<

Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Witamy na nowej stronie! Przenieśliśmy się na system Wordpress, także od dziś możecie zostawiać pod zapiskami Ernesta komentarze, i przeszukiwać archiwum za pomocą pola 'Wyszukaj', o tam, po lewej, pod maszyną do pisania.

Pozdrawiamy,
Internetowe Krasnoludki

Nad jeziorem (nowy wiersz na Wielkanoc)

23 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze


Nad Jeziorem- fot. Madzia Bryll

 

Po Zmartwychwstaniu Panie, poszliśmy na Twoje wezwanie

Do Galilei. Naprawdę nie było w nas wiele nadziei

 

Wszyscy nad Genezaret sławnym jeziorze starym

Bezradnie przycupnęli

 

Czy chcieliśmy być razem? Nikt nie rozpalił od razu

Nawet ogniska. To wszystko

A też najprostszej potrawy

Nikt nie miał na to spotkanie

 

Dlaczego? Czy wielkie sprawy

Umarły przed Zmartwychwstaniem

I nic się nowego nie stanie?

 

Bo co jest z Jego ciałem

Zmartwychwstał? Czy tak się zdawało

Śmierć z życiem się poplątała?

 

Samotni. Milczeli. Siedzieli

 

A On szedł radośnie. Bardzo Ludzki i Wieczny

Niósł smaczną rybę – żeby na spotkaniu

Radować się wspólną pieśnią i ryby smakowaniem

Bo wrócił do nas, do swoich. Wołał – Obudźcie się wreszcie

Upieczcie na ogniu rybę. Jestem. Nie gapcie się na mnie

Bez myśli bez wspomnienia w strachu niezrozumienia

Nie lękajcie się. Cieszcie.

 

 

Kwiecień 2011

 

 

 




Kwietniowe jajko

23 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Zapiski Małgosi

Pisze żona Małgosia:

 

Miesiąc kwiecień mamy bogaty. Uroczystości liczne, kwitną pierwsze kwiaty. Jeszcze barwniej się stanie gdy tradycyjnie pobiegniemy z palmami. A już na pewno od kolorów licznych w głowach nam się zakręci gdy ślepić będziemy w telewizor żeby poczuć się gościem na królewskim ślubie. Ach, kwiecień wielkanocno-królewski z zapowiedzią bodaj najbardziej niezwykłej uroczystości, czyli beatyfikacji Jana Pawła II, nie zdarza się co rok. Ale widać kwietnie u nas w kraju bywają szczególne. Zeszłoroczny ciągle nas boli. Jednych tak, drugich siak. A pamiętacie? Niby mieliśmy się czegoś nauczyć, niby zło miało się przerodzić w jakieś dobro. Zostało okrutne wspomnienie, tak odrealnionej tragedii że pewno kiedyś prawnuki pomyślą, że konfabulujemy i opowiadamy im jakąś brednię i baśń straszliwą.

 

Tegoroczny zaś kwiecień to co innego. U swego schyłku szykuje nam samo dobro, bo jak nie inaczej? Jedni popędzą szukać cudu monarchii na Wyspy. Tam w Londynie panna Kate i Kawaler królewskiego rodu William stają przed ołtarzem Westminsterskiej Katedry by dać początek baśni życia małżeńskiego. Niektórzy już przed laty patrzyli na baśniowe zaślubiny Diany i księcia Karola,więc będą wiedzieli w którym miejscu na trasie przejazdu orszaku królewskiego stanąć aby wiwatować wraz z wielojęzycznym tłumem. Niektórzy po raz pierwszy na własne oczy zobaczą jaksię bawi cała Anglia. Uliczki londyńskie i miasteczek mniejszych zawiążą pewno sąsiedzkie komitety,ludzie wyjdą przed domy, ustawią stoły, na stołach położą łakocie i drinki i wszyscy poczują się gośćmi na ślubie tego stulecia. Przemysł turystyczny jak przystało na wiosnę także rozkwitnie, a drukarze będą tłuc kolejne naklejki z młodą parą żeby każdy kubek w kraju zapamiętał święto.

 

Inni z końcem kwietnia pojadą czym się da i jak się da, żeby w tłumie o jakim podobno świat jeszczenie słyszał świadczyć o beatyfikacji Jana Pawła Drugiego. Pojadą, bo jakże nie? To zdarzenie takżenigdy więcej się nie powtórzy. Nic to, że na Placu przed Bazyliką nie wciśnie się ani szpilki. Nic to że,hotelowy nocleg może być tak daleko od Wiecznego Miasta a korki tak paskudne, że wielu przyjdzie modlić się na przydrożnym parkingu. Pojedziemy! W kraju zostaną przecież tylko rodzime place ikościoły miast i miasteczek. Wszędzie więc ludzie staną. Pewno znów cudem będą razem jak dawniej,będą śpiewy, koncerty i wzruszenia. Pewno będą też modlitwy.
Ale, ale, będą też i tacy co z szaf wyciągną szturmówki i transparenty… czas je odkurzyć, bo idzie Święto pracy? No jak nie? Maj przecież przychodzi zaraz po kwietniu, trzeba być gotowym.

 

Ale zanim to wszystko w końcówce kwietnia nastąpi będzie jeszcze baaardzo długi „tygodnioweekend”. Wiosenne sprzątanie i splątanie Świąt Zmartwychwstania z kwietniową majówką. Pouciekamy z domów już w Palmową Niedzielę. Pomachamy długimi na metry i tymi ascetycznymi palemkami i tyle nas będzie widać. W przedostatnim ostatnim tygodniu kwietnia przestanie nas interesować praca zawodowa. Ważniejsze będą jaja. Celebryci pomalują je specjalnie, i podarują na aukcję na rzecz jakąś, zwyczajni obywatele przyczają się i szukać będą tych od ekologicznych niosek i w dobrej cenie. Potem przyjdzie czas na ciasta, mazurki i baby. Inne baby także tłumnie zawitają u fryzjerskich mistrzów, bo głowy z wiosną muszą być piękne, a potem staną się już te upragnione święta i możliwy bardzo długi weekend. Może Zmartwychwstaniemy w Wielkanocą niedzielę, może Poniedziałek lany… może trochę potem…

 

Ale i tak będziemy zadowoleni… bo tylko cztery dni pracy zostaną tym którym wolne nie zostanie darowane wcześniej i znów będzie czas na majówkę….

 

No więc wszystko pięknie. O co mi znów chodzi? A o jedno… Jak tu zrobić żeby przeżyć święta, no i kwietny kwiecień, obfity w radosne zdarzenia, tak, żeby nie pozostały nam po nim same kwadratowe jaja…



Wielkanocne porządki

21 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

Wielkanocne porządki trzeba zaczynać
Od piwnicy ponoć. Dawno nie byliśmy
A tam może prawdziwa przyczyna:
-Pucujemy dom a nie jest czysty…

 

Piwnice – po wierzchu. Bo nikt nie wymaga
W naszym mieście żeby głębiej coś pamiętać
Chociaż na zasypanych piętrach stoją fundamenta
Warszawy. O tym gdzie idą korzenie
Kanałów – lepiej nie myśleć. Myślenie
Jak zmora może się ziścić

 

Więc, skończyliśmy czyścić
Najpłytsze piwnice
Nie grożą niczym

 

No, może zawstydzeniem za to zagracenie:
Coś kupiliśmy kiedyś pono w dobrej cenie
Było zdrowo i miło a jakoś przegniło
Ale mówiąc szczerze aż trudno uwierzyć
Jak łatwo się sczyściło

 

Najpierw to co piwniczne i suterenowe
Potem łóżkowe, powszednie, kuchenne
Są też wypucowane miejsca niecodzienne
Jak na przykład sumienie – sumiennie

 

Gorzej z przemienieniem. Kto się zmienił?
Choć użyliśmy środków najmodniejszych
Do zabicia smrodu – smród się nie umniejszył

 

Wielkanocne porządki znowu nie gotowe
Kto da radę zaczynać od nowa?

 

Kwiecień 2011



Dziewięć wierszy na 10 Kwietnia

10 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

Pisałem dawno…chyba są także na dziś.

 

EB

 


Przy kominku ojczystym

 

 

Przy kominku ojczystym, no może przy kuchni
Palimy sobie niepotrzebne na nic
Stare wspomnienia. Niestety cuchnie
Bo nie palimy, tylko upychamy
Sprawa za sprawą. Palimy jak śmieci
Wszystko co nasze. Niech nic nie wyleci
Z domowej kuchni – bajki. Nie wiadomo gdzie

Ach bajka, przy kominku lepsza jest niż te
Darcie papierów – jakbyś swoje, życie
Oskubywał jak skrzydła ptaka znajomego
Ale już nieważnego, dawno ubitego
Cuchnie to stare pierze. Chyba je spalicie?

Tylko kominem pójdzie straszny smród
Wiec może lepiej te piórka tęczowe
Upchnąć do poszewki
Niechaj młode głowy
Mają niepewne poduszki dla snów

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

Czy jesteśmy prawdziwi…

 

 

Czy jesteśmy prawdziwi, czy też gramy?
Taką ojczyznę, że i zgłupieć można
Wciąż pewni swego jakby niebios bramy
Broniły nas…

A tu na ostrze noża
Na szerokość złego słowa są
Sąsiedzi nasi

Co myślą o kraju
Który przedstawiamy. Jaki będzie sąd
Czy nasz teatr poznają czy też nie poznają

Jak żelazne ich twarze kiedy nawet klaszczą
Kiedy nas nienawidzą a kiedy z nas szydzą?
Cedząc:- Tak z nimi zawsze…

 

 

Z 2007 roku

 

 

Sami zdeptaliśmy tłumnie…

 

 

Sami zadeptaliśmy tłumnie
Delikatny ślad na pierwszym śniegu
Jak inaczej? Każdy już w biegu
I nikogo nikt nie zrozumie

Wcześnie. Prawie wśród nocnej ciszy
Zanim ziemia z niebem się uleży
Niszczymy te znaki świeże
Pewne – chociaż niewidoczne prawie
Właśnie wtedy gdy w zbielałej trawie
Na ukos, po szronie kruchym
Przemykają wracające duchy

A skąd? Nie wiadomo lecz warto
Wierzyć: Do nas wracają. W otwarte
Usta, półoddech o świcie
Jak powraca dobre serca bicie

Tylko ślad – jak zwykle – zatarty
Zadeptany. Nigdzie nie prowadzi

Może jutro będzie bardziej świeży
Wreszcie ziemia z niebem się uleży
I uładzi…

 

 

Z 2007 roku

 

 

Z każdego kąta domu…

 

 

Z każdego kąta domu
Wyłazi co było wiadomym
Ale tak okryte kurzem
Że zrobiło się nieduże
A przydeptane siłą
Niby w ogóle nie było

Czy znaliśmy tę gębusię gdy tłusta
Mrugała do nas z lustra
Nie tak jak dziś spodlona
Ale zadowolona
Nie z pyłem pajęczyny
A zawadiacką miną?

Z rany lustra ze szpary ściany
Wyłazi niepamiętane
I mocno jest niekochane

Po co ten zamęt?

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

PRZYBYLI

 

 

Przybyli ułani długo przeganiani
Z naszej półpamięci. Za nimi piechury
W kompanii zwiadu mój ojciec. Ponury
Jak nigdy na tej ziemi.

Żyli, byli z nami – Nie sobą a obok
I nie mogą dojść drogi do domu
My w nim mieszkamy. Im nie wiadomo
Czy nasz dom powrócono?

My prawie pewni, że nasz – a dla nich
Czegoś zabrakło. Chodzą bezdrożami
Skrobią w okienko – nazbyt z ostrożna
Zaprosić ich do dziś nie można

Czy oni nie słyszą czy nie mówimy
Najważniejszego słowa?
Oni pytają: Hasło! Odzew! Cóż, stroimy miny
Bo nie gotowe

Obraca się nasz jęzor pokutny
Jak bułanek obcą ostrogą pokłuty

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

Trzeba być przy sobie…

 

 

Trzeba być przy sobie choć nam kraj pocięli
Jak życie

Przecież domy z naszej świata strony
Stykają się ścianami z domami w ich kraju
Nawet słyszymy kiedy dotykają
Naszego. Znaki nam czynią wiadome

My się przemycamy, oni przemycają
Na obie strony

 

 

2009

 

 

Portret kynologiczny

 

 

…. Gończy polski. Stara rasa ponoć
Na pół żył gdy go odnowiono
Wedle wzorców szczytnych, starożytnych

Na łańcuchu w obcych stronach głodzony
Kiedyś było tam szlachectwo polowań
On nie wiedział. W budzie się chował

Więc choć wrócił do polszczyzny od nowa
I ogona pod siebie nie chowa
Choć się zbiera do pogoni – nie wie gdzie
Można teraz rozpędzić się?

Znów wpisany jako rasa stara
W księgi świata. Nieźle się stara
Na wystawach wygrywa. Jest w cenie
Ale z kraju co jest przypomnieniem
I dawnego i niepewnego

Stąd jak kundel nagle szczerzy kły
Bo pamięta swój łańcuch jak ty
Do upadłego

 

 

Z 2007 roku

 

 

Jak ranni wielkie słowa wracają…

 

 

Jak ranni wielkie słowa wracają do domów
Ośmieszone, kalekie
I jak pomóc niepotrzebnym nikomu
Jak zapewnić opiekę

Jeszcze serce jest w nas. Budujemy
Szpitale dla inwalidów
Niech idą
Zapadną w ciemność
My wreszcie odpoczniemy

Mamy serce. Trzeba ich oszukać
Więc kłamiemy. Gadamy, gadamy
Przez tę chwilę gdy ich odwiedzamy
Że jesteśmy – chociaż nas nie ma
Niech w to wierzą nim pójdą do ziemi
Niech przed Bogiem opowiadają
Jak piękną Polskę mają
Jaki dom
Jakie dzieci
Jakie wnuki
Mamy serce. Trzeba ich oszukać

 

 

Z 2008 roku

 

 

Z lektury…

 

 

– Spisane będą czyny i rozmowy –
Ale kto spisze? I zapisze co?
I jakie potem uczone głowy
Będą rozjaśniać pamięci noc

Za wielu dumnie stoi nad nami z lampami
Czasem coś i rozjaśnia, czasem prosto w oczy
Świeci. Oślepłeś. Może wtedy w nocy
Przemykają się cichcem ci co jeszcze krwawe
Znaki noszą na sobie? I może łaskawe
Są dla nich blaski oślepiające
I te szeptania, spojrzenia znaczące?

Spisane będą czyny. Lecz komu przypiszą
Te czyny i rozmowy…
I jakimi słowy
Dla jakich władców, je piszą?

 

 

Z 2007 roku



Nie poddaj się Dostojewskiemu- listy od Marka Hłaski

9 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 24 maja 2001 roku.

 

Przepisuję fragment jednego z listów Marka by było go łatwiej odczytać:

 

Przeklęty głupcze!


Twoja mała zostawiła mi w Związku list, w którym pisze, abym zostawił Ci kopertę u woźnej; dalej, że będziecie we czwartek w Związku i – jeśli mogę – abym poszedł do Besterów.


Koperty zostawić ci nie mogłem – byłem wtedy zalany zupełnie i nie pamiętam ile od Ciebie pożyczyłem. Szkoda tylko – i mam o to żal do Ciebie, że zostawiłeś mnie w takim stanie; później bardzo smutno to się dla mnie skończyło. Do Besterów nie poszedłem gdyż nie miałem na to czasu, ani ochoty. We czwartek nie było was w Związku. W piątek rano, musiałem wyjechać.


Napisz mi, ile jestem Ci winien i natychmiast Ci doślę. I proszę Cię na wszystko, odnieś mojej matce „Braci Karamazow”; sam nie wiesz, czym jest dla mnie Dostojewski. Nie zrób mi krzywdy. Przypominam Ci adres mojej matki: Żoliborz, ul. Mickiewicza 171 m 11. I zanieś mojej matce swoją „Giocondę” – ona tak o to prosi. Nie zapominaj! Całuję Cię, ucałuj ode mnie swoją małą.


Marek.


List od Marka Hłasko- adres

Marek nie wytrwał na prowincji. Wrócił do Warszawy. Coraz piękniej pisał i coraz bardziej dziko żył. Widywaliśmy się mniej. Bo ja należałem jeszcze do niewypierzeńców. Mój debiut miał stać się dopiero za parę lat. Nie mogłem jeszcze znaleźć swojej drogi. On szedł coraz wyższymi ścieżkami.

 

Ale jeszcze wspomnienia.

 

Jedno, to nasze starania by dostać się do kina Atlantic na Cenę Strachu. Strasznie popularny film o szoferach, co wiozą dynamit, który ma ugasić płonący szyb naftowy. Nie, chyba nitroglicerynę – bo każdy wstrząs może wysadzić samochód.

Dzikie tłumy okupowały fragmenty ulic przed kinem. Marek przyjaźniący się wtedy z Jerzym Andrzejewskim wyłudził od niego legitymację poselską. Kupiliśmy na nią bilety bez kolejki. Trzy bilety, bo miał iść z nami do kina pan Jerzy. 
Pamiętam tę walkę o wejście. Tu już żadna legitymacja nie pomogła. Pogubiliśmy się w tłumie tych „z biletami” i tych „na gapę”. Kino straciło kontrolę nad wydarzeniami. Film jednak obejrzałem.

 

Nawet odnalazłem potem Marka. Andrzejewskiego nie było. Marek, przejęty filmem, zaciągnął mnie do pobliskiego baru. Tam w czasie popijawy, nagle zmienił się na twarzy. Wyciągnął legitymację poselską (nie oddał jej panu Jerzemu) i spokojnie zaaresztował jednego z pijących.

Sala zamarła. Wyszliśmy z aresztowanym.

 

Na ulicy jakby Markowi „odeszło”. Wypuścił więźnia, a ten pomknął w miasto przekonany, że umknął z rąk Bezpieczeństwa. 
To był jeden z tych momentów, kiedy Marek zachowywał się jak owładnięty szaleństwem. Potem wracał do rozumu. 
Ale był już coraz dalej. Stawał się legendą. Pokolenie Współczesności nie było jego pokoleniem. On był już wybitnym pisarzem, my, mieliśmy za sobą udane (czy nawet bardzo udane, jak Grochowiak) pierwsze książki. Mieliśmy też książki przeciętne.

No cóż, za mały byłem na tę trudną przyjaźń. Ja powolutku, powolutku, przedzierałem się przez poezję. Uczyłem się mozolnie. I wciąż nie umiałem się nauczyć aby „głupot czcigodnych” nie słuchać. Tak było i w czasie afery o Miłosza na naszym roku polonistyki. 
Istniałem jakby w paru postaciach. Do jednej z nich Hłasko przysyłał listy.

 

List od Marka Hłasko- początek

 

Drogi mój!


List od Ciebie tak mnie ucieszył, tak naprawdę bardzo mnie ucieszył, że natychmiast – w sekundę po otrzymaniu listu od Ciebie – siadam i odpisuję Ci. Jest mi przykro, że masz wątpliwości co do tego, czy pisałem do Ciebie w sprawie „Karamazowych” czy też pisałem list do przyjaciela. Drogi mój! I jeszcze piszesz mi, abym Ci odpisał szczerze! A weź sobie nawet tych „Karamazowych” jeśli Ci się tak podobają, że nawet oczy miałeś mokre. Tak, tam obok ponurych i strasznych jest bardzo, bardzo wiele pięknych rzeczy. Krytyka uważa, że po „Zbrodni i Karze” jest to jego najlepsza książka. Ja osobiście najbardziej lubię „Biesy”, potem „Karamazowych”.


Nie poddaj się Dostojewskiemu jednak – to nonsens! nie wolno. Dostojewski jako filozof – to samo, to taka sama brednia jak i każda filozofia, która obiecuje człowiekowi spokój i szczęście. Geniusz Dostojewskiego – według mnie – polega przede wszystkim na tym, że ukazał on piekło szalejące w człowieku. Zauważ: u niego każdy człowiek miota się w poszukiwaniu Boga; u niego każdy w jakimś sensie marzy o lepszym, czystym, życiu. Oczywiście wszyscy są żałośni, nieraz wstrętni i okropni: Stawrogin (ta najbardziej rosyjska i ohydna postać u Dostojewskiego) jest, no nawet diabli wiedzą czym; Mitia Karamazow chce oczyścić swą duszę cierpieniem; Raskolnikow popełnia zbrodnię („Zbrodnia i Kara”) aby „zejść do podziemia i tam zaśpiewać hymn do Boga”; Książe Myszkin, przez całe życie jest człowiekiem wielkiej szlachetności i cnoty – w końcu, schodzi z życia jako „Idiota”. Mnie to właśnie u Dostojewskiego najbardziej zachwyca, iż jest on pisarzem „wiecznym poszukiwaczem”, pisarzem niemego dramatu człowieka, tylu największych cierpień i przegrań człowieka. Staraj się też tak spojrzeć na Dostojewskiego. Odkryj to, co w tym pisarzu najokropniejsze; rozkład, chandrę rosyjską, zbrodnię; spójrz na niego jako na „pisarza podziemia”, niestety niczego on nie znajduje; Dostojewski – sam przerażony swą genialną wizją człowieka; jego (nieczytelne) i cierpień nie wierzy w jakiekolwiek (nieczytelne) szczęście człowieka na tej ziemi.


Stąd ta cała filozofia obłędu; nie grzeszysz – nie odbędziesz pokuty – nie dostąpisz zbawienia: udajmy swobodę wielkiej i szerokiej duszy rosyjskiej!


I nie przejmuj się „Szigalewszczyzną”. To przecież doprawdy nic nowego. A że pewien zestaw słów w powieści Dostojewskiego, wyjątkowo gra w tym kontekście, no to cóż takiego. Dostojewski był dumny i wiedział, że niewiele jest innych urządzeń świata.
Dzisiaj – kiedy słucham i czytam wciąż te same rzeczy na temat przyszłej wojny – Szigalewszczyzna jest mi śmieszną; ot po prostu jeden z ustrojów nazwany po imieniu. Tak, że się nie ma czym przerażać. U Dostojewskiego zwróć uwagę na jeszcze jedną rzecz; na genialną wizję pisarską o zadziwiającej ekspresji. Tacy ludzie nigdy nie żyli., nigdy się nie spotykali ze sobą, a przecież widzimy ich, czujemy, ba! – nawet mamy mokre oczy. I to jeszcze jedna rzecz, dla mnie niezwykła – zauważ, że Dostojewski w ogóle nie zauważa świata zewnętrznego. Od czasu do czasu usiłuje sklecić jakiś pejzaż i zaraz zamiera; nie potrafi opisać ani jednej ulicy, ani jednej ludzkiej twarzy, ani jednej gwiazdki, ani jednego kawałka nieba! A jakże silnie widzimy te wszystkie miotające się postacie, te błotniste zaułki, plugawe traktiernie, nędzne mieszkania „uriadników” (nieczytelne) itd.

To zadziwiające.


Ernest! Mnie tutaj brak Ciebie; mieszkam w wiejskiej szkole, z wujem umierającym na gruźlicę. Pytasz się czy przyjechać. Mój Boże!

 

Oczywiście.

Jedzie się tak: pociągiem do Koła (ok. 4 godzin), potem z Koła autobusem (odchodzi z dworca), autobusem dojeżdżasz do Kiejsz, tam wysiadasz – już tylko 2 km do Dębna Królewskiego, ja mieszkam w szkole. Więc pamiętaj! Warszawa – Koło – Kiejsze – Dębno. Nie przerażaj się: to bardzo groźnie brzmi, w rzeczywistości nie jest jednak tak straszne. Wyjedź z Warszawy tym pociągiem o 8.04; przesiądziesz się w Kutnie (z pociągu na pociąg); w Kole niedługo masz autobus; u mnie będziesz ok. 14.30. Ucieszę się szalenie i pamiętaj, że liczę na Twój przyjazd. Ja do Warszawy nie wrócę; tak sobie postanowiłem.


Wiersz bardzo ładny, bardzo smutny. Czy znasz taki wiersz Miłosza(nieczytelnie). Przypomina mi go; Twój jest bardziej chandrowaty; wyjący; Miłosza beznadziejny lecz spokojny. Ja wolę to co Ty robisz; tę właśnie poezję rozpaczliwego krzyku w nocy.

 

Pozdrów serdecznie swoją małą.

Ciebie ściskam i całuję. I pisz, pisz kochany mój, tylko na miłość Boga wyraźniej.

PS. Dostojewskiego u matki nie ma prócz „Biesów”. Wszystko z sobą.

Marek


List od Marka Hłasko- opis drogi