<

Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Witamy na nowej stronie! Przenieśliśmy się na system Wordpress, także od dziś możecie zostawiać pod zapiskami Ernesta komentarze, i przeszukiwać archiwum za pomocą pola 'Wyszukaj', o tam, po lewej, pod maszyną do pisania.

Pozdrawiamy,
Internetowe Krasnoludki

Kwietniowe jajko

23 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Zapiski Małgosi

Pisze żona Małgosia:

 

Miesiąc kwiecień mamy bogaty. Uroczystości liczne, kwitną pierwsze kwiaty. Jeszcze barwniej się stanie gdy tradycyjnie pobiegniemy z palmami. A już na pewno od kolorów licznych w głowach nam się zakręci gdy ślepić będziemy w telewizor żeby poczuć się gościem na królewskim ślubie. Ach, kwiecień wielkanocno-królewski z zapowiedzią bodaj najbardziej niezwykłej uroczystości, czyli beatyfikacji Jana Pawła II, nie zdarza się co rok. Ale widać kwietnie u nas w kraju bywają szczególne. Zeszłoroczny ciągle nas boli. Jednych tak, drugich siak. A pamiętacie? Niby mieliśmy się czegoś nauczyć, niby zło miało się przerodzić w jakieś dobro. Zostało okrutne wspomnienie, tak odrealnionej tragedii że pewno kiedyś prawnuki pomyślą, że konfabulujemy i opowiadamy im jakąś brednię i baśń straszliwą.

 

Tegoroczny zaś kwiecień to co innego. U swego schyłku szykuje nam samo dobro, bo jak nie inaczej? Jedni popędzą szukać cudu monarchii na Wyspy. Tam w Londynie panna Kate i Kawaler królewskiego rodu William stają przed ołtarzem Westminsterskiej Katedry by dać początek baśni życia małżeńskiego. Niektórzy już przed laty patrzyli na baśniowe zaślubiny Diany i księcia Karola,więc będą wiedzieli w którym miejscu na trasie przejazdu orszaku królewskiego stanąć aby wiwatować wraz z wielojęzycznym tłumem. Niektórzy po raz pierwszy na własne oczy zobaczą jaksię bawi cała Anglia. Uliczki londyńskie i miasteczek mniejszych zawiążą pewno sąsiedzkie komitety,ludzie wyjdą przed domy, ustawią stoły, na stołach położą łakocie i drinki i wszyscy poczują się gośćmi na ślubie tego stulecia. Przemysł turystyczny jak przystało na wiosnę także rozkwitnie, a drukarze będą tłuc kolejne naklejki z młodą parą żeby każdy kubek w kraju zapamiętał święto.

 

Inni z końcem kwietnia pojadą czym się da i jak się da, żeby w tłumie o jakim podobno świat jeszczenie słyszał świadczyć o beatyfikacji Jana Pawła Drugiego. Pojadą, bo jakże nie? To zdarzenie takżenigdy więcej się nie powtórzy. Nic to, że na Placu przed Bazyliką nie wciśnie się ani szpilki. Nic to że,hotelowy nocleg może być tak daleko od Wiecznego Miasta a korki tak paskudne, że wielu przyjdzie modlić się na przydrożnym parkingu. Pojedziemy! W kraju zostaną przecież tylko rodzime place ikościoły miast i miasteczek. Wszędzie więc ludzie staną. Pewno znów cudem będą razem jak dawniej,będą śpiewy, koncerty i wzruszenia. Pewno będą też modlitwy.
Ale, ale, będą też i tacy co z szaf wyciągną szturmówki i transparenty… czas je odkurzyć, bo idzie Święto pracy? No jak nie? Maj przecież przychodzi zaraz po kwietniu, trzeba być gotowym.

 

Ale zanim to wszystko w końcówce kwietnia nastąpi będzie jeszcze baaardzo długi „tygodnioweekend”. Wiosenne sprzątanie i splątanie Świąt Zmartwychwstania z kwietniową majówką. Pouciekamy z domów już w Palmową Niedzielę. Pomachamy długimi na metry i tymi ascetycznymi palemkami i tyle nas będzie widać. W przedostatnim ostatnim tygodniu kwietnia przestanie nas interesować praca zawodowa. Ważniejsze będą jaja. Celebryci pomalują je specjalnie, i podarują na aukcję na rzecz jakąś, zwyczajni obywatele przyczają się i szukać będą tych od ekologicznych niosek i w dobrej cenie. Potem przyjdzie czas na ciasta, mazurki i baby. Inne baby także tłumnie zawitają u fryzjerskich mistrzów, bo głowy z wiosną muszą być piękne, a potem staną się już te upragnione święta i możliwy bardzo długi weekend. Może Zmartwychwstaniemy w Wielkanocą niedzielę, może Poniedziałek lany… może trochę potem…

 

Ale i tak będziemy zadowoleni… bo tylko cztery dni pracy zostaną tym którym wolne nie zostanie darowane wcześniej i znów będzie czas na majówkę….

 

No więc wszystko pięknie. O co mi znów chodzi? A o jedno… Jak tu zrobić żeby przeżyć święta, no i kwietny kwiecień, obfity w radosne zdarzenia, tak, żeby nie pozostały nam po nim same kwadratowe jaja…



Wielkanocne porządki

21 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

Wielkanocne porządki trzeba zaczynać
Od piwnicy ponoć. Dawno nie byliśmy
A tam może prawdziwa przyczyna:
-Pucujemy dom a nie jest czysty…

 

Piwnice – po wierzchu. Bo nikt nie wymaga
W naszym mieście żeby głębiej coś pamiętać
Chociaż na zasypanych piętrach stoją fundamenta
Warszawy. O tym gdzie idą korzenie
Kanałów – lepiej nie myśleć. Myślenie
Jak zmora może się ziścić

 

Więc, skończyliśmy czyścić
Najpłytsze piwnice
Nie grożą niczym

 

No, może zawstydzeniem za to zagracenie:
Coś kupiliśmy kiedyś pono w dobrej cenie
Było zdrowo i miło a jakoś przegniło
Ale mówiąc szczerze aż trudno uwierzyć
Jak łatwo się sczyściło

 

Najpierw to co piwniczne i suterenowe
Potem łóżkowe, powszednie, kuchenne
Są też wypucowane miejsca niecodzienne
Jak na przykład sumienie – sumiennie

 

Gorzej z przemienieniem. Kto się zmienił?
Choć użyliśmy środków najmodniejszych
Do zabicia smrodu – smród się nie umniejszył

 

Wielkanocne porządki znowu nie gotowe
Kto da radę zaczynać od nowa?

 

Kwiecień 2011



Dziewięć wierszy na 10 Kwietnia

10 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

Pisałem dawno…chyba są także na dziś.

 

EB

 


Przy kominku ojczystym

 

 

Przy kominku ojczystym, no może przy kuchni
Palimy sobie niepotrzebne na nic
Stare wspomnienia. Niestety cuchnie
Bo nie palimy, tylko upychamy
Sprawa za sprawą. Palimy jak śmieci
Wszystko co nasze. Niech nic nie wyleci
Z domowej kuchni – bajki. Nie wiadomo gdzie

Ach bajka, przy kominku lepsza jest niż te
Darcie papierów – jakbyś swoje, życie
Oskubywał jak skrzydła ptaka znajomego
Ale już nieważnego, dawno ubitego
Cuchnie to stare pierze. Chyba je spalicie?

Tylko kominem pójdzie straszny smród
Wiec może lepiej te piórka tęczowe
Upchnąć do poszewki
Niechaj młode głowy
Mają niepewne poduszki dla snów

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

Czy jesteśmy prawdziwi…

 

 

Czy jesteśmy prawdziwi, czy też gramy?
Taką ojczyznę, że i zgłupieć można
Wciąż pewni swego jakby niebios bramy
Broniły nas…

A tu na ostrze noża
Na szerokość złego słowa są
Sąsiedzi nasi

Co myślą o kraju
Który przedstawiamy. Jaki będzie sąd
Czy nasz teatr poznają czy też nie poznają

Jak żelazne ich twarze kiedy nawet klaszczą
Kiedy nas nienawidzą a kiedy z nas szydzą?
Cedząc:- Tak z nimi zawsze…

 

 

Z 2007 roku

 

 

Sami zdeptaliśmy tłumnie…

 

 

Sami zadeptaliśmy tłumnie
Delikatny ślad na pierwszym śniegu
Jak inaczej? Każdy już w biegu
I nikogo nikt nie zrozumie

Wcześnie. Prawie wśród nocnej ciszy
Zanim ziemia z niebem się uleży
Niszczymy te znaki świeże
Pewne – chociaż niewidoczne prawie
Właśnie wtedy gdy w zbielałej trawie
Na ukos, po szronie kruchym
Przemykają wracające duchy

A skąd? Nie wiadomo lecz warto
Wierzyć: Do nas wracają. W otwarte
Usta, półoddech o świcie
Jak powraca dobre serca bicie

Tylko ślad – jak zwykle – zatarty
Zadeptany. Nigdzie nie prowadzi

Może jutro będzie bardziej świeży
Wreszcie ziemia z niebem się uleży
I uładzi…

 

 

Z 2007 roku

 

 

Z każdego kąta domu…

 

 

Z każdego kąta domu
Wyłazi co było wiadomym
Ale tak okryte kurzem
Że zrobiło się nieduże
A przydeptane siłą
Niby w ogóle nie było

Czy znaliśmy tę gębusię gdy tłusta
Mrugała do nas z lustra
Nie tak jak dziś spodlona
Ale zadowolona
Nie z pyłem pajęczyny
A zawadiacką miną?

Z rany lustra ze szpary ściany
Wyłazi niepamiętane
I mocno jest niekochane

Po co ten zamęt?

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

PRZYBYLI

 

 

Przybyli ułani długo przeganiani
Z naszej półpamięci. Za nimi piechury
W kompanii zwiadu mój ojciec. Ponury
Jak nigdy na tej ziemi.

Żyli, byli z nami – Nie sobą a obok
I nie mogą dojść drogi do domu
My w nim mieszkamy. Im nie wiadomo
Czy nasz dom powrócono?

My prawie pewni, że nasz – a dla nich
Czegoś zabrakło. Chodzą bezdrożami
Skrobią w okienko – nazbyt z ostrożna
Zaprosić ich do dziś nie można

Czy oni nie słyszą czy nie mówimy
Najważniejszego słowa?
Oni pytają: Hasło! Odzew! Cóż, stroimy miny
Bo nie gotowe

Obraca się nasz jęzor pokutny
Jak bułanek obcą ostrogą pokłuty

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

Trzeba być przy sobie…

 

 

Trzeba być przy sobie choć nam kraj pocięli
Jak życie

Przecież domy z naszej świata strony
Stykają się ścianami z domami w ich kraju
Nawet słyszymy kiedy dotykają
Naszego. Znaki nam czynią wiadome

My się przemycamy, oni przemycają
Na obie strony

 

 

2009

 

 

Portret kynologiczny

 

 

…. Gończy polski. Stara rasa ponoć
Na pół żył gdy go odnowiono
Wedle wzorców szczytnych, starożytnych

Na łańcuchu w obcych stronach głodzony
Kiedyś było tam szlachectwo polowań
On nie wiedział. W budzie się chował

Więc choć wrócił do polszczyzny od nowa
I ogona pod siebie nie chowa
Choć się zbiera do pogoni – nie wie gdzie
Można teraz rozpędzić się?

Znów wpisany jako rasa stara
W księgi świata. Nieźle się stara
Na wystawach wygrywa. Jest w cenie
Ale z kraju co jest przypomnieniem
I dawnego i niepewnego

Stąd jak kundel nagle szczerzy kły
Bo pamięta swój łańcuch jak ty
Do upadłego

 

 

Z 2007 roku

 

 

Jak ranni wielkie słowa wracają…

 

 

Jak ranni wielkie słowa wracają do domów
Ośmieszone, kalekie
I jak pomóc niepotrzebnym nikomu
Jak zapewnić opiekę

Jeszcze serce jest w nas. Budujemy
Szpitale dla inwalidów
Niech idą
Zapadną w ciemność
My wreszcie odpoczniemy

Mamy serce. Trzeba ich oszukać
Więc kłamiemy. Gadamy, gadamy
Przez tę chwilę gdy ich odwiedzamy
Że jesteśmy – chociaż nas nie ma
Niech w to wierzą nim pójdą do ziemi
Niech przed Bogiem opowiadają
Jak piękną Polskę mają
Jaki dom
Jakie dzieci
Jakie wnuki
Mamy serce. Trzeba ich oszukać

 

 

Z 2008 roku

 

 

Z lektury…

 

 

– Spisane będą czyny i rozmowy –
Ale kto spisze? I zapisze co?
I jakie potem uczone głowy
Będą rozjaśniać pamięci noc

Za wielu dumnie stoi nad nami z lampami
Czasem coś i rozjaśnia, czasem prosto w oczy
Świeci. Oślepłeś. Może wtedy w nocy
Przemykają się cichcem ci co jeszcze krwawe
Znaki noszą na sobie? I może łaskawe
Są dla nich blaski oślepiające
I te szeptania, spojrzenia znaczące?

Spisane będą czyny. Lecz komu przypiszą
Te czyny i rozmowy…
I jakimi słowy
Dla jakich władców, je piszą?

 

 

Z 2007 roku



Nie poddaj się Dostojewskiemu- listy od Marka Hłaski

9 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 24 maja 2001 roku.

 

Przepisuję fragment jednego z listów Marka by było go łatwiej odczytać:

 

Przeklęty głupcze!


Twoja mała zostawiła mi w Związku list, w którym pisze, abym zostawił Ci kopertę u woźnej; dalej, że będziecie we czwartek w Związku i – jeśli mogę – abym poszedł do Besterów.


Koperty zostawić ci nie mogłem – byłem wtedy zalany zupełnie i nie pamiętam ile od Ciebie pożyczyłem. Szkoda tylko – i mam o to żal do Ciebie, że zostawiłeś mnie w takim stanie; później bardzo smutno to się dla mnie skończyło. Do Besterów nie poszedłem gdyż nie miałem na to czasu, ani ochoty. We czwartek nie było was w Związku. W piątek rano, musiałem wyjechać.


Napisz mi, ile jestem Ci winien i natychmiast Ci doślę. I proszę Cię na wszystko, odnieś mojej matce „Braci Karamazow”; sam nie wiesz, czym jest dla mnie Dostojewski. Nie zrób mi krzywdy. Przypominam Ci adres mojej matki: Żoliborz, ul. Mickiewicza 171 m 11. I zanieś mojej matce swoją „Giocondę” – ona tak o to prosi. Nie zapominaj! Całuję Cię, ucałuj ode mnie swoją małą.


Marek.


List od Marka Hłasko- adres

Marek nie wytrwał na prowincji. Wrócił do Warszawy. Coraz piękniej pisał i coraz bardziej dziko żył. Widywaliśmy się mniej. Bo ja należałem jeszcze do niewypierzeńców. Mój debiut miał stać się dopiero za parę lat. Nie mogłem jeszcze znaleźć swojej drogi. On szedł coraz wyższymi ścieżkami.

 

Ale jeszcze wspomnienia.

 

Jedno, to nasze starania by dostać się do kina Atlantic na Cenę Strachu. Strasznie popularny film o szoferach, co wiozą dynamit, który ma ugasić płonący szyb naftowy. Nie, chyba nitroglicerynę – bo każdy wstrząs może wysadzić samochód.

Dzikie tłumy okupowały fragmenty ulic przed kinem. Marek przyjaźniący się wtedy z Jerzym Andrzejewskim wyłudził od niego legitymację poselską. Kupiliśmy na nią bilety bez kolejki. Trzy bilety, bo miał iść z nami do kina pan Jerzy. 
Pamiętam tę walkę o wejście. Tu już żadna legitymacja nie pomogła. Pogubiliśmy się w tłumie tych „z biletami” i tych „na gapę”. Kino straciło kontrolę nad wydarzeniami. Film jednak obejrzałem.

 

Nawet odnalazłem potem Marka. Andrzejewskiego nie było. Marek, przejęty filmem, zaciągnął mnie do pobliskiego baru. Tam w czasie popijawy, nagle zmienił się na twarzy. Wyciągnął legitymację poselską (nie oddał jej panu Jerzemu) i spokojnie zaaresztował jednego z pijących.

Sala zamarła. Wyszliśmy z aresztowanym.

 

Na ulicy jakby Markowi „odeszło”. Wypuścił więźnia, a ten pomknął w miasto przekonany, że umknął z rąk Bezpieczeństwa. 
To był jeden z tych momentów, kiedy Marek zachowywał się jak owładnięty szaleństwem. Potem wracał do rozumu. 
Ale był już coraz dalej. Stawał się legendą. Pokolenie Współczesności nie było jego pokoleniem. On był już wybitnym pisarzem, my, mieliśmy za sobą udane (czy nawet bardzo udane, jak Grochowiak) pierwsze książki. Mieliśmy też książki przeciętne.

No cóż, za mały byłem na tę trudną przyjaźń. Ja powolutku, powolutku, przedzierałem się przez poezję. Uczyłem się mozolnie. I wciąż nie umiałem się nauczyć aby „głupot czcigodnych” nie słuchać. Tak było i w czasie afery o Miłosza na naszym roku polonistyki. 
Istniałem jakby w paru postaciach. Do jednej z nich Hłasko przysyłał listy.

 

List od Marka Hłasko- początek

 

Drogi mój!


List od Ciebie tak mnie ucieszył, tak naprawdę bardzo mnie ucieszył, że natychmiast – w sekundę po otrzymaniu listu od Ciebie – siadam i odpisuję Ci. Jest mi przykro, że masz wątpliwości co do tego, czy pisałem do Ciebie w sprawie „Karamazowych” czy też pisałem list do przyjaciela. Drogi mój! I jeszcze piszesz mi, abym Ci odpisał szczerze! A weź sobie nawet tych „Karamazowych” jeśli Ci się tak podobają, że nawet oczy miałeś mokre. Tak, tam obok ponurych i strasznych jest bardzo, bardzo wiele pięknych rzeczy. Krytyka uważa, że po „Zbrodni i Karze” jest to jego najlepsza książka. Ja osobiście najbardziej lubię „Biesy”, potem „Karamazowych”.


Nie poddaj się Dostojewskiemu jednak – to nonsens! nie wolno. Dostojewski jako filozof – to samo, to taka sama brednia jak i każda filozofia, która obiecuje człowiekowi spokój i szczęście. Geniusz Dostojewskiego – według mnie – polega przede wszystkim na tym, że ukazał on piekło szalejące w człowieku. Zauważ: u niego każdy człowiek miota się w poszukiwaniu Boga; u niego każdy w jakimś sensie marzy o lepszym, czystym, życiu. Oczywiście wszyscy są żałośni, nieraz wstrętni i okropni: Stawrogin (ta najbardziej rosyjska i ohydna postać u Dostojewskiego) jest, no nawet diabli wiedzą czym; Mitia Karamazow chce oczyścić swą duszę cierpieniem; Raskolnikow popełnia zbrodnię („Zbrodnia i Kara”) aby „zejść do podziemia i tam zaśpiewać hymn do Boga”; Książe Myszkin, przez całe życie jest człowiekiem wielkiej szlachetności i cnoty – w końcu, schodzi z życia jako „Idiota”. Mnie to właśnie u Dostojewskiego najbardziej zachwyca, iż jest on pisarzem „wiecznym poszukiwaczem”, pisarzem niemego dramatu człowieka, tylu największych cierpień i przegrań człowieka. Staraj się też tak spojrzeć na Dostojewskiego. Odkryj to, co w tym pisarzu najokropniejsze; rozkład, chandrę rosyjską, zbrodnię; spójrz na niego jako na „pisarza podziemia”, niestety niczego on nie znajduje; Dostojewski – sam przerażony swą genialną wizją człowieka; jego (nieczytelne) i cierpień nie wierzy w jakiekolwiek (nieczytelne) szczęście człowieka na tej ziemi.


Stąd ta cała filozofia obłędu; nie grzeszysz – nie odbędziesz pokuty – nie dostąpisz zbawienia: udajmy swobodę wielkiej i szerokiej duszy rosyjskiej!


I nie przejmuj się „Szigalewszczyzną”. To przecież doprawdy nic nowego. A że pewien zestaw słów w powieści Dostojewskiego, wyjątkowo gra w tym kontekście, no to cóż takiego. Dostojewski był dumny i wiedział, że niewiele jest innych urządzeń świata.
Dzisiaj – kiedy słucham i czytam wciąż te same rzeczy na temat przyszłej wojny – Szigalewszczyzna jest mi śmieszną; ot po prostu jeden z ustrojów nazwany po imieniu. Tak, że się nie ma czym przerażać. U Dostojewskiego zwróć uwagę na jeszcze jedną rzecz; na genialną wizję pisarską o zadziwiającej ekspresji. Tacy ludzie nigdy nie żyli., nigdy się nie spotykali ze sobą, a przecież widzimy ich, czujemy, ba! – nawet mamy mokre oczy. I to jeszcze jedna rzecz, dla mnie niezwykła – zauważ, że Dostojewski w ogóle nie zauważa świata zewnętrznego. Od czasu do czasu usiłuje sklecić jakiś pejzaż i zaraz zamiera; nie potrafi opisać ani jednej ulicy, ani jednej ludzkiej twarzy, ani jednej gwiazdki, ani jednego kawałka nieba! A jakże silnie widzimy te wszystkie miotające się postacie, te błotniste zaułki, plugawe traktiernie, nędzne mieszkania „uriadników” (nieczytelne) itd.

To zadziwiające.


Ernest! Mnie tutaj brak Ciebie; mieszkam w wiejskiej szkole, z wujem umierającym na gruźlicę. Pytasz się czy przyjechać. Mój Boże!

 

Oczywiście.

Jedzie się tak: pociągiem do Koła (ok. 4 godzin), potem z Koła autobusem (odchodzi z dworca), autobusem dojeżdżasz do Kiejsz, tam wysiadasz – już tylko 2 km do Dębna Królewskiego, ja mieszkam w szkole. Więc pamiętaj! Warszawa – Koło – Kiejsze – Dębno. Nie przerażaj się: to bardzo groźnie brzmi, w rzeczywistości nie jest jednak tak straszne. Wyjedź z Warszawy tym pociągiem o 8.04; przesiądziesz się w Kutnie (z pociągu na pociąg); w Kole niedługo masz autobus; u mnie będziesz ok. 14.30. Ucieszę się szalenie i pamiętaj, że liczę na Twój przyjazd. Ja do Warszawy nie wrócę; tak sobie postanowiłem.


Wiersz bardzo ładny, bardzo smutny. Czy znasz taki wiersz Miłosza(nieczytelnie). Przypomina mi go; Twój jest bardziej chandrowaty; wyjący; Miłosza beznadziejny lecz spokojny. Ja wolę to co Ty robisz; tę właśnie poezję rozpaczliwego krzyku w nocy.

 

Pozdrów serdecznie swoją małą.

Ciebie ściskam i całuję. I pisz, pisz kochany mój, tylko na miłość Boga wyraźniej.

PS. Dostojewskiego u matki nie ma prócz „Biesów”. Wszystko z sobą.

Marek


List od Marka Hłasko- opis drogi

 

 



Jak z Markiem Hłasko po Warszawie pielgrzymowałem

8 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Wpis ten ukazał się po raz pierwszy 16 maja 2001 r.


W starych papierach ocalało parę listów od Marka Hłaski. Jeden postanowiłem w całości zacytować. To list z marca 55 roku pisany do mnie przez Marka, kiedy to, po wielkiej eskapadzie alkoholowej postanowił zamknąć się na dalekiej prowincji i nigdy nie wracać do Warszawy.

 

Ciekawa jest koperta tego listu. Adresu właściwie nie ma. Jest tylko Warszawa, Koło Młodych. Nigdy bym nie uwierzył, że list ten dotarł normalną pocztą, gdyby nie stemple na znaczku.

 

Koperta Marka Hłaski

Jak doszedł do tego Koła Młodych?

 

A czym było to Koło? Pisałem już trochę o tym przy okazji wspomnień ze Zjazdu Polonistów w Międzygórzu (patrz Niewłaściwe ŻyciorysyMiędzygórze). Ale po paru latach wszystko w tej gromadzie młodych adeptów na pisarzy zaczynało się zmieniać. Ówczesny Związek Literatów, dając nam dalej używać swoich pomieszczeń, z których najważniejsza była stołówka i kawiarnia oraz biblioteka, o wiele mniej pilnował słuszności ideologicznego rozwoju. Powoli odchodziły czasy zebrań. Takich właśnie jak zebranie na temat moich wierszy o knajpie przy Kijowskiej. Zresztą, co tu narzekać,  najstraszliwsze czasy twardego wychowywania mnie raczej minęły. Wprawdzie pojawiłem się na studiach w Warszawie w 1952 roku, ale brak akademika i stypendium, ciągłe kombinowanie jak wcisnąć się nielegalnie do domu studenckiego na Narutowicza – to zajmowało mi prawie rok.

 

No, bo wyobraźcie sobie moje godziny wieczorne. Coraz większa ilość waletów kręci się przed wejściem na Narutowicza, a nawet koczuje w wielkim holu. Ten hol miał schody, które prowadziły do wejścia wewnętrznego. I to wejście było zablokowane budką z portierem. Portier sprawdzał zielone legitymacje i tylko tak można się było dostać na pokoje. Pokoje różne. Ja waletowałem w wielkiej dwunastoosobowej sali. Kiedyś pewno była to biblioteka a może świetlica. Sala ta miała oszklone drzwi wychodzące na płaski długi taras.

 

Czyniąc w mojej opowieści lekkie zamieszanie muszę jednak opowiedzieć o tym tarasie. Otóż kiedy przyjechali do Polski studenci chińscy, wielu z nich zakwaterowano na Narutowicza. Wykorzystywali taras na poranną gimnastykę. My oczadziali po różnych, nie bardzo moralnych, wyczynach, zmarznięci (bo wiało od starych okien aż się kurzyło), legalni i nielegalni mieszkańcy tego pokoju z lekkim przerażeniem patrzyliśmy na ten codzienny spektakl. W karnych oddziałach, ubrani w jednakowe piżamy, zupełnie nie zważając na pogodę, Chińczycy wykonywali powolne ruchy i jakieś niby baletowe łamańce. Teraz każdy widz filmów o kung fu wie na czym polega ta gimnastyka. Ale wtedy?

 

Ze sztuk walki znane nam było uderzenie bykiem i parę jeszcze rzewnych mazowieckich chwytów. O połączeniu ćwiczeń ducha z ćwiczeniami ciała nawet nie słyszano. Zapyziali, okutani, skacowani, jeszcze nie warszawscy a już nie prowincjonalni, przylepialiśmy nosy do szyb. Chińczycy wyginali się w długich szeregach.

 

Taras tylko przez brudne drzwi oddzielony był od naszego pokoju. Czyli od świata zupełnie innego: piętrowych łóżek, zapachu cebuli smażonej ze skwarkami i posypywanej cukrem – bardzo to kaloryczne jedzenie, kiedy już braknie na co innego. 
My byliśmy bezładem. Anarchią. Niby należeliśmy do tego samego świata zwycięskiego proletariatu ale jakże to wszystko było obce. 
Potem przybyli Koreańczycy. Ci jednak byli inni. Zbiorowych gimnastyk, takiegoż uczenia, mycia, u nich nie było. 
Więc z niektórymi bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

 

Niektórzy z kolegów z Koreankami. Wielkie i tragiczne miłości. Wiem o jednej. Kolega z filologii zakochał się w Koreance. Ona w nim. Zdołali nawet wziąć ślub. Było to prawie niemożliwe, bo władze na to nie pozwalały, szczególnie władze koreańskie. Ale tym razem się udało. Tylko potem przyszedł czas na odwoływanie Koreańczyków do kraju.

Wiadomo było, że dziewczyna zniknie na zawsze. Wiem o tej dramatycznej miłości tyle, że dziewczyna przez pewien czas ukrywała się w Polsce. Po różnych rodzinach.

 

A z drugiej strony, kto mógł, zabiegał o zrozumienie dla zakochanych. Włączyli się w to nawet wysoko postawieni towarzysze. I o ile wiem, była jakaś obietnica, że niech Koreanka wróci na chwilę do ojczyzny, a zaraz ją do męża Polaka wypuszczą.

Niestety to była naiwna wiara. Pojechała i nie wróciła. Ciągle jednak byli tacy, co zabiegali o jej powrót do męża. O ile wiem, nawet członkowie oficjalnej, rządowej delegacji do Phenianu rozmawiali z władzami Korei. Otrzymali tylko wiadomość, że żyje ale wróciła na ojczyzny łono.

 

Może opowiadam rzecz niedokładnie. Ale to wielka miłość była. Ta historia Romea i Julii naszych lat się zdarzyła.

Koreańczyków zresztą szybko odwoływano do kraju. Znałem paru z Akademika. Jeden bardzo ciekawy polskiej poezji, uczył się na polonistyce. Wysoki, trochę podobny do Ajna, bo miał nawet zarost. Ranny w wojnie, odznaczony za bohaterskie czyny a jednocześnie z ogromną pasją dowiadujący się nowych rzeczy o nieznanej Europie. No tak, dla niego nawet tamten czas był Europejski. 
Z Chińczykami trudniej było się zaprzyjaźnić. Zresztą to poruszanie się Chińczyków w zawsze karnych oddziałach, było trochę przerażające.

 

Najbardziej straszne było, gdy kolumna chińska wmaszerowywała do ogólnej umywalni. 
Ogólna umywania. Długa sala gdzie po jednej stronie stały rzędem kabiny klozetów a po drugiej ciągnęło się długie blaszane koryto – a nad nim kurki. Z zimną oczywiście wodą. Tam pchając się, staraliśmy się tworzyć pozory mycia.

Ale wmaszerowywały Chiny. Stawali nad korytem. Zdejmowali góry od jednakowych piżam i zaczynali spokojnie, dokładne ablucje lodowatą wodą. Potem zaczynało się coś, na co ukradkiem, no bo było głupio, gapić się tak otwarcie, schodzili się inni mieszkańcy akademika. Rząd Chińczyków miarowo mył zęby jednakowymi szczoteczkami.

Trzoneczki szczoteczek trzymali też inaczej, jakimś chwytem ping-pongowym. Tu trzeba dodać, że fascynowała nas sprawna gra Chińczyków w ping-ponga. Grali też w ściśle zorganizowanych grupach.

 

Ale co tam szczoteczki i ping-pong! Widzowie wstrzymywali dech, bo zaczynało się najważniejsze. Otóż chińscy koledzy, jakby na jakiś tajemny rozkaz, odkładali szczoteczki i wyjmowali z jednakowych torebek, jednakowe, drewniane szpatułki. Jednakowym ruchem wyciągali języki. Język był przytrzymywany palcami lewej ręki a prawa starannie ściągała jakiś brud. Jaki?! Wszyscy  z nas odruchowo sprawdzali swoje ozory.

 

No więc, zajęć na pierwszym roku studiów miałem dość. Jeśli dodam do tego próby przystosowania się do językoznawstwa i fonetyki – bo to, zamiast nauki pisania okazało się tragiczną rzeczywistością polonistyki – jeśli dodam próby zrozumienia na czym polega wyszukiwanie książek w Bibliotece Uniwersyteckiej… Sami zrozumcie, że pierwszy rok minął prawie bez Koła Młodych Pisarzy. 
Rok 54 to był już czas dorwania się do biblioteki Związku Literatów. Niewielka, ale bardzo bogata. Odkrywałem tam Czechowicza, Leśmiana, Łobodowskiego. Nawet i Ferdydurkę Gombrowicza. No i Miłosza a potem Mackiewicza.

Dziś może dziwić, czemu do odkryć należał Czechowicz, Leśmian czy na przykład Piętak?

Ano, dlatego że edukacja na polonistyce kończyła się na Młodej Polsce. A najbardziej wałkowano Pozytywizm. Pamiętam szok jakim były oficjalne wykłady prof. Jakubowskiego o Leśmianie. Cały nasz rok gadał Leśmianem i stodoliła nam się Majka stodolna od połowy polna… Za te wykłady wielu z nas jest wdzięcznych profesorowi. Nawet kiedy w innych sprawach potem się nie zgadzaliśmy. 
W Bibliotece poznałem Marka Hłaskę. Właśnie w bibliotece, choć to pozornie nie pasuje do jego legendy. Inna rzecz – Biblioteka Związku miała zaciszne kątki, gdzie można było pogadać a nawet popisać. Z tego korzystaliśmy przede wszystkim. Ale przyjrzyjcie się listowi Marka. Jest głównie o Dostojewskim. Ale też wspomniany jest Miłosz. Jako nasza zwyczajna lektura.

 

Na razie o Dostojewskim. Szaleliśmy za nim. Trzeba przypomnieć, że był to pisarz wtedy nie za bardzo lubiany. A jeśli, to tylko jego wczesne utwory. O „Biesach” ani mru mru..

A my zaczytywaliśmy stare przekłady przedwojenne. Nowych jeszcze nie było. Mówiliśmy do siebie językiem Stawroginów i Wierchowieńskich. Staraliśmy się analizować. To nie było łatwe. Bo po prawdzie, przynajmniej ja, nie byłem przygotowany do tej lektury. Ciągle uczono mnie jeszcze szacunku do takich wzorów jak Kawaler Złotej Gwiazdy Babajewskiego i do podobnych tworów rodzimych pisarzy. A tu Biesy. Z całą analizą rewolucji – czyli świat, który „w oficjalnych” kręgach literaturoznawców nazwano „chorym”.

 

A my, sekretnie. Książka po książce. 
A my dwupostaciowi. Bo z jednej strony w dyskusjach nad utworami jeszcze głęboko tkwiący w gorsecie praw realizmu socjalistycznego. O sobie chyba już pisałem. Ale Marek? Zdolny nieprawdopodobnie. Oczytany. A jednak „proletariusz”. Szofer w baranim kożuchu. Tak przychodził na nasze spotkania, woniejąc lekko gorzałką.

 

To mnie dziś zdumiewa. Naprawdę wierzyłem, że jest szoferem z rodu szoferów. Z proletariatu nad proletariaty. A on grał. 
Z Jankiem Himilsbachem stanowili dobrą parę. Janek mały, krępy. Marek wysoki, przystojny, z ładną twarzą ale przybierający miny, które były skrzyżowaniem min bohaterskich obrońców komunizmu z grymasami agentów z filmów np. Casablanca. Marek, pełen zwątpienia. Marek, którego talent widzenia musiał rozwalać sztywne reguły ówczesnych socrealistycznych nauk o prawdzie „obiektywnej”, „subiektywnej”. A z drugiej strony w pięknych utworach jak Baza Sokołowska, trzymająca się tych reguł. 
To piękna opowieść. Ale jakże schematycznie poustawiane charaktery. Ten odrzucony komunista, sekretarz, który jako misjonarz działa wśród dzikich szoferów. I ta piękna dziewczyna. Oczywiście okazała się potem dziwką.

 

To już inna sprawa. Postacie kobiet u Marka. Ten powtarzający się schemat niewinnego dziecka-kurwy. A jednak wszystko zwyciężał wielki talent.

 

Odchodząc od tajemnic Dostojewskiego wchodziliśmy w dyskusje „ideologiczne”. Niby ważne a niebywale głupie. Tu na górze, raj biblioteki, a piętro niżej, sala zebrań i piekło schematów. 
Czy jednak zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że bywamy w piekle? Ja nie. Nie umiem wytłumaczyć, ale jedno i drugie, Dostojewski i Babajewski przez pewien czas istnieli we mnie. Więc cóż dziwnego, że jak wielu odreagowywaliśmy ucieczkami na psychiczne wagary.

 

To znaczy wódkę.

 

Czasami coś dało się zarobić. A i wiele nie było trzeba. Tak więc w tym słynnym marcu zostawiwszy Babajewskich w jakimś rynsztoku, ruszaliśmy z Markiem w miasto. Zaczęło się od biblioteki, ale potem zachciało nam się zaśpiewać „hymn do Boga z głębin ciemności”. Głębin ciemności zaczęliśmy szukać w Bazyliszku na Starym Mieście. Potem jazda autobusem. Potem jakiś oficer milicji zaaresztował nas za rozmowy o Białej Gwardii i Atamanni ukraińskiej Skoropadskiego. Czytaliśmy wtedy Łobodowskiego (taki egzemplarz stary poezji o Ukrainie) i był tam wiersz o atamanie Krasnowie…

W każdym razie znaleźliśmy się w pokoju oczekiwań na przesłuchania w komisariacie MO. Gdzieś koło Hotelu Polonia na Jerozolimskich.

Pokój był wielką, brudną salą. Pełno kurew, bo okolice Wspólnej, to było zagłębie rozkoszy. Takoż grupa pijaczków. 
Wszyscy siedzieli cicho i pokornie. My, dyskusji o atamanach nie przerwaliśmy. Potem przyszedł czas na recytację sceny pomiędzy Wierchowieńskim a Stawroginem i śpiewaliśmy o bukowych czy lipowych wiosłach, łodzi co wiezie przepiękną Lisawietę. Marek był mistrzem tej recytacji. Potem przyszedł Jesienin z ulubionym przeze mnie wierszem o suce co oszczeniła się sześciorgiem rudych psiąt. Wspaniały przekład Broniewskiego.

 

Jak zwykle przy tym wierszu zalewałem się łzami franciszkańskiej miłości do zwierząt. Szczerej, bo do dziś miłość ta pozostała. 
Ostatecznie wyrzucono nas i płacz nad Jesieninem kończyliśmy w Kameralnej.

 

Tu, niestety Marek jak zwykle zaczął się przystawiać do jakiejś pani, która przyszła do restauracji w towarzystwie innych panów. 
Okiełznać Marka nie umiałem. I skończył się ten rozdział walką przeciw oddziałowi panów, gdzieś przy murku na zapleczu dzisiejszej ulicy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Z walki wyszliśmy w stanie wymagającym jak najszybszego powrotu. Gdziekolwiek. I tu Marek zadecydował.

 

– Jedziemy do Matki.

 

Wysupłał nawet ukryte w zanadrzu „pieniądze żelazne”. Znalazła się taksówka. Udaliśmy się na Żoliborz. Ponieważ trwały jakieś roboty drogowe, dalszą drogę trzeba było przebyć marszem pośpiesznym. Marek wpadł na wspaniały, jak nam się wydawało, pomysł. 
On z latarnią drogową, a ja ze szlabanem na plecach stanęliśmy we drzwiach mieszkania. Otworzył nam ojczym Marka. Chciał dać do zrozumienia młodemu pisarzowi, że już nieco przesadził, kiedy wczoraj zjawił się z tablicą drogową. 
Powitał nas uprzejmie trzymając tablicę. Spojrzał jeszcze raz na latarnię i szlaban i zamknął się w pokoju. Nami zajęła się matka Marka.

 

Ciekawe, że widząc i tę panią i to wyraźnie inteligenckie mieszkanie w ogóle nie zastanowiłem się nad proletariacką legendą Markowego rodu. Nie do uwierzenia, ale (nie tylko w tym przypadku lecz i wiele razy potem) wierzyłem bardziej w słowa opowieści niż w to co miałem przed oczyma. Czyżby to był jad wczepianej mi trucizny „prawdy obiektywnej” i „subiektywnej”?

Rano dostałem śniadanie i odpowiadałem na pytania matki Marka. Rzeczywiście podobał jej się mój wiersz Gioconda. Był to wiersz o miłości, chyba raczej tekst do jakiejś piosenki. Tak bym oceniał go dziś. Ale wtedy, gdy poeci nie pisywali wierszy o miłości, ten tekst miał wielką popularność. Kobiety go kochały. Doprowadzał nawet do płaczu. Coś w nim było. Może prawda mojego pierwszego rozczarowania w miłości. Łzy młodzieńczego rozstania…

 

W każdym razie matka Marka chciała mieć ten wiersz.

Chciała też, żebym pilnował Marka. Bo ten zbierał się do dalszego pielgrzymowania. 
Nie upilnowałem. Kiedy znaleźliśmy Jasia Himilsbacha i Jasio zaordynował leczenie „klina klinem”,  ja odpadłem. Oni poszli w dal, gdzieś w ulice Marymontu. Ja wróciłem do Otwocka.

 

Co było w listach od Marka, za parę dni…