Wspomnienie o Erneście Bryllu
Warszawa, 12 lipca 2026 r.
To będzie wypowiedź osobista — ale takie właśnie są wspomnienia. Nie dają się ubrać w formalne ramy. W tym roku zmarł mój ojciec. Bywało między nami różnie. Ale kiedy odszedł, otworzyła się we mnie przestrzeń ogromnego żalu. Pojawiło się uczucie straty nie tylko po nim, ale także po ludziach, którzy na pewnych etapach mojej drogi zawodowej byli dla mnie Mistrzami.
Pierwszym z nich był Jerzy Stuhr — mój profesor, promotor pracy magisterskiej na reżyserii filmowej, u którego boku stawiałam pierwsze kroki na planie filmowym jako asystentka reżysera. Drugim Mistrzem, ale również przyjacielem i przewodnikiem na twórczej drodze — był Ernest Bryll.Obaj już nie żyją. Kiedy odchodzili, nie dałam sobie zgody na przeżycie straty. Może dziś jest dobry moment, żeby opowiedzieć o Erneście.
Poznałam go w 2003 roku, kiedy przyjęłam funkcję reżyserki programów telewizyjnych w ówczesnej Telewizji PULS. Trafiłam tam w trudnym okresie życia — urodzenie dziecka wywróciło je do góry nogami. Miałam napisany scenariusz na debiut fabularny, którego nie mogłam zrealizować, byłam bez pieniędzy i praca w telewizji była dla mnie szansą na przetrwanie. Dziś, z dystansu lat, wspominam ten czas z wdzięcznością. Właśnie dlatego, że opiekę artystyczną nad programem sprawował Ernest Bryll.
Znałam jego wiersze, renomę. Ale dopiero kiedy zjawił się na spotkaniu naszego zespołu — byli to głównie młodzi ludzie, zapaleni do wymyślania telewizji „na nowo” — zrozumiałam, jaką był osobowością. Przede wszystkim — tryskał energią i charyzmą. Choć dzieliło nas prawie czterdzieści lat, wiek nie był żadną przeszkodą. Był uważny, skupiony, a przy tym dowcipny i
pełen naturalnej swobody. Dzielił się szczodrze swoją wiedzą i doświadczeniem, ale niczego nie wymuszał — od pierwszego spotkania czułam jego ogromną delikatność. Miał aurę osoby, która żyje świadomie i pełnią życia. Związek z życiem — inaczej tego nie umiem wyrazić, ale widywałam tę cechę u Jerzego Stuhra i mojego ojca, i wiem, że jest to coś szczególnego — to rzadki dar. Może to zamiłowanie do prawdy, może otwartość na rzeczywistość, może zdolność do nadziei. Może najpełniej oddaje tę cechę słowo: człowieczeństwo.
Spotykaliśmy się często — omawialiśmy programy, dyskutowaliśmy o społeczeństwie, religii, polityce i kulturze. Bywałam w domu Bryllów, gdzie poznałam żonę Ernesta, Małgosię. Tworzyli niezwykły duet — pełen pogody ducha, zatroskania nad kłopotami innych, ale też dodający
otuchy. Małgosia stała się potem inspiracją do pieśni Marcina Stycznia „Madonna od popaprańców”, która cudownie oddaje jej charakter. A miano to wymyślił jej mąż. I jeśli dziś myślę „Poeta” — widzę twarz Ernesta. Swoim talentem potrafił z pozornie małej rzeczy wyprowadzić wielką — i w ten sposób unaoczniał prawdę. Zostawił mi kilka rad, które wciąż do mnie wracają.
Mówił, że film musi wyrastać z prawdy — z doświadczenia, z obserwacji rzeczywistości. Nawet jeśli to doświadczenie jest niełatwe, zagmatwane, nie do końca przerobione. Dopiero kiedy je „przerobimy”, może urosnąć do metafory albo wejść w ramy archetypu. Pamiętam, jak skonsultowałam z nim swój scenariusz fabularny, a on zachęcał mnie do kopania „w głąb”,szukania fragmentów rzeczywistości, uciekania od symboliki czy metafory. Przy kolejnej wersji powiedział: „no dobrze, teraz złap się głównej myśli, obetnij te farfocle” (miał na myśli luźne wątki, oderwane pomysły, dygresje). Do dziś obcinam „farfocle” w moich scenariuszach — ale dopiero wtedy, kiedy wiem już, o czym naprawdę jest mój film. Nie wcześniej.
I druga rada. Udzielaliśmy kiedyś razem wywiadu. Ernest mówił spokojnie, elokwentnie, z dowcipem — ja coś dukałam, zawstydzona. Powiedział mi wtedy: nie myśl, jak ocenia cię rozmówca, jak wypadasz czy jak brzmisz. Z całą uwagą skup się na tym, co chcesz powiedzieć. Brzmi to prosto, ale wtedy było dla mnie bezcenne — i w wypowiedziach publicznych towarzyszy mi do dziś.
Był osobą, do której zadzwoniłam, kiedy w ważnej dla mnie relacji przechodziłam kryzys — czułam się zraniona. Ernest pomógł mi odzyskać równowagę — z cierpliwością, zrozumieniem i humorem przekonał, że jeśli jest w tej relacji więcej dobrego, to trzeba się na tym skupić. A z resztą radzić sobie tak, żeby nie brać wszystkiego do siebie, ochłonąć i nie poddawać się emocjom. Wszyscy jesteśmy zawodni i dobrze mieć do siebie dystans. Nie wiem, czy na tamtym etapie życia przyjęłabym tę radę od kogoś innego. Dziś mogę powiedzieć, że staram się z niej korzystać.
Tych perełek, które mi zostawił, było więcej. Dzięki niemu zrozumiałam, że codzienność może zachwycać, a mądrość może współistnieć z dziecięcą wręcz ciekawością świata. W moich wspomnieniach jest zarazem gigantem, którego talent i zdolność zaglądania rzeczywistości „pod skórę” były oczywiste dla każdego, kto go spotkał, jak i żartownisiem — bo dostrzegał lekkość w
każdym aspekcie życia.
Czuję się wyróżniona tym, że go znałam i że byliśmy blisko. A równocześnie jest mi smutno — bo kiedy odeszłam z Telewizji PULS, nasze drogi się rozeszły. Wiele razy planowałam odezwać się, zadzwonić. Nie zdążyłam. Zostało we mnie dojmujące poczucie bezwzględności śmierci, która zabrała wspaniałego człowieka, postawionego przez los na mojej drodze — zanim dojrzałam na tyle, by do tej relacji powrócić.
Dziękuję Ci, Erneście. Za cierpliwość, za mądrość, za lekkość. I za farfocle.
Iwona Strzałka
Reżyserka i scenarzystka