „zejść do podziemia i tam zaśpiewać hymn do Boga”; Książe Myszkin, przez całe życie jest człowiekiem wielkiej szlachetności i cnoty – w końcu, schodzi z życia jako „Idiota”. Mnie to właśnie u Dostojewskiego najbardziej zachwyca, iż jest on pisarzem „wiecznym poszukiwaczem”, pisarzem niemego dramatu człowieka, tylu największych cierpień i przegrań człowieka. Staraj się też tak spojrzeć na Dostojewskiego. Odkryj to, co w tym pisarzu najokropniejsze; rozkład, chandrę rosyjską, zbrodnię; spójrz na niego jako na „pisarza podziemia”, niestety niczego on nie znajduje; Dostojewski – sam przerażony swą genialną wizją człowieka; jego (nieczytelne) i cierpień nie wierzy w jakiekolwiek (nieczytelne) szczęście człowieka na tej ziemi.


Stąd ta cała filozofia obłędu; nie grzeszysz – nie odbędziesz pokuty – nie dostąpisz zbawienia: udajmy swobodę wielkiej i szerokiej duszy rosyjskiej!


I nie przejmuj się „Szigalewszczyzną”. To przecież doprawdy nic nowego. A że pewien zestaw słów w powieści Dostojewskiego, wyjątkowo gra w tym kontekście, no to cóż takiego. Dostojewski był dumny i wiedział, że niewiele jest innych urządzeń świata.
Dzisiaj – kiedy słucham i czytam wciąż te same rzeczy na temat przyszłej wojny – Szigalewszczyzna jest mi śmieszną; ot po prostu jeden z ustrojów nazwany po imieniu. Tak, że się nie ma czym przerażać. U Dostojewskiego zwróć uwagę na jeszcze jedną rzecz; na genialną wizję pisarską o zadziwiającej ekspresji. Tacy ludzie nigdy nie żyli., nigdy się nie spotykali ze sobą, a przecież widzimy ich, czujemy, ba! – nawet mamy mokre oczy. I to jeszcze jedna rzecz, dla mnie niezwykła – zauważ, że Dostojewski w ogóle nie zauważa świata zewnętrznego. Od czasu do czasu usiłuje sklecić jakiś pejzaż i zaraz zamiera; nie potrafi opisać ani jednej ulicy, ani jednej ludzkiej twarzy, ani jednej gwiazdki, ani jednego kawałka nieba! A jakże silnie widzimy te wszystkie miotające się postacie, te błotniste zaułki, plugawe traktiernie, nędzne mieszkania „uriadników” (nieczytelne) itd.

To zadziwiające.


Ernest! Mnie tutaj brak Ciebie; mieszkam w wiejskiej szkole, z wujem umierającym na gruźlicę. Pytasz się czy przyjechać. Mój Boże!

 

Oczywiście.

Jedzie się tak: pociągiem do Koła (ok. 4 godzin), potem z Koła autobusem (odchodzi z dworca), autobusem dojeżdżasz do Kiejsz, tam wysiadasz – już tylko 2 km do Dębna Królewskiego, ja mieszkam w szkole. Więc pamiętaj! Warszawa – Koło – Kiejsze – Dębno. Nie przerażaj się: to bardzo groźnie brzmi, w rzeczywistości nie jest jednak tak straszne. Wyjedź z Warszawy tym pociągiem o 8.04; przesiądziesz się w Kutnie (z pociągu na pociąg); w Kole niedługo masz autobus; u mnie będziesz ok. 14.30. Ucieszę się szalenie i pamiętaj, że liczę na Twój przyjazd. Ja do Warszawy nie wrócę; tak sobie postanowiłem.


Wiersz bardzo ładny, bardzo smutny. Czy znasz taki wiersz Miłosza(nieczytelnie). Przypomina mi go; Twój jest bardziej chandrowaty; wyjący; Miłosza beznadziejny lecz spokojny. Ja wolę to co Ty robisz; tę właśnie poezję rozpaczliwego krzyku w nocy.

 

Pozdrów serdecznie swoją małą.

Ciebie ściskam i całuję. I pisz, pisz kochany mój, tylko na miłość Boga wyraźniej.

PS. Dostojewskiego u matki nie ma prócz „Biesów”. Wszystko z sobą.

Marek


List od Marka Hłasko- opis drogi

 

 

Jak z Markiem Hłasko po Warszawie pielgrzymowałem

8 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Wpis ten ukazał się po raz pierwszy 16 maja 2001 r.


W starych papierach ocalało parę listów od Marka Hłaski. Jeden postanowiłem w całości zacytować. To list z marca 55 roku pisany do mnie przez Marka, kiedy to, po wielkiej eskapadzie alkoholowej postanowił zamknąć się na dalekiej prowincji i nigdy nie wracać do Warszawy.

 

Ciekawa jest koperta tego listu. Adresu właściwie nie ma. Jest tylko Warszawa, Koło Młodych. Nigdy bym nie uwierzył, że list ten dotarł normalną pocztą, gdyby nie stemple na znaczku.

 

Koperta Marka Hłaski

Jak doszedł do tego Koła Młodych?

 

A czym było to Koło? Pisałem już trochę o tym przy okazji wspomnień ze Zjazdu Polonistów w Międzygórzu (patrz Niewłaściwe ŻyciorysyMiędzygórze). Ale po paru latach wszystko w tej gromadzie młodych adeptów na pisarzy zaczynało się zmieniać. Ówczesny Związek Literatów, dając nam dalej używać swoich pomieszczeń, z których najważniejsza była stołówka i kawiarnia oraz biblioteka, o wiele mniej pilnował słuszności ideologicznego rozwoju. Powoli odchodziły czasy zebrań. Takich właśnie jak zebranie na temat moich wierszy o knajpie przy Kijowskiej. Zresztą, co tu narzekać,  najstraszliwsze czasy twardego wychowywania mnie raczej minęły. Wprawdzie pojawiłem się na studiach w Warszawie w 1952 roku, ale brak akademika i stypendium, ciągłe kombinowanie jak wcisnąć się nielegalnie do domu studenckiego na Narutowicza – to zajmowało mi prawie rok.

 

No, bo wyobraźcie sobie moje godziny wieczorne. Coraz większa ilość waletów kręci się przed wejściem na Narutowicza, a nawet koczuje w wielkim holu. Ten hol miał schody, które prowadziły do wejścia wewnętrznego. I to wejście było zablokowane budką z portierem. Portier sprawdzał zielone legitymacje i tylko tak można się było dostać na pokoje. Pokoje różne. Ja waletowałem w wielkiej dwunastoosobowej sali. Kiedyś pewno była to biblioteka a może świetlica. Sala ta miała oszklone drzwi wychodzące na płaski długi taras.

 

Czyniąc w mojej opowieści lekkie zamieszanie muszę jednak opowiedzieć o tym tarasie. Otóż kiedy przyjechali do Polski studenci chińscy, wielu z nich zakwaterowano na Narutowicza. Wykorzystywali taras na poranną gimnastykę. My oczadziali po różnych, nie bardzo moralnych, wyczynach, zmarznięci (bo wiało od starych okien aż się kurzyło), legalni i nielegalni mieszkańcy tego pokoju z lekkim przerażeniem patrzyliśmy na ten codzienny spektakl. W karnych oddziałach, ubrani w jednakowe piżamy, zupełnie nie zważając na pogodę, Chińczycy wykonywali powolne ruchy i jakieś niby baletowe łamańce. Teraz każdy widz filmów o kung fu wie na czym polega ta gimnastyka. Ale wtedy?

 

Ze sztuk walki znane nam było uderzenie bykiem i parę jeszcze rzewnych mazowieckich chwytów. O połączeniu ćwiczeń ducha z ćwiczeniami ciała nawet nie słyszano. Zapyziali, okutani, skacowani, jeszcze nie warszawscy a już nie prowincjonalni, przylepialiśmy nosy do szyb. Chińczycy wyginali się w długich szeregach.

 

Taras tylko przez brudne drzwi oddzielony był od naszego pokoju. Czyli od świata zupełnie innego: piętrowych łóżek, zapachu cebuli smażonej ze skwarkami i posypywanej cukrem – bardzo to kaloryczne jedzenie, kiedy już braknie na co innego. 
My byliśmy bezładem. Anarchią. Niby należeliśmy do tego samego świata zwycięskiego proletariatu ale jakże to wszystko było obce. 
Potem przybyli Koreańczycy. Ci jednak byli inni. Zbiorowych gimnastyk, takiegoż uczenia, mycia, u nich nie było. 
Więc z niektórymi bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

 

Niektórzy z kolegów z Koreankami. Wielkie i tragiczne miłości. Wiem o jednej. Kolega z filologii zakochał się w Koreance. Ona w nim. Zdołali nawet wziąć ślub. Było to prawie niemożliwe, bo władze na to nie pozwalały, szczególnie władze koreańskie. Ale tym razem się udało. Tylko potem przyszedł czas na odwoływanie Koreańczyków do kraju.

Wiadomo było, że dziewczyna zniknie na zawsze. Wiem o tej dramatycznej miłości tyle, że dziewczyna przez pewien czas ukrywała się w Polsce. Po różnych rodzinach.

 

A z drugiej strony, kto mógł, zabiegał o zrozumienie dla zakochanych. Włączyli się w to nawet wysoko postawieni towarzysze. I o ile wiem, była jakaś obietnica, że niech Koreanka wróci na chwilę do ojczyzny, a zaraz ją do męża Polaka wypuszczą.

Niestety to była naiwna wiara. Pojechała i nie wróciła. Ciągle jednak byli tacy, co zabiegali o jej powrót do męża. O ile wiem, nawet członkowie oficjalnej, rządowej delegacji do Phenianu rozmawiali z władzami Korei. Otrzymali tylko wiadomość, że żyje ale wróciła na ojczyzny łono.

 

Może opowiadam rzecz niedokładnie. Ale to wielka miłość była. Ta historia Romea i Julii naszych lat się zdarzyła.

Koreańczyków zresztą szybko odwoływano do kraju. Znałem paru z Akademika. Jeden bardzo ciekawy polskiej poezji, uczył się na polonistyce. Wysoki, trochę podobny do Ajna, bo miał nawet zarost. Ranny w wojnie, odznaczony za bohaterskie czyny a jednocześnie z ogromną pasją dowiadujący się nowych rzeczy o nieznanej Europie. No tak, dla niego nawet tamten czas był Europejski. 
Z Chińczykami trudniej było się zaprzyjaźnić. Zresztą to poruszanie się Chińczyków w zawsze karnych oddziałach, było trochę przerażające.

 

Najbardziej straszne było, gdy kolumna chińska wmaszerowywała do ogólnej umywalni. 
Ogólna umywania. Długa sala gdzie po jednej stronie stały rzędem kabiny klozetów a po drugiej ciągnęło się długie blaszane koryto – a nad nim kurki. Z zimną oczywiście wodą. Tam pchając się, staraliśmy się tworzyć pozory mycia.

Ale wmaszerowywały Chiny. Stawali nad korytem. Zdejmowali góry od jednakowych piżam i zaczynali spokojnie, dokładne ablucje lodowatą wodą. Potem zaczynało się coś, na co ukradkiem, no bo było głupio, gapić się tak otwarcie, schodzili się inni mieszkańcy akademika. Rząd Chińczyków miarowo mył zęby jednakowymi szczoteczkami.

Trzoneczki szczoteczek trzymali też inaczej, jakimś chwytem ping-pongowym. Tu trzeba dodać, że fascynowała nas sprawna gra Chińczyków w ping-ponga. Grali też w ściśle zorganizowanych grupach.

 

Ale co tam szczoteczki i ping-pong! Widzowie wstrzymywali dech, bo zaczynało się najważniejsze. Otóż chińscy koledzy, jakby na jakiś tajemny rozkaz, odkładali szczoteczki i wyjmowali z jednakowych torebek, jednakowe, drewniane szpatułki. Jednakowym ruchem wyciągali języki. Język był przytrzymywany palcami lewej ręki a prawa starannie ściągała jakiś brud. Jaki?! Wszyscy  z nas odruchowo sprawdzali swoje ozory.

 

No więc, zajęć na pierwszym roku studiów miałem dość. Jeśli dodam do tego próby przystosowania się do językoznawstwa i fonetyki – bo to, zamiast nauki pisania okazało się tragiczną rzeczywistością polonistyki – jeśli dodam próby zrozumienia na czym polega wyszukiwanie książek w Bibliotece Uniwersyteckiej… Sami zrozumcie, że pierwszy rok minął prawie bez Koła Młodych Pisarzy. 
Rok 54 to był już czas dorwania się do biblioteki Związku Literatów. Niewielka, ale bardzo bogata. Odkrywałem tam Czechowicza, Leśmiana, Łobodowskiego. Nawet i Ferdydurkę Gombrowicza. No i Miłosza a potem Mackiewicza.

Dziś może dziwić, czemu do odkryć należał Czechowicz, Leśmian czy na przykład Piętak?

Ano, dlatego że edukacja na polonistyce kończyła się na Młodej Polsce. A najbardziej wałkowano Pozytywizm. Pamiętam szok jakim były oficjalne wykłady prof. Jakubowskiego o Leśmianie. Cały nasz rok gadał Leśmianem i stodoliła nam się Majka stodolna od połowy polna… Za te wykłady wielu z nas jest wdzięcznych profesorowi. Nawet kiedy w innych sprawach potem się nie zgadzaliśmy. 
W Bibliotece poznałem Marka Hłaskę. Właśnie w bibliotece, choć to pozornie nie pasuje do jego legendy. Inna rzecz – Biblioteka Związku miała zaciszne kątki, gdzie można było pogadać a nawet popisać. Z tego korzystaliśmy przede wszystkim. Ale przyjrzyjcie się listowi Marka. Jest głównie o Dostojewskim. Ale też wspomniany jest Miłosz. Jako nasza zwyczajna lektura.

 

Na razie o Dostojewskim. Szaleliśmy za nim. Trzeba przypomnieć, że był to pisarz wtedy nie za bardzo lubiany. A jeśli, to tylko jego wczesne utwory. O „Biesach” ani mru mru..

A my zaczytywaliśmy stare przekłady przedwojenne. Nowych jeszcze nie było. Mówiliśmy do siebie językiem Stawroginów i Wierchowieńskich. Staraliśmy się analizować. To nie było łatwe. Bo po prawdzie, przynajmniej ja, nie byłem przygotowany do tej lektury. Ciągle uczono mnie jeszcze szacunku do takich wzorów jak Kawaler Złotej Gwiazdy Babajewskiego i do podobnych tworów rodzimych pisarzy. A tu Biesy. Z całą analizą rewolucji – czyli świat, który „w oficjalnych” kręgach literaturoznawców nazwano „chorym”.

 

A my, sekretnie. Książka po książce. 
A my dwupostaciowi. Bo z jednej strony w dyskusjach nad utworami jeszcze głęboko tkwiący w gorsecie praw realizmu socjalistycznego. O sobie chyba już pisałem. Ale Marek? Zdolny nieprawdopodobnie. Oczytany. A jednak „proletariusz”. Szofer w baranim kożuchu. Tak przychodził na nasze spotkania, woniejąc lekko gorzałką.

 

To mnie dziś zdumiewa. Naprawdę wierzyłem, że jest szoferem z rodu szoferów. Z proletariatu nad proletariaty. A on grał. 
Z Jankiem Himilsbachem stanowili dobrą parę. Janek mały, krępy. Marek wysoki, przystojny, z ładną twarzą ale przybierający miny, które były skrzyżowaniem min bohaterskich obrońców komunizmu z grymasami agentów z filmów np. Casablanca. Marek, pełen zwątpienia. Marek, którego talent widzenia musiał rozwalać sztywne reguły ówczesnych socrealistycznych nauk o prawdzie „obiektywnej”, „subiektywnej”. A z drugiej strony w pięknych utworach jak Baza Sokołowska, trzymająca się tych reguł. 
To piękna opowieść. Ale jakże schematycznie poustawiane charaktery. Ten odrzucony komunista, sekretarz, który jako misjonarz działa wśród dzikich szoferów. I ta piękna dziewczyna. Oczywiście okazała się potem dziwką.

 

To już inna sprawa. Postacie kobiet u Marka. Ten powtarzający się schemat niewinnego dziecka-kurwy. A jednak wszystko zwyciężał wielki talent.

 

Odchodząc od tajemnic Dostojewskiego wchodziliśmy w dyskusje „ideologiczne”. Niby ważne a niebywale głupie. Tu na górze, raj biblioteki, a piętro niżej, sala zebrań i piekło schematów. 
Czy jednak zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że bywamy w piekle? Ja nie. Nie umiem wytłumaczyć, ale jedno i drugie, Dostojewski i Babajewski przez pewien czas istnieli we mnie. Więc cóż dziwnego, że jak wielu odreagowywaliśmy ucieczkami na psychiczne wagary.

 

To znaczy wódkę.

 

Czasami coś dało się zarobić. A i wiele nie było trzeba. Tak więc w tym słynnym marcu zostawiwszy Babajewskich w jakimś rynsztoku, ruszaliśmy z Markiem w miasto. Zaczęło się od biblioteki, ale potem zachciało nam się zaśpiewać „hymn do Boga z głębin ciemności”. Głębin ciemności zaczęliśmy szukać w Bazyliszku na Starym Mieście. Potem jazda autobusem. Potem jakiś oficer milicji zaaresztował nas za rozmowy o Białej Gwardii i Atamanni ukraińskiej Skoropadskiego. Czytaliśmy wtedy Łobodowskiego (taki egzemplarz stary poezji o Ukrainie) i był tam wiersz o atamanie Krasnowie…

W każdym razie znaleźliśmy się w pokoju oczekiwań na przesłuchania w komisariacie MO. Gdzieś koło Hotelu Polonia na Jerozolimskich.

Pokój był wielką, brudną salą. Pełno kurew, bo okolice Wspólnej, to było zagłębie rozkoszy. Takoż grupa pijaczków. 
Wszyscy siedzieli cicho i pokornie. My, dyskusji o atamanach nie przerwaliśmy. Potem przyszedł czas na recytację sceny pomiędzy Wierchowieńskim a Stawroginem i śpiewaliśmy o bukowych czy lipowych wiosłach, łodzi co wiezie przepiękną Lisawietę. Marek był mistrzem tej recytacji. Potem przyszedł Jesienin z ulubionym przeze mnie wierszem o suce co oszczeniła się sześciorgiem rudych psiąt. Wspaniały przekład Broniewskiego.

 

Jak zwykle przy tym wierszu zalewałem się łzami franciszkańskiej miłości do zwierząt. Szczerej, bo do dziś miłość ta pozostała. 
Ostatecznie wyrzucono nas i płacz nad Jesieninem kończyliśmy w Kameralnej.

 

Tu, niestety Marek jak zwykle zaczął się przystawiać do jakiejś pani, która przyszła do restauracji w towarzystwie innych panów. 
Okiełznać Marka nie umiałem. I skończył się ten rozdział walką przeciw oddziałowi panów, gdzieś przy murku na zapleczu dzisiejszej ulicy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Z walki wyszliśmy w stanie wymagającym jak najszybszego powrotu. Gdziekolwiek. I tu Marek zadecydował.

 

- Jedziemy do Matki.

 

Wysupłał nawet ukryte w zanadrzu „pieniądze żelazne”. Znalazła się taksówka. Udaliśmy się na Żoliborz. Ponieważ trwały jakieś roboty drogowe, dalszą drogę trzeba było przebyć marszem pośpiesznym. Marek wpadł na wspaniały, jak nam się wydawało, pomysł. 
On z latarnią drogową, a ja ze szlabanem na plecach stanęliśmy we drzwiach mieszkania. Otworzył nam ojczym Marka. Chciał dać do zrozumienia młodemu pisarzowi, że już nieco przesadził, kiedy wczoraj zjawił się z tablicą drogową. 
Powitał nas uprzejmie trzymając tablicę. Spojrzał jeszcze raz na latarnię i szlaban i zamknął się w pokoju. Nami zajęła się matka Marka.

 

Ciekawe, że widząc i tę panią i to wyraźnie inteligenckie mieszkanie w ogóle nie zastanowiłem się nad proletariacką legendą Markowego rodu. Nie do uwierzenia, ale (nie tylko w tym przypadku lecz i wiele razy potem) wierzyłem bardziej w słowa opowieści niż w to co miałem przed oczyma. Czyżby to był jad wczepianej mi trucizny „prawdy obiektywnej” i „subiektywnej”?

Rano dostałem śniadanie i odpowiadałem na pytania matki Marka. Rzeczywiście podobał jej się mój wiersz Gioconda. Był to wiersz o miłości, chyba raczej tekst do jakiejś piosenki. Tak bym oceniał go dziś. Ale wtedy, gdy poeci nie pisywali wierszy o miłości, ten tekst miał wielką popularność. Kobiety go kochały. Doprowadzał nawet do płaczu. Coś w nim było. Może prawda mojego pierwszego rozczarowania w miłości. Łzy młodzieńczego rozstania…

 

W każdym razie matka Marka chciała mieć ten wiersz.

Chciała też, żebym pilnował Marka. Bo ten zbierał się do dalszego pielgrzymowania. 
Nie upilnowałem. Kiedy znaleźliśmy Jasia Himilsbacha i Jasio zaordynował leczenie „klina klinem”,  ja odpadłem. Oni poszli w dal, gdzieś w ulice Marymontu. Ja wróciłem do Otwocka.

 

Co było w listach od Marka, za parę dni…

 

Niełatwa moja przyjaźń z Markiem Hłasko

7 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 9 maja 2001

Jak sami widzicie moje wspomnienia na stronie Zapiski posuwają się dalej.
  
Chciałbym sam zrozumieć jaki ja byłem i jacy byli moi przyjaciele. Tak się zdarzyło, że zawsze byłem w różnych grupach. Więc i trochę nie byłem w nich do końca… Współczesność i jej charakterystyczna kultura bycia, poznawania literatury. Zupełnie inni ludzie niż moi przyjaciele z okresu Klubów Inteligencji i Po prostu. Jedni bardziej zainteresowani literaturą, nie do końca rozumiejący zawiłości polityki, trochę nawet unikający takich rozważań i drudzy, dla których wolności, nawet w sztuce, bez swobody politycznej nie było. Więc dyskutowali jaka ta wolność i społeczeństwo mają być. I osobni ludzie jak Marek Hłasko, czy plątający się przez pewien czas w „nieswoich światach ideologii”, Janek Himilsbach. (O Janku Himilsbachu już wspominałem w Zapiskach )
  
O Marku wiele napisano. Ostatnio ukazała się bardzo ciekawa książka, która stara się pokazać, o ile to możliwe, ile w życiu Marka było prawdy, ile zmyślenia. Zmyślenia kreowanego przez samego Marka a potem przez liczne legendy. W tej książce jest krótki cytat z mojego listu do Hłaski. Przyjaźniliśmy się w ciekawym dla Marka okresie, kiedy zaczynał istnieć jako pisarz. Ale jeszcze nie opromieniony sławą. Jeszcze nie przyjaciel wielu wielkich. Łaziliśmy razem po Warszawie i po mitycznym Marymoncie Marka. Gadaliśmy cytatami z Dostojewskiego. Wtedy to było odkrycie. Bo ja student filologii, naprawdę Dostojewskiego czytałem pokątnie. Nie był pisarzem zalecanym. A szczególnie Dostojewski z Biesów.
  
I tak we wspomnieniu o Marku (na stronie już za kilka dni) będzie jego list do mnie. Właśnie ten, na który mu odpisałem i który został zacytowany w książce. Więc zamknie się jedna historia.
  
Piszę jak umiem o tej niełatwej a ważnej dla mnie przyjaźni. Z Markiem, który próbował – właśnie po jednej z wielkich pijackich wędrówek, gdzie ja się po drodze zgubiłem, bo nie miałem już siły, próbował ratować się uciekaniem na wieś. Więc jest tu o tym jak pojmowaliśmy Dostojewskiego i też o tym jak miałem dojechać do pustelni Markowej gdzie zamierzał siedzieć i pisać.
  
Jaki byłby Hłasko gdyby ten pomysł na pustelnię mu się udał? Pewno inny. Ale może siła jego talentu była związana z jego życiem – gdzie sam też sobie zmyślał sprawy i kłopoty. Może nie dokończyłby Pierwszego kroku w chmurach. Znałem zarysy opowiadań tego znakomitego tomu. Zarysy, bo opowiadania te nie powstawały od razu na papierze. Nie wiem jak było potem, ale wtedy, łażąc po Warszawie, Marek lubił snuć opowieści, które stały się zaczątkiem opowiadań.
  
Bardzo dziwne, ale podobnie jak Janek Himilsbach, sprawdzał w kolejnym opowiadaniu jak słucha się tego, co opowiada. Marek szedł do przodu błyskawicznie. Niezwykle szybko znalazł swój ton. Niewykształcony niby, umiał rozumieć bardzo trudne książki z teorii literatury. Rył się przez wszystko, co było do przeczytania o Dostojewskim. Więc wyzwolił się szybko spod ciasnych skrzydełek nauczycieli naszych.
  
Janek długo gnębił swój talent próbując napisać powieść o Marianie Buczku. Chciał też zacięcie być poetą. Ofiarował mi nawet swoje zdjęcie z wypisanym cytatem swego wiersza.
  
Ale kiedy zaczynał opowiadać, był niezwykły.
I też znam początek wszystkich opowieści z jakich powstawały najlepsze opowiadania Monidła.
Ale listy od Janka się nie zachowały.
  
Od Marka tak. Więc niedługo je przeczytacie.

O ‘Kamerze’ i Bossaku

6 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 8 maja 2001 r.
  
Zacznijmy od pisma. Znalazłem je i przypomniałem sobie ze zdumieniem ten czas. Znalazłem, bo trzeba zbierać papiery, dokopywać się całej historii życia i pracy. Po co? A do emerytury.
  
Oto to dziwne pismo:  

Pismo rozwiązujące zespół Kamera

  
Pismo Ministra rozwiązujące w 68 roku zespół Kamera i zwalniające nas, wydawać się może dziwne. Po cóż Minister Kultury pisze o uchwale egzekutywy partyjnej przy Zespołach Filmowych. Przecież zwolnienia dotyczą również bezpartyjnych i są zwolnieniami z pracy. Myślę, że chodziło o to, aby wyraźnie podkreślić inspiratorów tego rozbicia Zespołów, może nawet dać sygnał, że władza administracyjna nie jest za bardzo „sprawą zachwycona”.
Bo rzeczywiście, filmy były w produkcji. Różne umowy krajowe i zagraniczne podpisane. Kamera była wspaniałym zespołem. Filmy Kamery wielokrotnie brały różnego rodzaju wysokie nagrody. No więc? Jak zastopować Zespół? Kto będzie odpowiadał za dalszy tok produkcji? A to miliony złotych..
  
Przejąć Zespołu z biegu, nikt z rycerzy 68 roku, nie mógł. Bo nie miał ani doświadczenia ani autorytetu.
Niestety, bardzo szybko całkowicie sprawę zakończono. Czas tamten wspominam jako niepojęte szaleństwo. Odchodząc z telewizji w 67 roku myślałem, że uciekam do krainy spokoju, długich decyzji, dużych zamierzeń finansowych, których krótkofalowe szaleństwa nie obalą. Oczywiście istniała cenzura, filmami interesowali się wysocy towarzysze u władzy, ale zawsze była to kraina wolności względnej. Duży głos mieli artyści.
  
Prawdę mówiąc, kiedy poprosił mnie Jerzy Bossak na rozmowę, myślałem, że chodzi o jakąś nie zwróconą ratę za nie napisany albo nie dość dobrze napisany scenariusz czy nowelę. Czasami, pisarze ratowali się tak w biedzie. Z niektórych wstępnych pomysłów, poczętych w rozpaczy finansowej, powstawały potem niezłe scenariusze. Z innych nie. Wtedy wypadało zwrócić nawet pierwszą ratę (choć niby tego się nie musiało, jeśli złożyło się jakiś tekst). Ale honor! Jeśli sam wiedziałem, że tekst jest do niczego, no to wstyd było go składać.
  
I to pewnie przeważyło u Jerzego Bossaka. Uznał, że jestem bardzo sumienny i wiarygodny. Młody ale z doświadczeniem.
Na spotkaniu zaproponował mi stanowisko, kierownika literackiego Kamery.
O jakiż to był zupełnie inny świat! Reżyserzy. Wajda, Hoffman, Skolimowski, Ślesicki – to były pierwsze sprawy. Najważniejsza – Wajda.
Zaczynał wtedy pracę nad Wszystko na sprzedaż. I asystując Bossakowi, uczyłem się filmu na mękach twórczych późniejszego przyjaciela.
  
A było się czego uczyć, bo film jest bardzo złożony, opowiadany jak na tamte czasy, w sposób szczególny. Poza tym, film przecież o Zbyszku Cybulskim. Cybulski, jego śmierć, to było jak zapalnik dla tego filmu o wielkim aktorze, o całym świecie przyjaźni i obojętności w krainie filmowej.
  
Pamiętam rozmowy z Kobielą. Wajdę wracającego wciąż do chwili kiedy to Zbyszek Cybulski powiedział mu gorzko.
  
- Kiedyś za mną zatęsknicie….
  
I pamiętam ten moment, gdy oglądaliśmy tak zwany pierwszy montaż całości. Jest to moment szczególny. Na ogół prawie przerażający. Bo, po wielu miesiącach zdjęć, po różnych zmianach, wersjach scenariusza i scenopisu, kaprysach pogody, zdjęciach co miały wyjść a nie za bardzo wyszły – jest propozycja całości.
Na ogół zawsze fatalna. Bo, reżyser, operator, w ogóle cała ekipa, już tak jest zaplątana w to, co zostało nakręcone, co miało być nakręcone, co się inaczej nakręciło, co zmieniono i co znów przywrócono, że nie umie sklecić całości. Jakbyś czytał książkę, może i świetną, ale wiatr rozsypał kartki i przy sklejaniu pogubiła się atmosfera opowieści.
  
Tak było i tu. Wajda, przeżywający wtedy jeden ze swoich „smutków” i przekonany, że już pojawili się inni co opowiadają tak jak on nie potrafi, patrzył na tę wersje z kamienną twarzą. Nie było źle ale czuło się – gdzieś coś nam umyka.
I wtedy Bossak zarządził dzień przerwy.
  
- A ty idziesz ze mną na montaż – zaordynował mówiąc do mnie „per ty”, co było u niego wyrazem ogromnej i rzadko pojawiającej się profesorskiej sympatii.
  
Poszliśmy. Pamiętam te godziny jak czarodziejski pokaz. Wtedy jeszcze taśmę filmową kleiło się na montażu. Bossak siadł przy montażystce i po rozklejeniu sekwencji zaczęło się przerzucanie scen. Inne układanie rozsypanej opowieści. To była cudowna lekcja. Nagle coś znanego zestawione inaczej z czymś co też niby znałem, tworzyło rzecz inną. Nagłe przerzucenie sceny dawało powiew mistyki.
  
Na drugi dzień oglądaliśmy inny film. Taki był Bossak. Sam nie był pierwszoplanowym reżyserem. Za to, w tym czasie, wielkim profesorem i wspaniałym ekspertem w najważniejszych dla filmu sprawach.
  
I nagle pojawiają się jakieś gazetki ścienne w korytarzach wytwórni. Ja to lekceważę, nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiałem co się dzieje. Przecież wczoraj byliśmy wspaniałym i cenionym Zespołem, przecież…
  
Wiele było tych naiwnych „przecież”. Postanowiłem uświadomić komu trzeba, że oto jacyś wariaci rozwalają świetną robotę. Możecie uwierzyć lub nie, ale zamówiłem się do ówczesnego wysokiego sekretarza jakim był Zenon Kliszko. I zostałem przyjęty.
  
Trzeba wiedzieć, że wysoki sekretarz miał prywatną pasję. Znał się na Norwidzie, lubił o poecie mówić, nawet wykładać. Na dodatek, co Norwidowi już nie wyszło na dobre, cytować i umieszczać sentencje z wierszy na różnych transparentach!
  
Nawiasem mówiąc Norwid zawsze ma do tego szczęście i czasem budzi to we mnie podejrzenie czy cały jest ulepiony z poetyckiego złota. Wtedy ciągle mieliśmy Sztukę, która jest Chorągwią na Prac Ludzkich Wieży oraz Ojczyznę jako Zbiorowy Obowiązek…
  
Ale moje pokolenie było pokoleniem, które walczyło o Norwida. Snobowało się nawet na wpływy norwidowskie. Tych naszych, marnych norwidomanii nie warto wspominać. W każdym razie nieśliśmy krzykliwie mit o myślicielu odrzuconym, o poecie niewysłuchanym, o głodowym umieraniu geniusza w przytułku św. Kazimierza.
Stąd na jednym z norwidowskich spotkań Sekretarza, chyba przy okazji wydania (i to było dobre!) zebranych dzieł Norwida, zostałem jak wielu innych młodych przedstawiony.
Może dlatego zostałem spamiętany i przyjęty.
  
Sekretarz słuchał mnie niby uważnie. Wykładałem swoje racje i opowiadałem o bezsensie likwidacji Kamery, o olbrzymim talencie Bossaka. A twarz Kliszki była wąska, nieodgadniona.
Kiedy potem opowiedziałem profesorowi o mojej wizycie popatrzył na mnie ze zdumieniem:
  
- Zupełnie jak w mojej młodości. Ta sama naiwność.
  
I dowiedziałem się, że z takich a takich powodów, pan Jerzy nie jest przez sekretarza, mówiąc delikatnie, lubiany.
  
- A o istocie tego co się dzieje, nie ma ci naiwny chłopcze mazowiecki, nawet co mówić. – dodał.
  
Potem pojechaliśmy na plan filmowy Pana Wołodyjowskiego. Do Białego Boru. Dochodziły nas słuchy o wariactwach części (chyba najgłupszej) ekipy. Ponoć zaczęli zbierać się do buntu przeciwko Jurkowi: bo nie będzie nam tu Hoffman psuł rasowo Sienkiewicza. Przeciw Jurkowi, temu co żył, żyje i prawie oddycha Trylogią.
Wołodyjowskim zaczął, bo w tamtych czasach Ogniem i Mieczem było niemożliwym sfilmować. Konflikty siedemnastowieczne nakładały się w głowach cenzorów na stosunki polsko-radzieckie. Fakt. Ukraińskie stepy leżały wówczas w ZSRR.
  
Mieliśmy więc porozmawiać z ekipą. Na osobności. A ja byłem, dobry do tego. Blondas w typie wielkopolsko-wiejskim, autor powieści o wsi i w ogóle w języku „ludowy”.
  
Poza tym byłem nieobliczalny. Jakby zdenerwowanie przeważało we mnie nad typową cechą (przynajmniej moją) – czyli tchórzliwością, zamykaniem oczu i gęby, uciekaniem w krzaki.
  
Tak się zdarzyło na innej kolaudacji. Film był średni. Taki sensacyjno-kryminalny. Ale reżyser, strasznie ostatnio wpływowy. I otóż stała się rzecz od dawna nie spotykana. Kolaudacja wewnętrzna, już nawet ostatecznej wersji filmu, była rzeczywiście ściśle wewnętrzna. Żadnych gości. A ten reżyser przyprowadził „Gości”. Byli to eksperci z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Właściwie należało ich przeprosić i wyprosić. Ale atmosfera była niedobra. Poza tym i część „wewnętrznych” ludzi na tej kolaudacji, wyraźnie dała do zrozumienia, że eksperci MSW będą pomocni.
Bossak zbladł i rozpoczął kolaudację.
  
Po różnych uwagach fachowych i kwaśnym milczeniu na temat całego filmu, reżyser gromko podsumował dyskusję. Było to przemówienie dla mnie niesłychane. Mowa wariata. Bo ten człowiek chyba jest wariatem.
Z taką przemową zetknąłem się po raz pierwszy. I zrozumiałem w czym jestem – jak mówił Bossak – rzewnie naiwny i mazowiecki.
  
Nie sądzę, abym uważał wtedy, że się narażam, ale musiałem zaprzeczyć bezsensownym bredniom. Nie czułem nawet, abym powiedział coś ryzykownego. I przebieg kolaudacji na to nie wskazywał. Goście milczeli. Uważałem, że tak samo, o reżyserskiej analizie sadzą.
  
Tu, w Białym Borze, na szczęście próbowali grasować tylko mało ważni głupcy. A powodem klejenia różnych ideowych zarzutów było po prostu ich lenistwo, wódeczkowanie, kac itd.
Tak więc nie zniszczono filmu. Choć sądzę, że Jurek Hoffman pomimo swej pozornej twardości przykro sprawkę (bo nie była sprawą) przeżył.
Wszystko jakoś się ślimaczyło. Ja żyłem nadzieją. Profesor nie. Robił się nerwowy, bo odbierano mu kawał wspaniale zrobionej pracy.
  
Spotykaliśmy się potem. Coś w nim pękło. Wykładał na europejskich szkołach. Był konsultantem polskiej telewizji, wrócił do uczenia w szkole filmowej. Ale coś się w nim zacięło. I studenci z późniejszych lat słuchają czasami moich opowieści o czasach Kamery i szefowaniu Bossaka, jak historii o innym, weselszym człowieku.
Piszę, spotkaliśmy się potem. Bo jednak profesor miał rację. Byłem rzewnie głupawy. Choć było ciekawie.
  
Otóż, zapamiętano chyba moje gorące słowa o Kamerze. Zostałem poproszony do ówczesnego szefa kinematografii na, właściwie prywatną, rozmowę. Tam dano mi takie pytanie: Czy wziąłbym kierowanie Kamerą. Wtedy może nie trzeba będzie rozbijać zespołu.
  
- A profesor? – zapytałem.
  
Nie było odpowiedzi. A więc nie było co odpowiadać.
Niektórzy mówili mi potem, że źle zrobiłem. Trzeba ratować co można, a może uratowałbym i profesora. Ale ja byłem wtedy młody – rzewnie mazowiecki. No nie wiem, co czułem…
Dzięki Bogu, propozycji ratowania Kamery, nie przyjąłem. Pewnych rzeczy nie daje się zrobić bez dozgonnego wstydu.
  
Podobnie było kilkanaście lat później gdy w latach osiemdziesiątych rozbijano zespół, który prowadziłem. Też niby postąpiłem niemądrze. Uparłem się, że nie pozwolę zwolnić kogoś, polazłem na kolaudację Przesłuchania i opowiedziałem się stanowczo za filmem. Nie uratowałem więc substancji zespołu.
  
Naprawdę nie chcę ględzić o wielkich naciskach i aktach odwagi. Strasznie dużo ludzi, strasznie dużo o tym ględzi. Ja wiem, że zaangażowany w kłopoty jakie przeżywała kinematografia, nie chciałem nawet brać udziału w dyskusjach jakie toczyły się w salach Związku Literatów. Bardziej kochałem wtedy film. Wierzyłem – trzeba się skupić na sprawach zespołu Kamera. I może wstyd powiedzieć, ale wtedy różne wystąpienia pisarskie wydawały mi się mniej ważne. Tu w kinie, brałem udział w ratowaniu największych spraw kultury. Tak uważałem.
Ale się myliłem. Bo chcę czy nie chcę, los pokarał mnie poezją a więc powinienem szanować kłopoty literatury.
Tyle na razie o jednym z najpiękniejszych okresów mojej pracy. O Kamerze. Dały te lata efekty i w mej twórczości. Wprawdzie pracuję ciągle w filmie, ale nie piszę scenariuszy. Za to zgodziwszy się kiedyś na napisanie jednego z nich, i to dla nie byle kogo, bo dla Jurka Skolimowskiego, napisało mi się dramat. Rzecz Listopadową.
  
Ale nie o Rzeczy Listopadowej przeczytacie za kilka dni. Tym razem wspomnę Marka Hłaskę i lata pięćdziesiąte…

Brygada Kartoflana

4 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy w maju 2001 roku
  
Wracając do wspomnień
  
Było jeszcze specjalne zebranie młodych pisarzy w sprawie pisma.  Wielu z nas na nie nie zaproszono. Potem dowiedziałem się o decyzji o „zakazie pracy w kulturze”. Motywem były ponoć moje orwellowskie poglądy. I tak, bardzo jeszcze wierzący w możliwość naprawy socjalizmu, silną wiarą wielu ludzi z mojego i starszego pokolenia, nagle przesunięty zostałem do komórki wyrzutków.
  
Ale skąd ten orwellizm? No tak, czytywałem Orwella w bibliotece Związku Literatów. Fascynował mnie i wściekał. Szczególnie jego słynny Rok 1984 Dziś, parę lat po tym roku, widzę inaczej i inaczej też patrzę na tę opowieść. Ale wtedy to była wielka nauka. Czytywałem jeszcze innych i snułem koncepcje. Marksistowskie, ale na owe czasy horrendalne. Otóż zacząłem się domyślać, że właścicielem środków produkcji nie jest lud pracujący. Że mamy inny, skryty rodzaj posiadaczy, którzy przywłaszczają sobie wartość dodatkową czyli niezapłaconą wartość pracy robotnika.
  
Kim byli ci posiadacze? A biurokracja partyjna, państwowa. Oligarchowie, którzy udają, że rządzą w imieniu ludu, że nic nie posiadają, bo ich pałace, przywileje to przecież formalnie biorąc własność społeczeństwa. I tak dalej. Dziś to naiwne. Ale zaatakowanie metodą marksistowskiej analizy społecznej ówczesnego państwa totalitarnego nawet w gadaniach małego poety okazało się nie do zniesienia.
  
A ja jeszcze na jakimś wieczorze poetyckim powiedziałem, że Orwell jest świetnym pisarzem. A jeszcze w kawiarni, w Kamiennych Schodkach w czasie innego wieczoru nasz nadworny aktor Wojciech Siemion recytował mój wiersz wymachując krzesłem. Wiersz okropnie młodzieńczy ale jedna prawda z niego wygląda. Prawda beznadziei wsi spółdzielczej.
  
No i zacytowana w wierszu pieśń.
  
Na kapuście drobne liście
Nie daj dupy komuniście
Jak się Stalin o tym dowi
To cię upaństwowi…

  

Może więc to moje wyrzucenie zaczęło kiełkować dużo wcześniej. Jako młody zwolennik socjalizmu, wyznawca tradycji „wiciowej” byłem na tzw „brygadach studenckich”. Rok był chyba 1953.Wyciągnięto nas z akademika o piątej rano. Najpierw zebranie. Miało nam uświadomić co niesiemy na wieś. Były nas tłumy bo wszystkich z akademika ściągnięto. Mieliśmy oto propagować nowy, radziecki siew krzyżowy ziemniaka. Wzmocnić przez ten siew wielokrotnie plony.
  
Ja, wraz z paroma kolegami, mając obycie z kartoflami, zacząłem się delikatnie domagać jakiejś nauki od fachowca agronoma. Ale nasze piski, prezydium zebrania, zbyło z niesmakiem. Za to otrzymaliśmy długi referat o perspektywach socjalistycznej wsi.
  
Referat trzymał bardzo inteligentny kolega. Ale potem dowiedziałem się, że nigdy ze wsią nie miał nic wspólnego. A w ogóle niedawno wrócił z rodziną jako repatriant z Francji, członek Związku Młodych Komunistów Francuskich. Po latach wyrósł z niego dużej klasy uczony. Młot, powiedziałbym, trawestując tytuł starej książki ,na prymitywnych marksoludów. Więc po co wymieniać nazwisko?

Brygada Kartoflana

  
Ale owe sianie krzyżowe kartofli wspomnę. Sadziliśmy dwa dni.
Mieszkanie nasze okropne. Stare zrujnowane chlewnie. Jedzenia prawie nie było. Ubikacja w polu. Woda w rowie.
Nocą zachciało mi się sikać. Stojąc przy wierzbie zobaczyłem, że po naszym, obsadzonym z trudem polu, kicają jakieś postacie. Byli to spółdzielcy pracowicie wydłubujący z ziemi z trudem zasadzone kartofle. Czy nie wierzyli w nowoczesne metody? Czy im w chałupach kartofli brakło?
  
Ale zacząłem edukację. I poczułem jej skutki. Do dziś nie mogę pojąć dlaczego tak mocno (nie tylko ja sam) wierzyłem, że te brednie należy nazwać wypaczeniami. Bo socjalizm Tak a wypaczenia Nie. Bo przecież taki mądry program upadł przez to, że rewolucja bez nowoczesnego przemysłu. W kraju niewolniczo feudalnym. Tak myślałem. Ach, marzyłem z innymi:
  
- Gdyby tak rewolucja wybuchła w Ameryce. To byłby porządnie zorganizowany socjalizm. A tak…
Ciekawe, że nie wpadło nam do głowy czemu mimo wszelkich napięć społecznych, kryzysów i bezrobocia, socjalizm nie stał się w USA. Po prostu nie.
  
Ale na pocieszenie wspomnę, że tym moim złudnym pragnieniem żyje do dziś wielu poetów i artystów w samej Ameryce. A co gorzej, ja dziś rozumiem ich nienawiść do świata reklamy i wolnego rynku. Kiedy po raz pierwszy, już jako 35letni pisarz zobaczyłem Stany Zjednoczone, słuchałem ze zdumieniem jak wyklinali na nadmiar towarów. Na społeczeństwo konsumpcji a nie ducha. Społeczeństwo ducha miało się rodzić u nas.
Ale co ja wtedy wiedziałem. 
Ile tych siewów krzyżowych na moim mózgu sam sobie zasiałem.
  
No, to koniec Wigilii w redakcji. Potem jeszcze trzy, cztery dni głupiego wyczekiwania – może odwołają wszystko. Ale nic takiego się nie zdarzyło. 
Na nasze miejsca miano przyjmować innych młodych pisarzy Pomyślałem sobie, starając się być mężny i szlachetny:
  
- No trudno. Ja jestem skreślony. Nie można dopuścić do tego aby ktoś z kolegów stracił szansę pracy, bo nie zechce zająć stanowiska po wyrzuconym.
  
Wypatrzyłem więc tych, którym ponoć miano złożyć propozycję mojej byłej posady. I chciałem ich uspokoić.
Jeden mieszkał z rodzicami i miał telefon. Dzwonię. Mówię w czym rzecz i zaczynam przekonywać, żeby nie wahał się i brał posadę. Ale orientuję się, że on tam szaleje ze szczęścia.
  
- Mam robotę! Mam etat! – wrzeszczy radośnie do swych domowników.
  
Czy mogę mieć pretensję o taką naukę życia?
Nie mam. Bo może ta wigilia nauczyła mnie odwagi wobec bezrobocia. Spotkało mnie ono jeszcze nie raz. Co więcej, mam naprawdę zapisany w swej psychice strach przed pozbawieniem pracy.
Szczególnie kiedy wyrzucają cię ze zgranego zespołu i interesującej roboty.
  
Ale kiedy potem traciłem chyba najważniejszą w moim życiu pracę i najważniejszych nauczycieli – myślę o likwidacji Zespołu Filmowego Kamera i wyrzuceniu nas a przede wszystkim wyrzuceniu Jerzego Bossaka, to ciężko mi było, ale wiedziałem swoje. Dałem się wyrzucić z porządnymi ludźmi.
  
Bossak, tyle się przy nim nauczyłem. Bo uczył mnie choć byłem niby jego współpartnerem, kierownikiem literackim zespołu. Kiedy myślę o tym bardzo skomplikowanym okresie, to może jednak już jakieś kartofle głupoty w mojej łepetynie przestały kiełkować.
  
O Bossaku i trochę o dziwnym roku 68 w następnym wpisie.

Pożegnanie Zbyszka Jerzyny

29 listopada, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Dziś rano zmarł Zbyszek Jerzyna.

 

Miał wielu zwolenników swojej specjalnej, cichej poezji. Należałem do nich. Nie zdążył mieć promocji swego ostatniego tomiku „Saneczki”. Tuż przed nią musiał iść do szpitala. A chciałem na tym niedoszłym spotkaniu powiedzieć: Jaki to świetny i niedoceniony poeta. Chociaż znany i lubiany. Ale jakby zatrząśnięty między drzwiami dwu pokoleń. Mojego, do którego należeli jego trochę starsi koledzy: Grochowiak, Ośniałowski, Śliwonik, ja. Niestety, tak się stało, ze ten zespół redakcyjny Współczesności jako grupa przestał istnieć. Pismo trwało nadal ale Zbyszek jakby trochę wypadł.

 

Potem były przyjaźnie rozproszone. Wielka chyba i wylewna, we wszystkich tego słowa znaczeniach, ze Staszkiem Grochowiakiem. Daleka za mną. Po prostu zniknąłem trochę z życia literackiej gromady ze względów ot takich, że szukałem pracy. Mieszkałem poza Warszawą i rozwój poetyki Zbyszka mało był związany z naszą przyjaźnią. Do młodszych, wspaniałych zresztą, grup literackich pasował, ale nie do końca.

 

Pisał króciutkie wiersze mało rzucające się w oczy, ale za to zapadające w serce. Chciałem powiedzieć: ile im zawdzięczam. Jak lubiłem te urwane strofy i jego całe życie i myślenie. Jakby na boku. Ceniliśmy go ale za mało. Nie pomogliśmy przebić się jego najlepszym wierszom do pamięci czytelniczej. Przebiły się bez nas i trochę mi za to wstyd. Ale jest w moim prywatnym zbiorze wierszy jakie pamiętam.

 

Nie zapomnę jego miłej, drobnej postaci i jego wielkich, choć króciutkich liryków.

 

Wspomnienie o Wojciechu Siemionie

15 maja, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Poeci młodzi, których potem nazwano „ pokoleniem współczesności” mieli wiele szczęścia. Na ich wieczorach autorskich gromadziło się tylu ludzi. Przeżywało ich wiersze. Pamiętało.

Ale przecież ta grupa poetów istniała bardziej na spotkaniach niż przez pisma literackie. Słynna „Współczesność” przebijała się jako jednodniówka przez różne zakazy, nakazy a przede wszystkim brak papieru. No, bo wtedy papier i druk reglamentowano. I to precyzyjnie. „Zebra” krakowska i inne, ni to periodyki ni to efemerydy, spotykały się z podobnymi problemami.

Pozostawały więc spotkania poetyckie. Nagle wszędzie ludzie chcieli słuchać nowych wierszy. O rzeczach prostych jak tęsknota do własnego kąta. O widokach górskich oglądanych podczas zwyczajnych wędrówek a nie zorganizowanych i zarządzanych turnusów. O brzydocie, która nas otaczała i w której szukaliśmy piękna „co jest bliżej krwiobiegu słów” a nie o pseudoklasycznych gmachach partyjnych i rządowych instytucji.

Tylko my, piszący, nie umieliśmy na ogół czytać swoich wierszy. Kiedy do tego przychodziło, każdy coś szeptał, bąkał bo głos mieliśmy ustawiony przez ówczesne reguły pompatycznych „akademii ku czci”. Więc wiadomo było, tak mówić naszych wierszy się nie da. Ale jak?

 

 

Dlatego spotkanie Wojtka Siemiona z naszą poezją było tak niezwykle ważne. Bo on umiał przekazywać naszą poezję. Co więcej był to często przekaz nadający jej najistotniejsze znaczenie. Wojtek bowiem zastanawiał się nad wierszem. Nie odtwarzał ale przetwarzał w sobie. A jednocześnie wydobywał z nas o co nam tak naprawdę chodziło. Pamiętam te przesłuchania Wojtkowe. Kazał czytać sobie, pytał dlaczego tak, oskrobywał niejako ze zbędnych ozdobników. Po każdej rozmowie, ja przynajmniej, wiedziałem którą drogą mam iść. W czasie tego pierwszego uderzenia nowej poezji nie byłem tym z „pierwszej linii”. Jeszcze wypowiadałem się z trudem. Jednym z najważniejszych był Staszek Grochowiak i też zupełnie inny Jurek Harasymowicz. Jakże mówił ich wiersze Siemion. Ludzie słuchając uczyli się na nowo odbierać poezję. Właśnie w takiej recytacji, korzystającej z języka, jego ówczesnej „ brzydoty która była bliżej krwiobiegu słów”.

Zresztą i ja pamiętam swoje wiersze którym recytacja Wojtka dodawała znaczenia. Pamiętam do dziś jak ruszył w stronę słuchających , mówiąc mój wiersz o życiu pegeerowskim – tak jakby właśnie przekazywał nam ową zamąconą rzeczywistość peerelowskich, fornalskich czworaków. Zainteresowanie językiem, pieśnią wsi, prowincji, bardzo mnie z Wojtkiem połączyło. Mówią, że Wieża Malowana, widowisko zbudowane na tekstach poezji chłopskiej otwierało wielu oczy na to, że wypychano z naszej pamięci niejedno słowo, niejedno znaczenie. W biografiach Wojtka mówi się zawsze, że byłem jakimś współtwórcą owego przedstawienia. Nie przesadzajmy. Zbudował je i wykonywał Siemion. Co ja naprawdę wniosłem? Może to jedno – otóż w rozmowach z Wojtkiem zwróciłem mu uwagę na zawartość poetycką tekstów pieśni ludowych. Bo często pięknie śpiewane, jakby tę wartość gubiły. Zresztą śpiewanie pieśni ludowych wówczas było też „akademią ku czci” a nie sensu.

I Wojtek zaczął mówić teksty pieśni. Nagle okazywały się wielką poezją. Powróciło znaczenie „ choćbym pamiętała i nadpamiętała”, modne potem słowo nadpamiętanie. I to „ a on już za Wisłą, ona za nim myślą” Jeszcze dalszego wołania niż wołanie słowem.

 

Wielkie to było wydarzenie, szczególnie dla młodych inteligentów, kształconych w języku urzędów, który się nazywało po cichu „ mowa trawa”. Bez umiejętności i talentu Wojtka, nie było by to nam przekazane. On był jednym z niewielu, którego recytacja wierszy była docieraniem do ludzi, szukaniem prawdy, pokazywaniem napięć w naszym życiu, mowie, myśleniu. Odfałszował znaczenie poezji. I naprawdę mój rocznik poetycki bez Wojtka jest trudny do wyobrażenia.

A odczarowanie z „niejasności” Norwida? A inni poeci których wiersze po recytacji Siemiona inaczej się widziało? A Wierzyński, Lechoń – Wojtek przecież tak walczył o istnienie poezji emigracyjnej.

 

Jak każdy artysta ważny, miał i przeciwników. No i dobrze, bo gdyby nie miał to by znaczyło że wnosił tylko „wartości banalne”. Piszę o nim i wspominam – tego, co otwierał nam oczy na znaczenie wierszy. O aktorstwie innym, filmowym, teatralnym, o jego działalności można by mówić wiele. Ale dla mnie był najważniejszy jako ten co dał naszej poezji zainteresowanie i zrozumienie wiersza przez ludzi. Bez niego długo dusilibyśmy się w skąpo limitowanym ryneczku jednodniówek. Od pozwolenia do pozwolenia. Od zakazu do niby przekazu. Bo tak było w latach 53, 54 i 55…

 

Nawieczerie

6 maja, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Dorogoi Ernest,

Primite nashi samie glubokie, samie iskrennie soboleznovaniiya v neizmerimoi potere srazu stolkih dostoinih i prekrasnih ludei Polshi.

Poverte, shto mi vmeste s vami perejivaem eto gore i etu tragediyu.

Alla Ahundova

P.S. Esli vam interesno, to prishlite vash pochtovii adres i ya vishlu vam Russkpe izdanie Wieczernik. Ono vishlo v Moskve v kontse proshlogo goda.

 

Dziś nadeszła przesyłka od Ałły Achundowej z tłumaczeniem na rosyjski „Wieczernika”. Dobrze, że mam w ręku tę książkę. Tytuł „Nawieczerie” I notka w książkowym wydaniu z 2009 roku „ W roku 2003 sztuka ta była wystawiona w Teatrze Muzyki i Dramatu pod kierownictwem Stasa Namina w Moskwie i do dziś znajduje się ciągle w repertuarze”.

Więc wystawienie w Moskwie było, choć czasami myślałem, że to mi się wyśniło. Wprawdzie reżyserka Keti Dolidze przysłała mi zajmujące się repertuarem teatralnym Moskwy pismo, które właśnie wystawienie „Nawieczerie” uznało za wydarzenie miesiąca, ale…

Właśnie, co ale… Jakoś z tym istnieniem „Wieczernika” w tak zwanej oficjalnej pamięci teatrologów dziwnie było. O widzach nie powiem ani złego słowa. Przecież tłumami byli w Warszawie na Żytniej i w Gdańsku, bo przecież i na wystawieniach w Łodzi (teatr Logos) i w czasie wystawień grupy teatralnej skupionej w Lubaczowie wokół księdza Dudka. I w czasie innych już amatorskich wystawień w Bydgoszczy na Pomorzu i tylu innych miejscach. Widzowie mnie nigdy nie zawiedli.

Tak było gdy w czasie ataków oficjalnego wtedy rzecznika rządu, przeciw wystawieniu „Wieczernika” w 1985 roku w Warszawie przy Żytniej. Wiedziałem i ja i reżyser sztuki Andrzej Wajda i aktorzy (same wielkie nazwiska) co gramy i co przeciw nam grają.

 

Potem było mniej jasno. Jeszcze pod koniec dekady lat osiemdziesiątych odnalazła mnie tłumaczka z Belgradu. Sztukę przygotowywał tamtejszy Teatr Narodowy. Odnalazła, bo na wszystkie oficjalne pisma, nasze instytucje ówczesne odpowiadały, że nie mogą znaleźć mojego adresu. Na premierę do Belgradu nie pojechałem, bo odmówiono mi w tamtych latach prawa do paszportu. Mam tylko afisz. Było też i wystawienie szczególne w ówczesnej Czechosłowacji – jakby poetycki teatr jednego aktora. No i było wielkie ponoć przedstawienie w Tibilisi. W teatrze Tumaniszwilego, szczególnej scenie na której grali przede wszystkim najwybitniejsi gruzińscy aktorzy filmowi. Spotkałem nawet widzów tego przedstawienia – było to w Polsce w czasie pielgrzymki papieskiej, przy konsekracji Świątyni Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. Piękne to było spotkanie. Stałem w ogromnym tłumie i zobaczyłem transparent Tibilisi. Pobiegłem porozmawiać i okazało się, że wielu pielgrzymów było na gruzińskim przedstawieniu „Wieczernika”. Do Gruzji pojechać nie mogłem, bo byłem po poważnej operacji serca. Keti Dolidze, która i tam „Wieczernik” reżyserowała odwiedziła mnie i zdała relację z premiery, nawet przywiozła zapis spektaklu na taśmie.

 

Ale potem, prawie zwątpiłem w istnienie przedstawienia. Bo na polskiej wystawie mówiącej o życiu teatru nieoficjalnego w latach osiemdziesiątych, zabrakło nawet wzmianki o Wieczerniku. Reżyser spektaklu na Żytniej i aktorzy upomnieli się o pamięć. Ponoć tłumaczenie było takie, (do dziś nie mogę w to uwierzyć) że koncepcja teatru nieoficjalnego z tamtych czasów nie obejmuje przedstawień, wystawianych w kościołach. Bardzo dziwne, bo kiedy odmówiono nam prawa do wystawienia „Wieczernika” w Ateneum, (dyrekcja teatru/Janusz Warmiński wstawiła to przedstawienie do repertuaru) to musieliśmy szukać miejsca gdzie i aktorzy i widzowie byliby z grubsza bezpieczni. Błąd wystawy ponoć naprawiono, ale nawet tego nie sprawdzałem.

 

I nagle ta wiadomość z Moskwy. W mailu pełnym bólu po 10 kwietnia, także wiadomość o Wieczerniku. To przecież sprawa niezwykła.

 

Ten sam „Wieczernik” blokowany przez polityczne władze naszego kraju w latach 85, z dziesięć albo więcej lat potem, ma premierę w ważnym moskiewskim tatrze. No nie mogłem znów jechać, ale zadzwoniłem do naszego wydziału od spraw kultury w MSZ. Powiadomiłem o premierze i prosiłem o jakąś obecność. Może i kwiaty. Zrobiłem tak, bo po doświadczeniach niejednych ( a przecież też kiedyś pracowałem w tym ministerstwie) bałem się ze sprawa gdzieś się zapodzieje. No i tak się stało. Może nie mam o tym dobrej wiedzy ale wedle relacji z teatru, nikt ich w imieniu Polski nie zaszczycił. A była to, po 25 latach, pierwsza współczesna sztuka polska grana w Moskwie. Prasa nasza też pisała o tym zdarzeniu skąpo. Tylko jeden większy reportaż w Rzeczypospolitej, mała notatka w GW i tyle.

 

Zdarzyło się, nie zdarzyło. Tak bywa. A teraz książka wydana w Moskwie w 2009 roku. I ta inna, wiadomość z Ukrainy, że tam grupa amatorska wystawiać chce Wieczernik. Sztuka żyje i w Polsce, ale życiem wielu grup amatorskich. Sam się temu dziwię, bo tekst trudny do opanowania. Ale widać tym, którzy grają i widzom tych przedstawień coś jeszcze mówi. Tym z Moskwy, tym z Tibilisi…

 

Dziękuję za to. Jest czas gdy cię wstawiają do repertuaru i czas gdy wystawiają z tegoż. Taki akurat – bo tak jest. Ale poinformować muszę o rosyjskim tłumaczeniu Wieczernika a i też o moskiewskim wystawieniu. Bo to dziś trochę jak baśni…