Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Wpisy w kategorii: Listy od czytelników



List z 27 kwietnia 2011- od Moniki

28 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Witam serdecznie.

Mam na imię Monika i mam 20 lat. Bardzo lubię pisać i czytać wiersze. Wiele osób mówi mi, żebym wydała swój tomik bo wiersze są dobre. Jednak nie wiem czy są na tyle dobre, żebym mogła coś wydać. Co prawda wygrałam kilka ogólnopolskich konkursów i publikowałam w regionalnej prasie i w zbiorowych almanachach. Jednak wg. mnie to wciąż za mało :) może zechciałby Pan ocenić kilka moich wierszy i dać mi kilka wskazówek na temat poezji??

Z wdzięcznością

 

Monika Wojdyła

 

Moniko, nigdy nie pytaj tych co sami piszą, czy dobrze piszesz.Bo oni naprawdę widza tylko swoja drogę. Twoja jest oryginalna i własna… masz wygrane konkursy, publikacje w prasie… to chyba już jest wystarczająca rekomendacja aby pójść dalej…

 

Odwagi!

E. Bryll

List z 25 Kwietnia 2011- o Poświatowskiej

25 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Szanowny Panie Erneście!

 

Wczoraj (to jest 24 kwietnia) słuchałam Pańskich wypowiedzi w „Biurze myśli znalezionych”. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie! To, co mówi Pan o poezji i życiu, jest po prostu piękne… Dla mnie poezja jest ucieczką od codzienności, w której nieraz bardzo trudno się odnaleźć. Moja ukochana poetka to Halina Poświatowska. Zastanawiam się, czy dobrze ją Pan znał, to przecież też Pokolenie Współczesności (rocznik 1935). Być może właśnie poezja Poświatowskiej spowodowała, że sama piszę… bez rymów. Podziwiam Pana za tę umiejętność. Ja nie umiałabym wyrażać w wierszach swoich uczuć i jeszcze rymować. To prawdziwy dar;)

 

Jeszcze raz dziękuję za wspaniałą audycję w moim ulubionym radiu

 

Zuzanna

 

 

Dziękuję bardzo za Pani słowa.Znałem Poświatowską, ale jak wtedy daleko było mi do niej, niezwykła poezja.Urodę opisał Staszek Grochowiak.

 

e.b.

 

Ps. Jedna z moich córek tez woli Poświatowską i pewno ma racje …ha.

List z 9 kwietnia 2011- Kolęda Maryi

13 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Dobry wieczór, Panie Erneście!

  

Mam na imię Monika i jestem tegoroczną maturzystką. W mojej pracy maturalnej („Motyw maryjny w różnych dziedzinach sztuki”) chciałabym wykorzystać „Kolędę Maryi” z musicalu „Kolęda Nocka”, do której napisał Pan słowa. Tekst spisałam sama, ze słuchu, teraz biorę się za jego interpretację. Mam jednak problem ze zrozumieniem pierwszych słów, tj. zwrotu Maryi do nocy i do drzewa – nie bardzo wiem, w jakim sensie Maryja prosi je o pomoc. Pomógłby mi Pan? Z góry dziękuję. :-)

  

Przy okazji chciałabym jeszcze dodać, że bardzo mi się podobają teksty piosenek, które Pan pisze. Zwłaszcza „Psalm stojących w kolejce” i „Jaworze rodzinny”. Bardzo się cieszę, że w Pana twórczości można znaleźć wiele cech tradycyjnej poezji, z rymami i nieprzypadkową ilością sylab (ja sama trochę piszę – choć częściej prozę, niż poezję – i po prostu nie wyobrażam sobie wiersza bez rymów). Z miłą chęcią poznam bliżej resztę Pana twórczości, kiedy tylko złapię oddech po ostatniej maturze. :-)

  

Pozdrawiam serdecznie!

  
  

========================================================

  

Kolęda Maryi
  

Ciemna nocy niepojęta,
Drzewo, co na mrozie pękasz,
Pomóżcie mi, umęczonej,
Wędrować w dalekie strony.

  

O, Józefie, ty mnie wspomóż,
Byśmy doszli gdzie do domu.
Już ból mi ciało przeszywa…
A gdzie ja będę rodziła?

  

Ani łyżki, ani miski,
Ani deski dla kołyski,
Ani płatka, ani szmatka…
Co ja pocznę, biedna Matka?

  

Ciemna nocy…

  

Gdzie ja, samotna, w tej drodze
Bożego Syna urodzę?

  

Już nie mogę płakać z żalu,
Już mnie stopy ogniem palą.
A tu jeszcze taka droga…
Ani domu, ani ognia…

  

Ciemna nocy…

  

========================================================

Moniko,

  

Ten wiersz pochodzi z przedstawienia teatralnego wiec trzeba go „widzieć”. Kolęda Nocka była wydana w książce i na płycie, choć teraz trudno ją dostać, chyba warto poszukać w bibliotece. Wiersz natomiast drukowany był niedawno w tomiku „W ciepłym wnętrzu kolędy”.

  

Więc jest tak: np. Idzie kobieta, krajobraz okrutny, zwraca się do drzewa na mrozie, mówi o nocy, prosi o pomoc męża Józefa. Czyli konstrukcja wołacza a też opis sceny to częsty sposób poezji w dramacie. Więc adresat jasny, a że poza Józefem to nie ludzie, no, cóż w tym dziwnego. Wielu rozmawiało z drzewami.

  

Poza tym chyba trudno będzie zanalizować w pełni ten wiersz bez znajomości calej Kolędy Nocki. Sama płyta na to nie starczy. Jeszcze raz polecam zajrzeć do pełnego tekstu.

  

Ukłony,

  

E.B.

  

List z 3 Stycznia 2009- Bajarz Polski i Pani Czoj

3 stycznia, 2009
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Szanowny Panie,

W archiwalnym numerze „Wysokich Obcasów” (Gazeta Wyborcza, 28.04.01) i publikowanym w tamtym czasie „Kwestionariuszu Herolda”, którego był Pan gościem przeczytałam:

Pierwsza ważna książka: Czas okupacji. „O czym szumią wierzby” oraz „Bajarz Polski” od pani Czoj z ulicy Kawęczyńskiej na Pradze.

Jestem prawnuczką Reginy Czoj i mam do dziś „Bajarz Polski” (wydany w Wilnie w 1924 roku), który należał do Andrzeja Czoja – mojego stryjecznego dziadka. Dostałam go od mojej babci, dzięki której zachowało się dużo rodzinnych pamiątek.

Rodzina państwa Czoj

W okresie okupacji moja prababcia mieszkała na Pradze przy ulicy Łochowskiej (niedaleko Kawęczyńskiej). Jej syn Andrzej został powołany do wojska w 1939 roku, a córka (moja babcia) z mężem i dwojgiem dzieci mieszkała w Wilnie. Po wojnie babcia z rodziną opuściła Wilno i przyjechała do Warszawy. Przez jakiś czas wszyscy mieszkali w kawalerce na Pradze razem z prababcią Reginą. ( Na załączonym zdjęciu nr 1: moja prababcia Regina Czoj – w pierwszym rzędzie z prawej strony oraz rodzina Kieżunów: moja babcia Halina z mężem Wojciechem, teściową Jadwigą i dziećmi Janem i Marią – moja mama).

 

Andrzej CzojAndrzej Czoj (na zdjęciu nr 2) nie wrócił z wojny. Wiadomo tylko, że jego oddział został po wkroczeniu Sowietów rozwiązany pod Lwowem i że zamierzał przedzierać się do Wilna, do siostry. Niestety nigdy tam nie dotarł a jego losy do dziś są nieznane. Matka czekała na niego aż do śmierci w 1979 roku.

 

Prababcia zmarła, gdy miałam 5 lat. Pamiętam ją już jako staruszkę leżącą w starodawnym metalowym łóżku, które wydawało mi się wtedy ogromne i trochę groźne. Siadaliśmy z bratem na brzegu tego łóżka, a ona opowiadała nam bajki i różne przedwojenne wierszyki.

W moich wspominieniach zachowałam ją jako pogodną, uśmiechniętą staruszkę, która zawsze bardzo cieszyła się na nasz widok.


Z rodzinnych opowiadań wiem, że była osobą energiczną, zdecydowaną i otwartą na ludzi.

Jestem bardzo ciekawa czy mój Bajarz jest tym samym, który Pan pamięta ze swojego dzieciństwa.
Czy moja prababcia to pani Czoj z ulicy Kawęczyńskiej na Pradze?

Życzę dużo dobrego w Nowym Roku.

 

Z poważaniem,

Barbara Majewska-Jurga

 

Bajarz Polski

 

 

Co za list. Dziękuję. Jakże wszystko się wreszcie wyjaśnia. I niby w baśni składa nareszcie w całość.

Co się wyjaśnia? A mój niepokój – bo tyle razy przejeżdżałem ulicą Kawęczyńską i nie mogłem przypomnieć sobie tej kamienicy gdzie mieszkała Pani Czoj. A było to zaraz przy Kawęczyńskiej. Reszta wspomnień się zgadza. Słyszałem tramwaje w nocy. No i słodkawy dla mnie i upajający wtedy zapach gazu – zapach wielkiego miasta. A gaz wtedy ulatniał się trochę w każdym powojennym praskim mieszkaniu. Tak powojennym. Bo to, że mieszkałem u Pani Czoj po wojnie na pewno pamiętam. Ja wtedy przyjeżdżałem z Gdyni do mojej babci Zuzanny do Komorowa koło Ostrowi Mazowieckiej. Na święta Bożego Narodzenia. Żeby nie była sama. No i na spotkania z dawnymi komorowskimi kolegami. Przede wszystkim z Ryśkiem bo my szczególnie byliśmy związani sprawą wspaniałej księgi Bajarz Polski. Wypożyczonej ongiś właśnie od Pani Czoj. O czytaniu tej księgi przepięknej za chwilę opowiem. Bo to było w roku chyba czterdziestym drugim. Okupacja. Czytam już szybko, mam siedem lat. I nie wiem czy Pani Czoj przyjechała do Komorowa, czy ktoś z naszego domu odwiedził ją w Warszawie i przywiózł Bajarza. Ale wróćmy do opowieści z roku ’47. Tak pokombinowaliśmy z Ryśkiem, że jedziemy z Komorowa do Warszawy, nocujemy u pani Czoj i zwiedzamy stolicę. Most Poniatowskiego. Jazda tramwajem. Na zdjęciu jakie Pani w liście załączyła jest właśnie ta pani Czoj. Bardzo przyjazna, ale trochę nas temperująca. Jak dobry wychowawca. A w jej domu nowe wspaniałe książkę „Czterdzieści tysięcy mil podmorskiej żeglugi”. No i ten Bajarz – księga która była kiedyś przez dwa tygodnie u nas kiedy mieszkaliśmy z Ryśkiem obok siebie w spalonym teraz domu w Komorowie… Ach jak trzeba było uważać. Nie poplamić, nie zagnieść stron. Nie taszczyć ze sobą. Czytanie księgi to był rytuał. Głośno. Ale…Ja miałem prawo siąść i czytać sobie po cichu.

 

Czemu ta książka wywierała aż takie wrażenie? W moim domu było książek nadspodziewanie dużo. Można powiedzieć o wiele więcej niż w takich zwyczajnych domach. I to jakie książki. „Antygona” , pierwsza książka którą nie rozumiejąc sylabizowałem, historyczne opracowania o powstaniu listopadowym. Książę Józef prof. Aszkenazego. Wiele z tych książek uratowanych z rąk żołnierzy Wermachtu którzy palili bibliotekę szkoły Podchorążych Piechoty. Myślę, że do dziś w niejednym domu w Komorowie są strzępy tego księgozbioru. Gdybym list ten dostał od pani wcześniej, zacząłbym o to w Komorowie pytać. Bo byłem tam na wielkiej rocznicy mojej szkoły Powszechnej. Zacząłem uczyć się w niej w roku 42. W Generalnym Gubernatorstwie polskie dzieci miały obowiązek chodzenia do szkoły. Nędznej wtedy w malutkiej chałupce (zwaliśmy ją kurnikiem). Mam świadectwa ze wszystkich tych lat wojny. Program był minimalny. Podstawy matematyki – no rachunki, wszystko dla przyszłych niewykształconych robotników prymitywnych. Oczywiście rodzice jak umieli uczyli w domu dzieci pierwszych klas. Więc maluchy nie mogły być powiernikami tajnego nauczania. Ja przeskoczyłem klasę pierwszą i w czterdziestym czwartym jako uczeń czwartej klasy dostąpiłem prawa przedwczesnego bycia w tajnym nauczaniu. Kierowała nim pani Irena Wolff wygnana do GG z Bydgoszczy skąd wyrzucano Polaków. Wszystko to oparte jest o tą tajemniczą księgę Baśni. Bo czytałem ją, kochałem, potem czytałem inne. Wtedy często ojciec czytał na głos Trylogię. Starsi koledzy robili recytacje wierszy Polskich i obowiązkiem było je znać na pamięć. I wszystko w strachu przed wywózką, zabraniem dzieci – bo ciągle odżywał błędny rozkaz Himlera o odzyskiwaniu germańskiej krwi w GG – więc każde dziecko o blond włosach i niebieskich oczach było zagrożone a ci z rodzin poznańskich, pomorskich szczególnie.

 

Książka Baśni była bramą do innego świata. Polskiego języka koloru, i dziecinnej wyobraźni. Dlatego tak o niej pamiętam. Nie wiem jak pani Czoj była znajoma z nami. Może przez wojenne dzieje jej męża i mojego ojca – chociaż mój ojciec skończył kampanię wrześniową w ostatniej regularnej Bitwie pod Kockiem u gen. Kleberga. A może z czasów przedwojennych – bo rodzice czasami bywali w Warszawie. A może z okupacji? Nie wiem czy w czasach wojny odwiedziłem jej mieszkanie. Choć mam jakieś wspomnienie. Byłem chyba wtedy tylko dwa razy w Warszawie. To była niebezpieczna wyprawa pociągiem przez Małkinię gdzie szalało Szupo i „feldpolicaje” i służby kolejowe niemieckie. Bo za Małkinią trwała ciągle obecna granica polsko-sowieckiego zaboru z 39r. To była zresztą jedna z wielkich dróg nielegalnego zaopatrzenia Warszawy w produkty żywnościowe. Ale chyba byłem. Bo zapach gazu słodkawy i dla mnie dziwnie tajemniczy – jakby z dziecinnych lat pamiętam. A może to było w marcu 45′ kiedy przeprawialiśmy się z Pragi w stronę Warszawy i dalej do Bydgoszczy? Nie wiem. Ale Pani Czoj i jej cudowna książka (ta właśnie której zdjęcie widzimy) to jest jedna z najważniejszych chwil dzieciństwa. Chyba mnie uformowała. Czemu tyle i z takimi dygresjami piszę. Bo zamyka się w liście od Pani i w moim pamiętaniu kawałek opowieści o tym skąd jesteśmy. Dla mnie odnalezienie cudownej książki dzieciństwa ma specjalne znaczenie. Jakbym dostał list z najbardziej rodzinnej ziemi. Dziękuję za niego. I za pani list, też pełen dygresji o dziejach ludzi z naszych rodzin. Bez tej dygresji nie sposób zrozumieć czasem dlaczego coś jest dla nas tak ważne. To i nasza siła i słabość. Bo czasami nie wiem jak prosto nasze czasy opowiedzieć. Tyle zawirowań. Każda sprawa otwiera inną i zmienia spojrzenie. Taka jest nasza ziemia dzieciństwa.

 

Życzę wszystkiego najlepszego na Nowy Rok,

Ernest Bryll

 

(O Pani Czoj, Bajarzu Polskim i życiu na Pradze czytaj także w Zapiskach)

List z 13 Kwietnia 2001- Głos Latarnika

13 kwietnia, 2001
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Głos Latarnika


Wielce Szanowny Panie Erneście,

Dzięki wywiadowi z Panem, opublikowanemu w internetowym wydaniu Rzeczpospolitej, dowiedziałem się o istnieniu Pańskiej strony w cyberprzestrzeni. Od razu też do niej zajrzałem i z przyjemnością odnalazłem w niej utwory tak bardzo pasujące do sytuacji oczekiwania, oczekiwania na przyjście Pana, oczekiwania na cud… Bo też wnosząc z tonu Pańskiego wywiadu wydaje się, że tylko cud może pomóc naszemu w dziwny sposób „oszołomionemu” społeczeństwu.

Kiedyś wszystko wydawało się prostsze: „my” kontra „oni”. Było oczekiwanie – a zatem i nadzieja – że jak się ten „dom niewoli” rozpadnie to nastąpi dla nas raj na Ziemi. Tak się jednak nie stało: wymieszano „nas” z „onymi”, dobro ze złem, powstały hańbiące wręcz nas postawy moralne – te różne „… pierwszy milion trzeba ukraść…”, „…jestem za a nawet przeciw…”, „…odpieprzcie się od Generała…” – te różne „grube kreski” na różnych poziomach życia. Odebrano nadzieję…. Spowodowało to zanik drogowskazów moralnych na ścieżkach naszego życia.


Obserwuję bieżące sprawy Polaków jakby nieco z oddali – mieszkam w Toronto w Kanadzie – i z przerażeniem zauważam nieuczciwość i brak dojrzałości tzw. elit w naszym Kraju. Zapewne bywając wielokrotnie przez czas dłuższy za granicami zdążył już Pan utracić tę naiwną wiarę w uczciwość społeczeństw Zachodu, szczególnie tych co bardziej rządzonych przez tzw. business community, i w to, że szczęście spłynie na nas głaskanych niewidzialną ręką wolnego rynku.


Ale ja chyba za bardzo się rozgadałem o sprawach politycznych, bieżących, jakby nie „poetyckich”. Chociaż, wydaje mi się, nieobca jest Panu rozmowa z czytelnikiem lub widzem na tematy zasadnicze i aktualne.


To jakby mi utkwiło w pamięci z lat moich licealnych (końcówka lat 60) kiedy to kilkakrotnie całą klasą biegaliśmy we Wrocławiu do Teatru Polskiego na spektakle Rzeczy Listopadowej w reżyserii Skuszanki. Piszę „biegaliśmy” z kilku powodów:


- powód pierwszy: nasz Polonista zaliczył Pana wówczas do panteonu wieszczów narodowych – po trzech naszych wielkich dziewiętnastowiecznych (tym trzecim był Norwid a nie hrabia Krasiński) i bohaterskim Krzysztofie Kamilu, powstańcu warszawskim. Trudno wymarzyć sobie lepszą rekomendację – na młodych, gorących ludzi działało to jak narkotyk..
- powód drugi: zamiast nudnych klasówek czy zadań domowych pisaliśmy w ramach języka polskiego recenzje teatralne co stało się nawet przedmiotem nieoficjalnego klasowego współzawodnictwa między kolegami. Aby móc „zabłysnąć” trzeba było dobrze poznać niuanse treści i inscenizacji. I choć większość z nas wybrała później nauki ściśle to z przyjemnością wspominamy te zażarte dyskusje.


Potem, w latach siedemdziesiątych poczułem się trochę jakby ten Wieszcz wylał mi kubeł zimnej wody za kołnierz – jak to: Wieszcz w roli reżymowego urzędnika w polskim Londynie… I przyszedł czas Solidarności, czas który jakby zaczął przywracać twarze i imiona ludziom…


Pomimo upływu lat wierzę jednak intuicji mojego Polonisty – i mam nadzieję na to, że Wieszcz jeszcze nie raz mocno podłubie w sumieniu polskich zjadaczy chleba, że to odbije się mocnym echem i że w końcu tychże zjadaczy chleba przerobi…


Noblesse oblige!


Jest wielkim zaszczytem dla mnie możliwość podzielenia się z Panem tymi kilkoma myślami a ponieważ piszę ten list niemal już w Wielki Czwartek więc proszę przyjąć ode mnie najlepsze życzenia zdrowia i pomyślności oraz wielu sukcesów w użyźnianiu gleby narodowej.


Z poważaniem
Andrzej Sikorski, Toronto, Kanada

P.S. Przepraszam bardzo za brak „ogonków” przy niektórych literach (mój komputer jest mało inteligentny i nie zna polskiego – jak zresztą większość Amerykanów, dla których języki obce są obce) i znaczenie niektórych słów trzeba sobie „dośpiewać”.


Szanowny Panie,

Dziękuję za list. Dał mi dużo do myślenia. Pewnie gdy będę wspominał w zapiskach czas premiery Rzeczy Listopadowej we Wrocławiu  to do wielu spraw wrócę. Do moich błędów i niesłusznych mniemań też.
A „ogonkami” proszę się nie martwić, żona poprawiła.
E.B.

 

List z 11 kwietnia 2001-od pani Marii

11 kwietnia, 2001
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

podziękowania

 

Szanowny Panie Erneście!

 

Ma Pan takie piękne wiersze, takie piękne. I pomyśleć, że pewnie nie kupiłabym „Kubka tajemnego”, gdyby nie Pańska strona internetowa i gdybym przypadkowo nie usłyszała Pańskiego głosu dobiegającego z telewizora, że założył Pan tę stronę i że lubi Pan czytać. Pomyślałam, że może przy okazji skonsultuję wiersze, które pisze mój nastoletni syn. To koszmar dla twórcy – przesyłane utwory, ale matka Grzegorza Turnaua dobrze zrobiła, że swego syna poleciła Piotrowi Skrzyneckiemu. Do dziś nie zdecydowałam się na tę śmiałość, ale za to „uzależniłam się” od Państwa strony.

Pamiętam „Na szkle malowane” w Teatrze Słowackiego tu w Krakowie, teksty umieliśmy na pamięć, mam stare zbiorki innych utworów. Od kilku lat jednak znacznie rzadziej kupuję poezje. Wciągnęły mnie inne książki, wir pracy. A więc chwała internetowi i nawet TV. To zasługa możliwości komunikacji. Być może mój odbiór do czegoś się Państwu przyda: czytanie wierszy w tomiku różni się trochę od czytania wiersza na ekranie – i to wiersza na trzydziesty dzień marca! Mam wrażenie, jakbym słuchała mówionych do mnie słów.

Jeśli więc, Panie Erneście, ceni Pan sobie rozmowę, to właśnie tak się tego doświadcza. Jak osobistej rozmowy. To tak, jakby być zaproszonym do Państwa na herbatkę zupełnie bez wyrzutów sumienia, że się czas zabiera albo nudzi gospodarzy.

Sądząc po korespondencji więcej jest osób, którym jest miła i potrzebna Państwa strona. Bez poezji, mądrości i serdeczności trudno żyć.

Życzę więc Państwu takiego rozprzestrzeniania się Państwa twórczości, jak łatwo rozprzestrzenia się internet.

Wesołych i zdrowych Świąt!

Maria Stanisławiak

Droga Pani Mario,

Bardzo dziękuję za list. Kiedy zaczynałem moje „nadawanie” przez internet nie byłem pewny czy rzeczywiście jest, tak jak sądzę, z dochodzeniem poezji do czytelnika. Ale coraz więcej mam sygnałów, że może w ten sposób nawiążę ten ciągle zrywany kontakt z tymi, którzy chcą czytać poezje.

Jasne, internet nie wystarczy. To tylko sposób powiadomienia. Ale bez powiadomienia nie ma tego, co lubią wszyscy, kiedy spotykają się z wierszem. Chwili gdy go czytamy.

A jeśli ten internet daje jeszcze wrażenie, że mogą Państwo wpaść do naszego domu na chwilę rozmowy – no to właśnie o to nam szło.
I przepraszam, że herbatka mojej poezji, pewno nie jest z najdoskonalszych listków zbieranych z krzewów, co rosną wysoko ponoć tuż pod Himalajami. Może ma więcej domieszki z mięty, lubczyku, jerzyny a i kto wie, trochę przedestylowanego owocu kartofli (tak dawniej pisano); ale staramy się ją podawać w kubku czasem tajemnym.
Wraz z cała rodziną mą, jajkiem się z Panią dzielę. Niech choć chwilę brykać będziemy jako niewinne baranki na lewadach nadziei.

Ernest Bryll

 

Listy z 2 kwietnia 2001- znów o Jaworze

2 kwietnia, 2001
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Dzięki za tak wyczerpującą odpowiedź. Jestem zaszczycony! Cieszę się, że pisze Pan o Katowicach, o osiedlu Tysiąclecia. Znam te strony. Mieszkam tutaj. Ale nie o tym chciałbym Panu pisać. Dwa stwierdzenia w Pańskiej odpowiedzi zaintrygowały mnie i stąd postanowiłem odpisać. Pyta Pan o odbiór pieśni o Jaworze. Dalej pisze Pan, że jest inaczej a jednak czasami tak samo ciężko. Nie wiem jak inni odbierają owego Jawora. Ja bardzo osobiście. Każdy z nas chciałby zasadzić kiedyś swoje drzewo, zasadza je w momencie narodzin, później rosną gałęzie, konary. Niektóre usychają, inne zaś kwitną przez całe życie. Czasem niektórzy ludzie-jawory nie dojrzewają. Niektóre są piękne przez całe swe życie. Każdy również marzy gdzieś tam w głębi by wrócić do tego „jawora” z początku swojego życia, szczególnie gdy się życie zbliża ku końcowi. Ja czytam ten wiersz przez pryzmat swej egzystencji, oprócz tego wywołuje i przywołuje on (wiersz) mnóstwo wspomnień z etapów własnego życia. Dziś jest równie ciężko niż było wtedy, lecz dziś biegamy szybciej, bardziej nieoczekiwanie, zaskakujemy samych siebie, a wiersz ten jest takim STOP w gonitwie za… czasem sami nie wiemy dokąd biegniemy. Gdy słucham Pański wiersz w wykonaniu Michała Bajora (pewnie interpretacja Pani Danuty Rinn jest również fantastyczna) zatrzymuję się w pędzie „dzisiaj” za „jutrem” i mam wtedy chwilę aby pomyśleć nad tym co i po co robię cokolwiek. Serdecznie dziękuję Panu za ten wiersz. Naprawdę dziękuję!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

 

Przepraszam, że pozwoliłem sobie tak dużo napisać do Pana.

 

Wierny Katowiczanin.

Dziękuję. To ciekawe, jak nagle wiersz czy piosenka żyje nowym życiem i nowym znaczeniem. Niby innym, niż w czasie kiedy była pisana. Ale czy innym? Ostatecznie ciągle szukamy tego samego. Chwili wolności, kiedy można zastanowić się gdzie i po co biegniemy. A może gdzie i po co rzeczywistość nas goni.

 

E.B.


 

Szanowny Panie,

dziękuję za miłe życzenia, jakie złożył Pan w mojej książce po kameralnym spotkaniu w Klasztorze O. Dominikanów w Lublinie. Wciąż żywię nadzieję na to, iż spotkamy się kiedyś ponownie, aby – tym już razem – porozmawiać o współczesnej Irlandii, jej kłopotach i sukcesach. Myślę sobie, że dobrą ku temu okazją będzie praca magisterska o której Panu wspominałem, a która dotyczy gospodarki Irlandii po II Wojnie Światowej (do współczesności).
Życzę zdrowia i podobnych, udanych spotkań z wielbicielami Pańskiej poezji i Szmaragdowej Wyspy.

Krzysztof Jukowski

Spotkanie w Lublinie, rzeczywiście okazało się ciekawym. Bo i ja wiele się dowiedziałem. A na pracę o Irlandii czekam z niecierpliwością. Kto wie, że Irlandia nagle weszła do rodziny najbogatszych krajów Europy pyta mnie, jak to się stało? Niby wiem jak, a naprawdę jest to tajemniczy sukces. Składa się na niego irlandzka umiejętność korzystania z okazji jakie dała temu krajowi gospodarka Unii Europejskiej. Takoż umiejętność ściągania do siebie kapitałów i zagranicznych inwestycji… A też… Wiele jest powodów. A w Polsce, pytamy, bo przecież strasznie jest ważne aby gospodarkę kraju pchnąć do przodu. Aby umieć rozegrać swoją szansę, kiedy ewentualnie spotkamy się z Unią. Ale w czym jesteśmy podobni do Irlandii a w czym inni? Na pewno nie jest to magiczne zaklęcie, które znają Irlandczycy i abyśmy tylko je poznali to i przed nami otworzy się skarb sezamu. Zaklęcia takiego nie ma. Ale, może przez zrozumienie specyfiki kultury irlandzkiej, może przez wiedzę o poezji tego kraju, czegoś dowiemy się o sobie. Czekam na Pana pracę magisterską. Nawet liczby, a pewno będzie ich tam pełno, bardziej mnie zaciekawiają niż przerażają.

Ernest Bryll

 

Listy z 28 marca 2001- od Bartosza i Małgorzaty

28 marca, 2001
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Drogi Mistrzu!
  
Na początku przedstawię swoją osobę.
Nazywam się Małgorzata Nabrdalik i jestem studentką 4 roku Politologii na Uniwersytecie Śląskim, a jednocześnie entuzjastką Irlandii.
  
Dlaczego „Mistrzu”? Bo to wydaje się najlepsze słowo, aby wyrazić mój podziw i uznanie dla Pańskiej poezji. Swoją wędrówkę zaczynałam od „Adwentu”, czyli nie od początku, ale zatrzymałam się i z ciekawością weszłam głębiej.
  
To wspaniale, że są na świecie ludzie, którzy robią z nami takie cuda.
  
W tym samym czasie, zupełnie niezależnie, zaczęła we mnie kiełkować miłość do Irlandii. To była wiosna, więc aura sprzyjała uniesieniom. Zobaczyłam w kinie „Michaela Collinsa” i zakochałam się. Ujrzałam naród tak bardzo podobny do polskiego i uczucia, które jako Polak doskonale rozumiałam. Nurtowało mnie – jaka jest prawda o Irlandii. Tak się zaczęło, a ja do tej pory pielęgnuję to uczucie i pogłębiam.
  
Dwa tygodnie temu obchodziłam w Bibliotece Śląskiej Dzień Świętego Patryka i miałam przyjemność wysłuchać między innymi i Pana wykładu. Dla mojej polsko-irlandzkiej duszy to była wielka uczta. Szczególnie piękna opowieść o św. Patryku – Pana Przyjaciela. Tym bardziej, że był to pierwszy Irlandczyk z krwi i kości, z którym dane mi było obcować.
  
W tym samym dniu dowiedziałam się o możliwości powstania w Katowicach Centrum Kultury Irlandzkiej i od razu stałam się zwolenniczką tego projektu.
  
Chciałabym wiedzieć czy jest to tylko pomysł, czy też znajduje się już w fazie realizacji. Rozmawiałam już na ten temat z panem Rafałem Grzybkiem z Biblioteki Śląskiej i wyraziłam swój entuzjazm i chęć współpracy. To właśnie pan Grzybek podsunął mi pomysł skontaktowania się z Panem, ponieważ piszę pracę semestralną na temat polityki kulturalnej Irlandii i poszukuję materiałów oraz sugestii.
  
Pierwotnie miałam pisać o stosunkach kulturalnych między Polską a Irlandią, ale zdobycie jakichkolwiek materiałów graniczyło niemal z cudem. Przecież praca pisana tylko na podstawie internetu nie wydaje się rzetelna.
Dlatego właśnie proszę o pomoc – o wskazanie autorów piszących na ten temat, najchętniej dostępnych w Polsce i jakiekolwiek sugestie dotyczące tematu.
  
Będę starała skontaktować się jeszcze z Barry’m Keane’m i z Ambasadą Irlandii w Polsce, ale liczę przede wszystkim na Państwa.
  
Serdecznie pozdrawiam i bardzo proszę o odpowiedź.
  
Małgorzata Nabrdalik

    
Szanowna Pani Małgorzato,
  
Dziękujemy bardzo za ten ciepły list. Odpowiadamy oboje, bo rzecz tym razem dotyczy kultury irlandzkiej a jej promocją zajmujemy się od lat. Tak, słyszeliśmy o pomyśle stworzenia centrum w Katowicach, ale na ten temat właśnie tam musi Pani szukać odpowiedzi. Dobrze byłoby gdyby powstało.
  
My sami, często nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim tym, którzy się do nas zgłaszają, a proszę nam wierzyć, takich listów jak ten od Pani otrzymujemy bardzo, bardzo wiele. Nasze niewielkie domowe biuro, znane jako ISC pomagało już wyjeżdżającym do Irlandii dziennikarzom, politykom, magistrantom i doktorantom a także uczniom i studentom pragnącym uczyć się angielskiego w Irlandii. Pomagaliśmy muzykom, domom kultury, teatrom i wszystkim tym, dla których w naszych zbiorach, bibliotece i bazie danych znaleźliśmy informacje. Ale, zgadzamy się z Panią, nie jest to wcale łatwe zadanie, bo rzeczywiście nie ma nigdzie innego „centrum”, które chciałoby informacje gromadzić i dzielić się nimi z zainteresowanymi. Zbieramy więc sami wszystko co z Irlandią związane w naszym domowym biurze i próbujemy dalej przekazywać naszą wiedzę.
  
Stąd też wzięły się Śląskie Patryki, tak pięknie obchodzone w gościnnej Bibliotece Śląskiej. Tam też proszę rozpocząć swoje poszukiwania do pracy semestralnej. W zeszłym roku Biblioteka Śląska wydała książeczkę Ambasadora Irlandii, pana Patryka Mc Cabe zatytułowaną „Ireland and Poland: Some Connecting Threads”. Znajdzie tam Pani wiele interesujących informacji, które być może pomogą Pani wybrać temat pracy.
  
Proszę też odnaleźć w internecie adresy towarzystw Polsko-Irlandzkich, mamy ich przecież w Polsce kilka!
  
A przy okazji Pani listu nadal zachęcamy internautów do współpracy nad bardzo ważnym dla wszystkich zainteresowanych Irlandią projektem. Otóż prosimy o nadsyłanie informacji o pracach magisterskich związanych z szeroko pojętą tematyką irlandzką. Może razem uda nam się stworzyć bazę, z której czerpać będą wszyscy.
  
Jeszcze raz serdeczne dzięki i pozdrowienia
  
Ernest Bryll i Małgorzata Goraj-Bryll w imieniu ISC s.c.
  


 
Witam,
  
Jestem uczniem I L.O. w Suwałkach. Wczoraj miałem przyjemność być na spotkaniu z Panem w naszej szkole. Dziękuję za dedykację dla moich rodziców w tomiku poezji. Ogromnie się ucieszyli. Pod koniec wizyty wspomniał Pan o stronie internetowej. Po przyjściu do domu od razu ją odwiedziłem. Mimo młodego wieku [niecałe 18 lat] profesjonalnie zajmuję się grafiką komputerową i tworzeniem stron. Bardzo chciałbym (jest to właściwie moim marzeniem) aby Pańska strona przywdziała oprawę graficzną stworzoną przeze mnie. Jeszcze raz dziękuję i proszę o odpowiedź.  
z poważaniem,
  
Bartosz Pawłowski

   

Bartoszu, dziękuję za list. To znakomicie, że zajmujesz się grafiką komputerową. Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej. A może to ty jesteś autorem mojej pierwszej strony internetowej jaką przygotowała młodzież z Suwałk kilka lat temu? A może masz swoją własną stronę, którą mógłbym odwiedzić? Jeśli chcesz mi zrobić prezent to może kiedyś przyślesz mi jakąś niewielką grafikę, którą z radością zamieścimy na stronie. A co do nowej szaty graficznej mojej istniejącej strony, propozycje zawsze są mile widziane, proszę jednak, pamiętaj, że już jestem związany pewnymi umowami.  
E.B.
  

List z 28 Marca 2001-o Jaworze rodzinnym

28 marca, 2001
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Szanowni Czytelnicy strony Ernesta Brylla
  
Znamy Go (E.B.) nie tylko z wierszy ale także z „umuzykalnionych wierszy”. Pisało przecież wielu muzykę do Jego wierszy. Ja proponuję aby piosenką-wierszem kwietnia (jeśli mogę tak proponować) była pieśń o Jaworze rodzinnym (nie wiem tak do końca czy to poprawny tytuł) w interpretacji Michała Bajora. Ludzie, szukajcie tej pieśni-wiersza. Jest genialny!!!!!!
  
Zaczyna się:
  
Jaworze rodzinny dawno już wycięty
coś się niby obłok kołysał nade mną……
  
Panie Erneście, poezja jest chyba muzyką a muzyka, w pewnym sensie, poezją? Jak poeta to postrzega?
  

czytelnik-słuchacz
  
  

Dziękuję. Przypomniała mi się ta piosenka.
  
A właściwie był to najpierw wiersz. Napisany gdzieś między sierpniem 79 a listopadem 79. Czas dla mnie ważny. Przyjechałem niedawno z Londynu i oto zakładaliśmy nowe miejsce życia w Katowicach. Wszystko co oglądałem w tym mieście i na osiedlu Tysiąclecia, gdzie zaczynaliśmy mieszkać było bardzo ważne dla mojej poezji. Po raz pierwszy mieszkałem w wielkim robotniczym osiedlu. Bo Gdynia z lat kiedy pracowałem w elektrowni, była jednak innym miastem. Nowym, pełnym zieleni. Tu, w Katowicach, była zieleń parku który można było oglądać z okien na siódmym piętrze.
  
Ale te Katowice – co rano ludzie pędzący do pracy. Rozwiane płaszcze ortalionowe, niby pokrowce na jakieś skrzydła. Każde drzewko ważne, bo tak to się na Śląsku czuje. Powietrze raz czyste, raz przeniknięte zapachem idącym od koksowni w Chorzowie.
  
Klonie mój rodzinny. Wiersz chyba powstał – a przynajmniej został dokończony w czasie jednego z naszych pobytów w Warszawie. Bo jeździliśmy ciągle trasą Katowice-Warszawa. Parę dni tu, parę dni tam. Taka była praca.
Napisałem w wierszu o klonie. A potem, chyba za trzy lata, kiedy tworzyła się z tego wiersza piosenka do programu Boże nie daj nam siebie utracić, zmieniłem klon na jawor.
  
Czemu? Bo w piosence melodia wyraźnie wybijała magiczność drzewa. Jakie jest drzewo nasze magiczne? Ciągle obecne w pieśni? Jawor, na pewno. Tyle razy szumi w polskich tekstach. Oczywiście jest i kalina. Ta z liściem szerokim. Jest i wiśnia w sadku wiśniowym. Ale jawor to przecie najbliższy krewniak klonu. Niektórzy muszą patrzeć na spód liścia aby go od różnych odmian klonowych odróżnić.
Tak więc jawor.
  
Z powstaniem piosenki było tak. W tamtych, dość ciężkich czasach stanu wojennego działał przy Muzeum Archidiecezji taki teatr. Aktorzy budowali niewielkie przedstawienia. I padło na mnie. Danka Rinn wykreowała cały nasz program. Składał się z moich wierszy i piosenek. Wiersze recytował wspaniale Krzysztof Kolberger, a Danka śpiewała. Powodzenie programu bardzo mnie zaskoczyło. A najpierw, kiedy pracowałem nad tworzeniem piosenek, razem z Włodkiem Korczem oglądałem swoje teksty jakby od nowa. I tak powstał Jawor, dziś śpiewany przez Danutę Rinn a także Michała Bajora. Tak powstała bardzo popularna potem pieśń Polskie Skrzydła – no właśnie stworzona z wiersza o tych biegnących do pracy Ślązakach, z którymi i ja do pracy biegłem.
  
Ciekaw jestem jak się teraz Jawora słucha? Bo przecież jest inaczej. A jednak czasami tak samo ciężko.
A może ktoś jeszcze pamięta Skrzydła? Tym, którzy szukają nagrania, zdradzę, że jest na CD Złota Kolekcja – Danuta Rinn
  
E.B.

List z 17 marca 2001-z Teatru w Częstochowie

17 marca, 2001
Kategorie wpisu: Listy od czytelników

Kochany Autorze „SZKŁA MALOWANEGO”.
  
Jak fantastycznie, że do Autora tej śpiewogry można napisać list. Krótko postaram się zdać relację ze spektakli ostatnio granych.
W Teatrze im. A.Mickiewicza w Częstochowie graliśmy ku radości widowni, która zapełniła mi Teatr. Nie znających naszych koligacji z AUTOREM „SZKŁA” pragnę poinformować, że ten list jest od grającej w tym spektaklu aktorki.
  
Mam wielką radość, gdy mogę napisać, że była fantastyczna widownia, że grający w tym spektaklu aktorzy i aktorki mają swoją publiczność i fanów. Jeden jest szczególnie fantastyczny. Ma 9 lat. Jest na każdym spektaklu w garniturze i krawacie. Po spektaklu przychodzi do mnie do garderoby i śpiewa od początku do końca piosenki ze spektaklu. W koleżankach – aktorkach kochają się Panowie a w kolegach – aktorach Panie. To jest cudowne. W poprzednim tygodniu graliśmy w Gliwicach. Nasz 9-letni Fan płacząc „przepraszał”, że nie będzie Go w Gliwicach ale ma 40 stopni gorączki. I jak nie kochać takiego młodego mężczyzny?
  
A w Gliwicach podczas „Miłosnego śpiewania” ludzie trzymali się za ręce. Potrzebujemy Kochany Autorze SZKŁA miłości. Ty dajesz ją ludziom poprzez to co piszesz !!!
  
I pisz dużo, a ja będę pielęgnowała „Na szkle malowane” bo obecność na spektaklu 9-letniego Fana-Jacka jest bardzo zobowiązująca. Pozdrawia Autora i aktorka z tego przedstawienia i urzędnik bo wicedyrektorem Teatru też trzeba być.
  
Małgorzata Wójcik.
  

Kochani, dziękuję za list. Ukłony dla małego fana. Nie on pierwszy, choć chyba najmłodszy. W Warszawie był człowiek, który siedemdziesiąt kilka razy przychodził na sztukę. Tak po prawdzie, nigdy nie wiem, jak to się stało, że ta sztuka jakby uciekła z półki na sztuki teatralne i stała się zagadnieniem socjologicznym. Kiedy ją oglądam, jakbym to nie ja napisał. Choć napisałem, klnę się, w pocie czoła. No, nie przesadzajmy, pisało mi się ją z niezwykłą radością. Przyjdzie czas w moich wspomnieniach, kiedy opiszę i ten moment gdy nie wiadomo dlaczego zacząłem ją pisać. Jak potem zaczynała zdobywać sceny polskie i zagraniczne.
  
Geografia oddziaływania tej sztuki to obszary na południe od Polski. Do dziś grają ją ciągle na Słowacji. Byłem, widziałem któreś tam setne przedstawienie. Wiecie gdzie? W dolinie górskiej w wielkim amfiteatrze w Bańskiej Bystrzycy. Przyszło tam około dwadzieścia tysięcy widzów.
Przedstawiono mnie. Klaskali, ale czułem – oni, Słowacy, myślą, że znalazłem tekst tej sztuki w jakiejś dziupli po zbójnikach, przełożyłem ze starosłowackiego dialektu na polski a oni teraz muszą tę opowieść o ich Janosiku oglądać w potwornym przekładzie.
  
Tako i w Czechach. Teraz po rozwodzie ze Słowacją, mój zbójnik, nie może bytować w Tatrach. Wedle nowych granic zbujuje na bukowinie Beskidu Śląskiego. Tak przynajmniej wyszło, wedle nowego znakomitego przekładu Jaromira Nohavicy (strasznie to w Czechach popularny człowiek) i tako grają w Pradze oraz w Moście.
  
A wy kochani, gracie też cudownie! I strasznie się z waszej częstochowskiej inscenizacji cieszę. Wielka to zasługa Krysi Jandy, ale i aktorów teatru, i Anioła niemała, i niech wam będzie miło, że macie coraz więcej wielbicieli.
  
Ernest Bryll czyli Zbój Grubawy oraz Brodaty