Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Wpisy w kategorii: Irlandia



Nowa książka Ernesta i Małgosi

15 grudnia, 2010

 

Celtycki SplotKochani! Kilka dni temu w księgarniach pojawiła się nowa książka, tym razem wspólne dzieło Małgosi i Ernesta. „Irlandia, Celtycki Splot” opowiada o Bryllowych latach na zielonej wyspie. W 1991 roku pojechał tam razem z rodziną, żeby założyć pierwszą w historii Polską ambasadę w Irlandii.

 

Krótko mówiąc, było ciekawie. Ale ta książka to nie tylko wspomnienia zza biurka. Przewija się przez nią parada niesamowitych postaci ze świata literatury, sztuki, dyplomacji, nie tylko tej salonowej ale i wiejskiej, ulicznej, mistycznej. Pierwsza częśc książki nosi tytuł „W butach Joyce’a”, i w tych butach właśnie przemaszerujecie po Dublinie, a potem dalej, naokoło tej malutkiej tak naprawdę wysepki, gdzie w każdej mieścinie kochają poetów.

 

Zapraszamy serdecznie do lektury!

Wyspy Szczęśliwe

19 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia

W Poczcie pojawił się ostatnio ciekawy list. Chciałbym jednak aby odpowiedź trafiła nie tylko do Barbary Beuth.

Wygląda na to, że kilkanaście lat propagowania poezji irlandzkiej nie poszło na marne. Są ludzie, którzy tę poezję czują. O specjalnych powodach jakie moim zdaniem skłaniają nas do wiary w niezwykłość Zielonej Wyspy starałem się napisać 5 marca do Bractwa Celtyckiego z Bielska Białej.

A teraz jeszcze o jednym. Czy rzeczywiście ta tęsknota za inną atmosferą życia – gdzieś tam, za morzami musi być tylko tęsknotą za legendą? Pamiętajmy – Irlandczycy często marzyli o ucieczce ze swego kraju. Denerwował ich tak samo jak denerwuje nas Polska.

 

Wystarczy popatrzeć choćby na kompleks Joyce’a. Z jednej strony zmykał z Irlandii, z drugiej nie potrafił bez swego Dublina żyć. Ale bez tego Dublina, który miał w pamięci. Ulisses jest przecież też czymś w rodzaju specjalnego przewodnika po Dublinie. Joyce umacniał swą pamięć szukając w różnego rodzaju materiałach o Dublinie, dopytując się wielokrotnie o fotograficzny obraz domów. O układ numerów na tablicach…

A jednak uciekał. Z Irlandii aby znaleźć swą Irlandię.

 

Czemu to piszę? Bo strasznie cenię tych, co szukają swej tajemniczej, wymarzonej krainy. Zresztą jakie to celtyckie. Przecież w starych legendach ciągle jest o podróżach morzem. Gdzieś na Zachód do Wysp Szczęśliwych, Wysp Młodości. Ale też jest wiele opowieści o tragedii powrotu z takich wysp.

Tak Oisin (zwany u nas Osianem), wielki poeta legendarnej drużyny wojowników i artystów jakimi byli bohaterowie wędrujący z Fionem, wraca do Irlandii. Był na Wyspach Wiecznej Młodości.(jeśli chcesz przeczytać wiersz kliknij)

Właśnie Oisin rozmawia z czaszką jednego ze starych przyjaciół których już dawno nie ma. A on wiecznie młody, bo żył na Wyspach innym czasem, wędruje teraz ich śladami. Irlandia jest teraz pełna innych ludzi. Biednych, skarlałych, nie pamiętających dawnych herosów Fiona. Ludzie ci trudzą się zbieraniem kamieni. Kamienie są strasznie ciężkie.

A Oisin jednym palcem podniósłby te głazy. Tylko, że… wrócił z Wysp Szczęśliwych na koniu. Czarodziejskim. Koniu, co miał go nieść bezpiecznie przez odmieniony czas. Pod jednym wszakże warunkiem. Oisin nie może dotknąć swoją stopą ziemi skarlałej ojczyzny. Jeśli dotknie, straci młodość wieczną. Zamknięta zostanie przed nim droga do Wysp Szczęśliwych.

I Oisin, litując się nad mordęgą ludzi, pochyla się z konia aby udźwignąć głaz. Popręg pęka i Oisin dotyka ziemi nogą.

Staje się stary, biedny, utrudzony jak inni.

Gorzka i piękna legenda.

Bo jednak Oisin odarty z czaru wiecznej szczęśliwości jest prawdziwszy.

 

Dlaczego o tym opowiadam? Bo myślę, że trzeba tęsknić za Zieloną Wyspą ale i może szukać jej wokół siebie.

Są ludzie warci tego. Spotykam ich często wędrując po Polsce. W Sandomierzu, Płocku, ostatnio w Siedlcach. Pewno spotkam ich za kilkanaście dni w Suwałkach. (dotyczy spotkań z 2001 roku- przyp. red.)

Z Siedlec miłych, gdzie opowiadałem i o starej poezji Irlandzkiej, przywiozłem podarowane mi zdjęcie.

 

Dla Przyjaciela

Krajobraz jak z wiersza Modlitwa Caoilte:

 

Niegościnny czas zimy, wiatr włazi pod skórę

I pogania jelenia, co wędruje w górach

Aż się głos niesie ponad przełęczami

Gdy byk przeciwko chmurom uderza rogami

 

O, to samotnik z Carran – mało kto się dźwiga

Tam gdzie jego łeb płowy nad przepaścią śmiga

Ten rogacz nie umyka jak byle jelonek

Z Aughty przez wilki w dolinach goniony

 

O, to samotnik z Carran… Dawno, przed wiekami

Słyszeliśmy głos jego, jak wstrząsał górami

Ileż to lat minęło od nocy zimowej

Gdyśmy śledzili wilków gonitwy godowe

 

O, ile lat minęło… Zmęczone jelenie

Dawno pokładły się na odpocznienie

I przytuliły swoje płowe boki

Do zimnej ziemi. I śpią snem głębokim

 

O ile lat minęło… I nas zima ściska

Chmurnym rankiem drzemiemy wokoło ogniska

Lecz moja ręka na włóczni oparta

Jeszcze jest tyle samo, ile była, warta

 

O, ile lat minęło… Jaka zima Chryste

Ale przysięgam, synu Dziewicy Przeczystej

Choć wokół coraz ciszej, śmiertelniej ciemniej

Jeszcze potrafię przebić włócznią, co nikczemne

 

(Modlitwa Caoilte, tłum. E. Bryll, anonim powstały pomiędzy VII-XIII wiekiem)

 

Caoilte, też wedle legend był bohaterem, który po wielu wędrówkach powracał do Irlandii. Wszystko wydawało mu się zmienione i skarlałe.

Śnieg, pustka. Tam góry, tu na zdjęciu dziwna, wciągająca nas równina Podlasie. Biednej i kochanej ziemi.

Wysyłam więc w podzięce autorce zdjęcia, taki mój zapis, notatkę z tej krainy:

 

Płaskie w niełasce Podlasie

Zawsze w niedobrym czasie

W niemodnych wspomnieniach

Wklęsła ziemia

Niby Polska ale uboczna

Niby blisko ale dojść nie można

A i czego dochodzić? Zasypał

Wszystko piasek. I kwita

Czy coś się odpozna pod piaskiem?

Zależy od bożej łaski

 

A jednak i tu może być nasza Wyspa Zielona. Aby tylko ją odpoznać.

W gościnie u irlandzkiego króla

16 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia, Zapiski Małgosi

Rodzina O’Conorów uznawana przez heraldykę należy do najstarszych rodów królewskich Europy. Wódz Klanu O’Conor Don, który wręczał Ernestowi order, już nie żyje. Zmarł 10 czerwca 2000 roku w wieku 88 lat. Tytuł przeszedł na jego najstarszego syna Desmonda.

Brzmi to wszystko jak początek opowieści z dawnych lat, a jednak ten 2000 rok wprowadza nas w zakłopotanie, bo przecież dziś prawdziwych klanów już nie ma..

 

W Irlandii, są i nawet uznaje je irlandzkie państwo. O’Conor odziedziczył tytuł w 1981 roku i odtąd zawsze wykorzystywał swą pozycję by promować wszystko co irlandzkie. Przewodniczył genealogicznym i historycznym stowarzyszeniom, zajmował się archeologią, zawsze wspierał irlandzką tradycję i założył Radę Irlandzkich Klanów. Rada jest jedynie ciałem doradczym, rzecz jasna, że nie prowadzi dziś wojen terytorialnych, i nie decyduje o losach państwa ale jej opinie szanują Prezydenci.

No, przynajmniej tak postępowała Madame Mary Robinson, były prezydent Irlandii która dzisiaj jest Wysokim Komisarzem do Spraw Uchodźców.

Ale wróćmy do O’Conora.

Na początku naszego ambasadorowania zaproszono nas na urodzinowe przyjęcie pewnego zacnego Jubilata. Arystokracja podjeżdżała do pięknie położonego na wzgórzu domu o nazwie San Elmo. Ja i mąż nieco speszeni znaleźliśmy się więc w nieznanym nam dotąd towarzystwie. Przyjęto nas z wszelkimi honorami i posadzono mnie obok Zacnego Jubilata, – męża obok Jubilatowej. Na przeciwko mnie siedziała księżniczka Francesca, a obok starszy gentleman którego angielszczyzny początkowo nie umiałam zrozumieć. Opowiadał coś zawile o tym jak to służył w czasie wojny w Anglii, jak to uczył polskich żołnierzy jazdy konnej, jak to pokochał Polaków. Wydawało mi się więc, że pytam inteligentnie gdy poprosiłam aby opowiedział mi kiedy osiedlił się w Irlandii. Staruszek, delikatnie tracił wtedy srebrnym widelcem swoją wizytówkę umieszczoną na platerowej podstawce i odparł:

- Dobre pytanie. Ja tu jestem od 75 roku Anno Domini.

 

Zanim odpowiedziałam, przez chwilę wpatrywałam się w złoconą wizytówkę z napisem The O’Conor Don i spłoszona przypominałam sobie irlandzką historię.

Historia na szczęście nie była mi obca, więc rozmowę rozpoczęliśmy od królów Connachtu. To, że raczej wiedziałam o czym mówię z kolei zdziwiło O’Conora.

I tak rozpoczęła się nasza znajomość.

Spotykaliśmy potem O’Conora i jego przemiłą małżonkę Madame Rosemary O’Connell-Hewett, wnuczkę samego wielkiego Daniela O’Connella, wielokrotnie. Dyskutowaliśmy o historii, Polsce, Irlandii, psach beaglach które hodował Denis i Rosemary, o dzieciach a jakże też.

 

Denis O'Conor Don i Madame RosemaryCzasem O’Conorowie przychodzili do naszej rezydencji, czasem, choć niezmiernie rzadko przychodziliśmy do ich malutkiego domku w Dun Laoghaire. Nie chcieliśmy robić staruszkom kłopotu. Rosemary która miała problemy z poruszaniem się zawsze przeżywała każdą wizytę i dobrze wiedziałam, że choć o tym nie wspomina, to przyjmowanie gości na obiad musi być dla niej i radością i sporym kłopotem.

Ktoś tu może zdziwić się i zapytać – no jak to, taka arystokracja, taki ród, a gdzie służba? Ze służbą w tej linii królewskiego rodu, było gorzej. Tak czasem bywa, że honor tytułu nie musi oznaczać zamożności.

Pewno lepiej powiodło się linii O’Conorów, zamieszkujących dawny dom rodzinny O’Conorów w Clonalis w hrabstwie Roscommon. Wielkie gniazdo rodu, dokumenty, stara biblioteka i kaplica a także harfa na której powiadają grał sam Turlough O’Carolan, znakomity poeta i harfista. Tłumaczyliśmy kiedyś i jego pieśni, a Peggy Brown, śpiewana najpierw przez zespól 2+1 a od kilku lat w repertuarze zespołu Myslowitz stała się szlagierem polskiej młodzieży.

 

Wróćmy jednak do historii naszej znajomości z Denisem i Rosemary O’Conor.

Mimo tego, że dobrze się poznaliśmy i że zdążyliśmy się zaprzyjaźnić zaskoczył mnie telefon od Kanclerza Domu O’Conorów barona Scotta Mac Millana of Rathdowne. Baron zapytywał czy Jego Ekselencja Ambasador czyli mój zwykły mąż będzie łaskaw przyjąć odznaczenie Craoibhe Rioga czyli order Królewskiego Rodu O’Conorów.

Rzecz jasna, że nie mieliśmy wtedy pojęcia o tym co to za odznaczenie i dlaczego akurat Ernest ma zostać nim wyróżniony. I choć zanim doszło do ceremonii przez moje ręce przechodziły listy z rodowymi pieczęciami i listy zacnych gości to dopiero w trakcie wielkiej uroczystości w naszej rezydencji przekonaliśmy się jak ważne to odznaczenie.

 

Tuż przed wręczeniem orderu

 

Wzruszony O’Conor Don przyjmował do rodu Ernesta, w salonie tłoczyli się szkoccy i irlandzcy wodzowie klanów. Niektórzy w spódniczkach! Panie w toaletach i diamentach, szampan i nasze dziesięć minut w innym świecie.

Potem wielki O’Conor Don powrócił ze swoją kochaną Rosemary do swoich piesków i malutkiego domku w Dun Laoghaire, a my wzruszeni wielkim tradycyjnym orderem i wyróżnieniem naszych prac promujących irlandzką tradycję, jak zawsze zakopaliśmy się w książkach.

O śmierci O’Conora dowiedziałam się z Internetu. Odszedł od nas ktoś bardzo bliski…pozostał królewski dom.

Podpis O'Conor Dona

Nie mów źle o białogłowach

16 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia

Może to nazbyt wielki skrót w mej poprzedniej opowieści. Od podboju przez Normanów do Odlotu Earlów. Ale z drugiej strony, trudno tu pisać szczegółową historię Irlandii. Taka już jest wydana. Przypominam więc jeszcze raz, sięgnijcie po Historię Irlandii wyd. Zysk i ska. Naprawdę, czytając ją można pojąć dzieje Wyspy. Strasznie skomplikowane. Mieszanina bitew, najazdów, zjednoczenia i rozłamy. Duńczycy, Normanowie.

Trzeba pamiętać, abyśmy nie przenosili naszych wyobrażeń o utracie niepodległości na te, przecież jeszcze średniowieczne, dzieje Irlandii. Często lubimy zbyt upraszczać. Najazd Normanów, panowanie Tudorów, zagarnianie całych połaci wyspy przez Anglię. I oczywiście wspaniali wodzowie irlandzcy, bohaterowie walki o wolność swego ludu.

 

Nie było to tak proste. Właściwie w czasach walki o panowanie Irlandii sami Irlandczycy nie stanowili jeszcze narodu. Nie mieli poczucia jedności. Wystarczy popatrzeć na mapę z okolic 1130 roku. Ileż tu prowincjonalnych królestw!

Mapa Hrabstw Irlandzkich

Stąd te skomplikowane decyzje ich przywódców, królów i wodzów. Stąd trudno powiedzieć co było zdradą a co było decyzją wynikającą z realnej oceny rzeczywistości.

Pamiętajmy też, że panowanie najeźdźców było walką w wyniku której kształtowały się nowe ośrodki władzy. Ciekawe, że Normanowie szybko ulegali czarowi kultury irlandzkiej, wchodzili w różne związki z miejscowymi władcami. Tak więc rodziła się niezmiernie wpływowa grupa panów o normandzkiej genealogii ale związanych coraz bardziej z gaelicką kulturą Wyspy. A kultura ta była fascynująca. Szczególnie dla życia dworskiego.

Rozwijały się też miasta, chociaż Irlandczycy nie byli ich założycielami. Cała stara koncepcja życia w tak zwanym „złotym wieku Irlandii” czyli w sprzed X wieku i najazdu Wikingów była niechętna wobec tworzenia ośrodków miejskich. Tak więc miasta najpierw zakładane przez Wikingów, Duńczyków a potem przez angielskojęzycznych mieszkańców, tworzyły zupełnie inną kulturę niż kultura wielkich dworów.

 

Gaelickie upodobania szlachty były coraz bardziej niebezpieczne dla angielskich królów. Stąd próby zakazu wszystkiego co gaelickie. Oto w statutach z Kilkenny 1366 zabroniono używania języka, prawa i zwyczajów irlandzkich. Statuty te pozostały jednak tylko pisaniną i długo jeszcze szlachta będzie mieć na swych dworach harfiarzy oraz poetów śpiewających po irlandzku.

Zresztą, język irlandzki ciągle miał zasięg ogromny. Językiem angielskim posługiwano się tylko za palisadą (Pale) czyli w rejonie obronnym wokół Dublina. I w kilku jeszcze miastach.

Jak te przeróżne wpływy bo i francuskie przez Normanów i angielskie, wpływały na rozwój nowej poezji irlandzkiej niech świadczy wiersz Nie mów źle o białogłowach.


Nie mów źle o białogłowach

 

Nie ma w tym dowcipu wcale

Kto dla błędów ich surowy

Tego za to nie pochwalę

Kocham to przekorne plemię

Jasność ich i słodką mowę

I nienawiść budzi we mnie

Kto oczernia białogłowę

Czyliż one wymyśliły

Nasze wojny, krwawe zmowy

Co kraj w gruzy obróciły -

Nie mów źle o białogłowach

Toć biskupi i prymasi

I król, który nam królował

Byli na ich wdzięki łasi -

Nie mów źle o białogłowach

One zawsze lgną do chłopców

Co odważni, młodzi, zdrowi

Nie chcesz tej skłonności popsuć -

Nie mów źle o białogłowach

Nigdy ich nie zadowolą

Władcze brzuchy, siwe głowy

Wciąż rycerzy młodych wolą -

Nie mów źle o białogłowach

 

(Nie mów źle o białogłowach, tłum.M.Goraj)

 

Autorem wiersza jest Gerald Fitzgerald, Earl Desmondu. Człowiek z wielkiego rodu, który ogromnie zaważył na historii Irlandii. Wielcy wodzowie z tej normańskiej rodziny w początkach XV wieku sprzeciwili się nawet władzy angielskich królów. Stanęli po stronie gaelickiej kultury Irlandii, przeciwko anglojęzycznym obywatelom miast. Ścięcie Earla Desmonda, innego przedstawiciela tegoż rodu, 14 lutego 1468 roku było wstrząsem dla Wyspy.

Ale my jesteśmy teraz w latach wcześniejszych. Bo nasz poeta, Gerald Fitzgerald ,także Earl of Desmond zmarł w 1398 roku. Pisano o nim tak:

 

Był to szlachcic wielkiej hojności, przystępny, dowcipny, wykształcony w pisaniu kronik.
Zresztą jak podaje historia Desmondowie w ogóle musieli być pięknym rodem. Bo o ściętym prawie sto lat potem, wspomnianym już potomku, tego rodu pisano w angielskich księgach:

 

Ścięto Earla Desmonda.A uczeni twierdzą, że nigdy nie było w Irlandii młodzieńca piękniejszego niż ten, który został tak zdradziecko zabity przez saksońskiego pana.

 

Saksoński pan. Pojawia się więc nazwanie, które odróżniało tych, co stawali przeciw kulturze gaelickiej od Irlandczyków i Anglo-Irlandczyków.

Ale jak potomkowie najeźdźców zostawali Anglo-Irlandczykami? No, choćby tak jak nasz Earl, Poeta, potomek Normanów. Pan, który długo walczył przeciw gaelickim wodzom. Bo przecież jego ród wyrąbał sobie swoje własne państwo.

W czasie tych walk było i tak, że stracił wolność. Był więźniem Briana z O’Brienów z Thomondu. Ale widać niewola ta była niewolą wedle starych praw walki. Znów przypominam Táin’a, abyście zrozumieli prawa walki z tamtych dawnych mitycznych lat. Wtedy zmagający się bohaterowie walczyli krwawo przez cały dzień, a w nocy pomagali leczyć przeciwnikowi rany. Pojąc go specjalnymi, czarownymi napojami, posyłając sobie wzajemnie najlepszych medyków. Po to, by rano znów podnieść się i walczyć.

Oczywiście czasy, kiedy wojował Earl Poeta, nie były już czasami starych opowieści. A jednak prawa wojny musiały być prawami uczciwej walki. Prawa niewoli musiały też być pełne galanterii. Bo właśnie w niewoli Desmond Poeta zaczął układać pieśni w języku irlandzkim.

Jako znawca poezji francuskiej wprowadził do literatury irlandzkiej piękny komplement, czar dworskiego uwodzenia kobiet.

Stał się słynny. Nawet prości wieśniacy wierzyli, że jest dobrym czarownikiem. Długo po jego śmierci opowiadano że żyje i pisze pieśni, że tylko zasnął i powróci na swym zaczarowanym koniu….

A rodzina Geraldinów porzuciła swój język najeźdźców i zaczęła używać irlandzkiego. Nawet w zapisach administracyjnych.

Tak więc były miejsca gdzie powstawało z zetknięcia dwóch kultur coś ciekawego i wielce obiecującego.

Na Irlandii brzegach dźwięczą ostrza mieczy

15 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia

Aby zrozumieć wiele wierszy irlandzkich z 12 i późniejszych stuleci trzeba choć trochę orientować się w skomplikowanej historii podboju wyspy. I nie tyle dla rozszyfrowania w metaforach aluzji do różnych wydarzeń historycznych. Nie tyle dla zrozumienia piękna tej poezji. Jednak trzeba przebrnąć przez zawikłane dzieje zetknięcia się starego świata Irlandii, królów, wodzów, rodów z zupełnie nowym światem normańskich najeźdźców.

 

Normanowie, ich sprawność bojowa, świetna organizacja, spryt, umiejętności inżynieryjne były już znane na wyspach z opowieści o podboju Anglii. Irlandia jeszcze nie znalazła się w polu zainteresowania Normanów. Jeszcze chroniło ją morze. Żyła we względnym spokoju po rozbiciu w roku 1014 potęgi Wikingów pod Clontarf. Wcześniej powstawały przepiękne ale i dziwne wiersze w których poeci cieszyli się ze sztormowej pogody.

Eire-wiersze irlandzkie

 

Błagali o burze, wichry, o fale rozbijające brzegi

Dziś spokój. Wiatr nam bije w oczy,

Fala się dźwiga od dna morza.

Dziś sztorm Wikingów krzyk, krew, pożar

Nie zbudzą nas pośrodku nocy
(Strach przed Wikingami tłum. M..Goraj, anonim powstały między IX a XII wiekiem)

 

 

 

Dlaczego tak?

Bo ta zła pogoda, straszne dni, były dniami błogiego pokoju. W taką pogodę Wikingowie nie atakowali. A uderzenia Wikingów były nagłe, niespodziewane, szybkie i rujnujące wszystko. Płonęły stare księgi. Ludzi uprowadzano w niewolę. Czytając o napadach Wikingów i bezradności Irlandczyków wobec tej wojny prowadzonej dla rabunku, przypominałem sobie stare poematy mówiące o wielkiej walce pomiędzy królestwami Ulsteru i Connachtu. Były to wojny wspaniałe. Literackie. Pełne pojedynków, wierszy, obrzędów. Słynny Cúchulainn (jego dzieje można po polsku przeczytać w tłumaczonej przez nas książce Táin bó Cuailnge) – wielki wojownik Ulsteru zagrodził sam jeden drogę armii Connachtu.

Jak zagrodził? Otóż stanął na ścieżce idącej przez górską przełęcz i wyciosał na pniu drzewa zaklęcie.

Zaklęcie zamykało drogę każdemu. Otworzyć ją mógł tylko pojedynek z Cúchulainem. Powiadam: pojedynek, bo armia Connachtu stała i czekała wysyłając po jednemu ze swych najlepszych rycerzy. Nikomu nie padło na myśl, pójść inną drogą. Nikt nie próbował uderzyć większym oddziałem na herosa. Obowiązywało zaklęcie. I rytuał pojedynku. Wielce skomplikowany. Pełen poezji i piękna.

A Wikingowie uderzali w nieprawdopodobnych porach, bez wysyłania heroldów, podstępnie. Prowadzili wojnę totalną.

Toteż zwycięstwo pod Clontarf było rezultatem nowych umiejętności wojennych Brian Boru. Króla, który walcząc z innymi wodzami i władcami rożnych krain wyspy zorganizował nową armię, nowe rządy. Niestety w tej ostatniej walce z Wikingami zginął.

 

Na Irlandii brzegach

Dźwięczą ostrza mieczy

Metal żółknie pod ciosami włóczni

Biją miecze o siebie

Sygurd padł w bitwie

Chlusnęła ciepła krew z rany

Padł i Brian – ale on zwyciężył.

 

Poezja poezją. Życie było bardziej zawiłe. Wikingowie byli również tymi, którzy to założyli wiele miast Irlandii. Oni stoją u początku organizacji życia miejskiego. Oni są ojcami Dublina.

Tak więc, pogodzeni wrogowie zaczynali razem z Irlandczykami tworzyć nową, ciekawą, unikającą wojen kulturę i cywilizację Wyspy. To był czas stuleci 11 i 12 które nazywa się okresem odrodzenia Irlandii.

Ale stare nienawiści rodowe i walka o władzę nad całą Irlandią prowadzone przez dwa królestwa stały się przyczyną nowej tragedii. Lata 1156-1166 to okres walk pomiędzy najpotężniejszym z królów irlandzkich Murtough MacLochlainnem z Ailech, z północy i królem Connachtu, Rorym O’Connorem.

 

Tu na chwilę przerwę tę ponurą opowieść. I pochwalę się. Otóż jestem członkiem honorowym, posiadaczem specjalnego medalu jaki w 1995 roku miało tylko czterdziestu kilku ludzi na świecie (nie wiem ile osób zostało nim obdarzonym po mnie). Jestem też przyjacielem, poetą potomka królów.

Herb królewskiego rodu O'ConorNiezwykłego pana.

Był w czasie wojny instruktorem polskich żołnierzy w Anglii. W Dublinie posiadał mały domek i poza wieloma poważnymi sprawami zajmował się …hodowlą psów rasowych. W Irlandii, choć republikańska, szanuje się tradycję rodów, które zawsze były wierne starym tradycjom, nie ugięły się przed najeźdźcami. I te rody mają prawo nadawać takie jak moje odznaczenie.

Ród mojego króla zaczął się w czasach legendarnych. Historyczne zapisy o istnieniu i działaniu tego rodu poczynają się od AD 75.

Królestwo swoje stracili królowie Connachtu właśnie w walce z Normanami. To znaczy ściślej z tymi co przed sztandarami Normanów wyrąbywali sobie nowe państwa. Wtedy wygnani z królestwa przybrali przydomek Don czyli Brunatny (Rudy).

Najazd Normanów. Opowieść jest jak ze starego rycerskiego romansu. Przeciw Murtoughowi wspólnie z O’Connorem walczył wielki wódz O’Rourke. (Nazwisko pojawiające się wiele wieków potem na kartach historii Polski) Władca Connachtu po zwycięstwie zadowolił się ograniczeniem wpływów MacMurrougha. Pokonany miał władać niewielkim królestwem w okolicach Ferns w krainie Wexford.

O Rourke był jednak nieugięty. Dążył do całkowitego zniszczenia przeciwnika. Bo MacMurrough okrył O’Rourke’a hańbą przed wszystkimi mieszkańcami wyspy. Uprowadził mu żonę. Był to rok 1152. Czy uprowadził czy też piękna Dervorgilla zmusiła go do tego porwania?

Zarówno stare irlandzkie jak i normańskie przekazy mówią raczej o inicjatywie pięknej pani.

Zastanawiające w tej opowieści jest to, że kochankowie nie byli młodzi. Jak na tamte czasy czterdziestodwuletni mężczyzna porywający czterdziestoczteroletnią żonę innego, to raczej rzecz wyjątkowa. Ledwie rok minął. Mąż odbił piękną Dervorgillę, ale zniewagi nie zapomniał. Dermot musiał uciekać. W 1166 roku, z małą załogą wymknął się łodzią. Wylądował w Brystolu i zaczął szukać kontaktu z Henrykiem II, królem Anglii. Gonił za nim przez wiele miast Francji – bo Henryk wolał przebywać we swoich kontynentalnych włościach. Był bardziej Francuzem niż Anglikiem. Mówił normańskim francuskim.

Dermot dopadł wreszcie Henryka w Akwitanii.

Król Anglii interesował się Irlandią ale nie na tyle aby skierować swe wojsko ku tajemniczej, pełnej wojowników i nie za bardzo bogatej wyspie. Ostatecznie Dermot uzyskał od króla list werbunkowy. Mógł więc w imieniu Henryka poprosić o pomoc Anglików, Normanów, Walijczyków, Szkotów. Ale nie wzbudził entuzjazmu. Postanowił więc szukać ochotników do swej wyprawy za rzekę Severn. Tam Normanowie toczyli jeszcze walki z Walijczykami.

Kandydatami na wyprawę irlandzką mogli stać się przede wszystkim ci, którzy jeszcze nie wywalczyli bogatej ziemi dla siebie. Tak więc Dermot spotkał się z jednym z najbardziej bitnych wodzów. Był to Strongbow (Silnołuki). Człowiek rozgoryczony, pozbawiony łask Henryka. Jego sława i fortuna mogła kryć się w dalekiej Irlandii.

Strongbow targował się twardo. Zgodził się zorganizować i poprowadzić armię. Warunek: Strongbow poślubi najstarszą córkę wygnanego króla. W ten sposób uzyska prawo do sukcesji. FitzHenry, Carew, FitzGerald, Barry, Prendergast, Fleming, Roche, Cheevers, Synott, oto nazwiska, które staną się ważne w historii Irlandii. Oto ludzie, którzy zmienią kierunek rozwoju kraju. Kultury, obyczaju, w ogóle wszystkiego,

Normanowie i Flamandowie.

Zacznie się niezwykła historia podboju. Pełna zaskakujących przypadków, niewiarygodnego szczęścia jakie mają najeźdźcy. Straszliwego braku szczęścia jakie opuściło Irlandczyków.

Czasami myślę, że historia podboju Irlandii jest splotem przypadków dających się porównać z równie nieprawdopodobnym podbojem Meksyku przez ludzi Corteza.

 

Irlandzkie wybrzeże

 

W poezji irlandzkiej pojawi się ton dziwny, jakby poeci przeczuwali nieuchronną klęskę. Wyrok fatum. Niezależny od starań i od okoliczności. Takie myślenie przemieni się nieomal w obsesję. Wizja przegranej jest jakby wpisana w myślenie o ludzkim losie, wizja ruiny w piękno Irlandii. Jest to coraz bardziej świat wieszczych słów, wspomnień o czasie co ginie.

Ciemne piękno. Ciemnej dziewczyny. Bo Irlandia zaczyna żyć w poezji jako skrzywdzona dziewczyna, jak zgwałcona, nawet jako kurwa oddająca się z rozkoszą żołdakom.

A wszystko zaczęło się tak przypadkowo. Tak bezsensownie. Wcale nie musiało się tak stać a się stało.

Zresztą jest jakaś tajemnica w ciągłym braku szczęścia Irlandczyków.Nawet pogoda jest przeciwko nim. Nawet te kiedyś przyjazne sztormy, co broniły przed Wikingami będą teraz po stronie najeźdźców. Bo wiele razy właśnie pogoda sztormowa niszczyła statki, armie które musiały pomóc Irlandii.

Morze. Straszne i okrutne. Morze. Świadek innego, znacznie późniejszego (1607), jednego z najbardziej tragicznych momentów w historii irlandzkiej kultury.

 

 

Cała Irlandia teraz załogą małego okrętu

Co gna na zachód, w morze, już skały Beare minął

Ponad odpływu falą śnieżna piana rozpięta

Cała duma Irlandii w tym kruchym stateczku płynie

Z piersi ojczyzny naszej serce zostało wyjęte

Płaczą wybrzeża, płaczą wyspy Irlandii całej

Gdy bracia-orłowie z Connu swoim stadem wspaniałym

W lot pełen niebezpieczeństw ruszyli jednym okrętem

Dni, kiedy cień ich skrzydeł okrywał Ulsteru doliny

Dni ich wysokich lotów na zawsze już odeszły

Gdy dwa ostatnie ptaki – orły z królewskich królewskie

Odleciały na zachód, choć wołaliśmy za nimi

O Rory nasz najdroższy, O Hughu najmiłościwszy

Was dwu z wielkiego stada wspominam pełnym imieniem

Was – gospodarzy kraju na zawsze utraciliśmy

Tych, którzy dla Irlandii byli w najwyższej cenie

Niech dziś się serca nasze tą wieścią uradują

Że wodzowie szczęśliwie dotknęli hiszpańskich brzegów

Choć płaczą ich nasze doliny, choć ciągle góry żałują

Lepiej im będzie daleko – niż tu, wśród ludu biednego

Nic by nie mogli zrobić, choćby w ojczyźnie zostali

Więc zapłacz, ziemio Uisneach, i raduj się, że odeszli

Raduj się, że przez morze szczęśliwie dożeglowali

Niech się rozpacz i chwała pomieszają w twej pieśni

I chociaż zostaliśmy przez wszystkich opuszczeni

A oni tam szczęśliwie żeglują w kraj daleki

Choć my leżymy w chorobie – ten ból i to cierpienie

I nas, i ich udręczenie będzie przez wieków wieki.

 

( Z odlotu Earlów tłum E. Bryll, wiersz jest fragmentem poematu Fearghal Og Mac Ward’a i dotyczy pierwszej wielkiej emigracji 99 arystokratów irlandzkich, którzy po upadku powstania, 6 września 1607 r, opuścili Irlandię)

Tajemnicze Wyspy Blasket

12 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia, Zapiski Małgosi

Mąż przywołał mnie do tablicy, więc witając się z Wami dodam dziś parę słów na temat wspomnianych w dziale Irlandia Wysp Blasket. Magicznych wysp hrabstwa Kerry, na zachodnim wybrzeżu, na praktycznie najdalej na zachód wysuniętym koniuszku Europy.

Sto lat temu, mieszkańcy wysp mawiali, że bliżej stamtąd do Ameryki i tam jest ich parafia. Tak mawiali, choć od głównego irlandzkiego lądu nie dzieliło ich więcej niż dwie mile.

Nazwa „blasket” pojawia się bodaj po raz pierwszy na włoskich mapach z 16 wieku, zapisują ją tam jako „brasch”, „brascher” lub “blasset”.

Wyspy były zamieszkane od dawien dawna, ale najpierw jak zawsze w Irlandii pojawili się tam mnisi. W 13 wieku wyspy znalazły się w rękach rodu Ferriterów, a ostatni z nich kapitan Pierce Ferriter, stracony w Killarney w 1641 roku zasłynął wcześniej jako wódz rebelii i co w Irlandii zdaje się być na porządku dziennym, jako poeta!

W czasach nam bliższych a więc w zeszłym stuleciu liczba mieszkańców zmieniała się. W 1840 roku, zanim przyszedł czas Wielkiego Głodu wioska liczyła około 150 osób. Potem cóż, jedni umierali drudzy się rodzili, wielu emigrowało.

Dziś wyspy opustoszały, i tylko turyści trafią tam czasem gdy ocean nie szaleje.

 

Wyspy Blasket

 

Ale nie to teraz ważne. Ważne, że gdzieś na początku naszego stulecia mądrzy lingwiści przybyli na wyspy by badać język tamtejszej ludności. Znaleźli nie tylko stare formy językowe ale i ludzi opowiadających wspaniałą literaturę (przekaz ustny zawsze był podstawą starej literatury irlandzkiej)

Mieszkańcy wyspy z początku nie rozumieli po co spisywać to, co można powiedzieć, ale w końcu dali się namówić i okazało się, że na wyspie mieszka wspaniałych twórców wielu.

 

Najpierw w 1905 roku przekonywał ich sam John Millington Synge, potem latem 1907 roku, norweski uczony w staroirlandzkim, Carl Marstrander. Przypłynął na wyspę by poznać tajemnice współczesnego mu irlandzkiego. Zaprzyjaźnił się z mieszkańcami, a szczególnie polubił Thomasa Ó’Criomhthaina, który wiele lat potem okazał się jednym z największych pisarzy wyspy. To jemu, młody absolwent Dublin Trinity College, Brian Ó’ Ceallaigh czytał książki Gorkiego i Pierra Loti. Chciał go przekonać, że proste życie rybaków i wieśniaków może być najwspanialszą literaturą. Takie właśnie były początki znanej i cenionej książki Ó’Criomhthaina zatytułowanej AntOileánach (Wyspiarz)

Wyspiarze pokochali też wybitnego irlandystę i znawcę literatury greckiej Robina Flowera, a także uczonego celtologa Kennetha Jacksona.

To dzięki nim do piór ruszyła społeczność Wyspy.

 

Najtrudniej było trafić do Peig Sayers. Gdyby nie młode studentki Márie Ni Chinnéide i Lean Ni Chonolláin, pewno nie poznalibyśmy słynnego dziś życia Peig. To z jej książek irlandzkie dzieci uczą się do dziś o tradycjach i obyczajach. Peig Sayers, znana jako królowa Blasket, uważana jest dziś za najważniejszą autorkę tworzącą na wyspie.

A pisarzy było wielu, że wspomnę choćby Muiris Ó Súilleabháina. Jego autobiograficzną opowieść „Fiche Blian ág Fas”( Dwadzieścia lat dorastania) mieliśmy przyjemność tłumaczyć na język polski.

 

Nie ma się co dziwić, że Irlandczycy chlubią się zjawiskiem literatury z Blasket. To, co dawniej było jedynie w ustnym przekazie zostało zapisane. Wiemy więc jak żyli, o czym rozmawiali z sąsiadami, poznaliśmy kulturę odległej wyspy, tam gdzie tradycje i obyczaje zawsze żyją najdłużej.

Thomas Ó’Criomhthain napisał kiedyś: „zapisywałem dokładnie wszystko co robiliśmy, bo pragnąłem aby pozostała pamięć, robiłem wszystko co umiałem, aby przekazać charakter ludzi wśród których żyłem, tak by pozostał po nas jakiś zapis, bo takich jak my już nigdy nie będzie”

 

I miał rację, takich jak oni już nie ma.

Blasket opustoszała, opustoszała zbyt szybko…I to nie tylko dlatego, że na wyspie żyło się ciężko, jak na ironię losu , jak tylko udało się komu z wyspiarzy wyprodukować książkę zostawiał wyspę i ruszał w świat..

Na szczęście zostały wyspy, na szczęście czasem przyjazny ocean pozwala na przeprawę. Na szczęście zostały książki.

 

Gdyby wśród Was znalazł się ktoś kogo zainteresowała ta unikalna literatura Blasket, podaję listę podstawowych książek. Nie obawiajcie się, nie musicie znać irlandzkiego, wystarczy angielski.

 

  • Peig Sayers- An Old Woman’s Reflections
  • Peig Sayers- Peig
  • Thomas Ó’Criomhthain- Island Cross-Talk
  • Thomas Ó’Criomhthain- The Islandman
  • Muiris Ó Súilleabháin- Twenty Years A-Growing
  • Eibhlis Ni Ó Súilleabháina- Letters from the Great Blasket

 

Teraz choć popatrzcie na Wyspę Blasket o zmierzchu. Może uda Wam się wypatrzeć maleńką białą plamkę po prawej stronie zbocza. Tam mieszkała Peig Sayers…

Dlaczego kochamy Irlandię?

12 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia

Moi Drodzy! Skoro jest marzec i zbliża się dzień Świętego Patryka, przerywam na chwilę wspomnienia z młodości i opowiem wam trochę o Irlandii. W latach 1991-1995 byłem tam Ambasadorem RP.

 

Wszystkie wpisy ‘Irlandzkie’ znajdziecie pod zieloną zakładką ‘Irlandia’.

 

A oto, co pisałem o Irlandii jeszcze w 2001 roku…

 

Od paru lat jest moda na kochanie Irlandii. I wielu Polaków kocha tę „Wyspę Zieloną, Szmaragdową”, te stare pieśni, poezję… No i wierzy, że pomiędzy nami a Irlandczykami istnieje tajemna więź. Tworzy ją podobieństwo dziejów, walki o kraj.

Trochę tak jest. Ale pomyślcie…

Walka o polskość często jest dla nas jednaka z walką o język polski. O kulturę. O literaturę. Często myślimy że utrata języka jest utratą tożsamości narodu.

 

A w Irlandii? Przecież olbrzymia większość Irlandczyków, czujących, że zbudowali swoją irlandzką kulturę nie zna języka irlandzkiego. Formalnie irlandzki, czyli jeden z języków celtyckich, czasami zwany gaelikiem, jest państwowym językiem Republiki. Angielski jest drugim językiem urzędowym.

Po odzyskaniu niepodległości, w latach dwudziestych zeszłego wieku (piszę w latach dwudziestych, ponieważ formalnie biorąc trwał ten proces parę lat, zależnie od tego co rozumiemy jako moment prawdziwej niepodległości), więc, wtedy gdy powstawała wolna Irlandia, starano się nawet administracyjną drogą zmusić ludzi do mówienia po irlandzku.

Nikt bez znajomości irlandzkiego nie mógł być pracownikiem państwowym. Uczono się więc na potęgę. Tworzono normy tego języka, szukano słów na określenie różnego rodzaju spraw politycznych, prasowych. I często kończyło się tym, że znający irlandzki mieszkańcy okręgów gdzie zachowano go w codziennym życiu, nie mogli się porozumieć z tymi, którzy mówili tak zwanym językiem literackim. Skodyfikowanym na nowo.

I nie dlatego aby irlandzki miał ubogą literaturę. To jest przecież jedna z najbogatszych kultur o tradycji sięgającej wieków. O poezji, która zachwycała Europę w 6, 7, 10 wieku. O prastarych uczelniach.

Ten język, powszechny jeszcze w Irlandii w końcu 18 wieku, umierał błyskawicznie. Co więcej, przestawał być językiem polityki i prasy. Historia i brytyjska dominacja spowodowały, że różne okręgi grupujące ludzi mówiących jeszcze co dzień po irlandzku używały dość odległych od siebie dialektów.

Tak więc, wyobraźmy sobie Polskę gdzie olbrzymia część obywateli nie używa polskiego. Gdzie całe dziedzictwo narodowej literatury począwszy od Reja, Kochanowskiego, Morsztyna, Potockiego, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskiego itd… jest nam znane tylko z przekładów. Naszym językiem, który ma nas wyrażać jest język najeźdźcy.

 

Bryll i wyspy BlasketOdwiedzałem Wyspy Blasket. To właśnie te zielone wzgórza na oceanie. Napiszę jeszcze kiedyś o nich, a Małgosia pewno już dziś doda coś na swojej stronie. Fenomen Blasket to szczególny przypadek powstania i śmierci wielkiej literatury w ciągu zaledwie jednego stulecia.

 

Na skraju wybrzeża zachodniego, czyli w okolicach Dingle, są jeszcze skupiska gdzie mówią na co dzień po irlandzku. Okręgi te otrzymują dużą pomoc państwową. Specjalne dotacje na szkoły uczące w języku irlandzkim, specjalne fundusze na miejscową kulturę…

Pieniądze bardzo ważne. Bo z tych miejsc ludzie przenoszą się często do bardziej przyjaznych choć mniej pięknych okolic.

Pomoc państwowa, jak to pomoc państwowa. trzeba sprawdzać zasadność wydatków. Więc sprawdza się: czy rzeczywiście w domach mówi się po irlandzku? Szczególnie, czy mówi się z dziećmi? I tak można ironicznie powiedzieć z jednej strony – pieniędzy szkoda, z drugiej – jak utrzymać tę nieco schizofreniczną sytuację kiedy ogląda się irlandzką ale angielskojęzyczną telewizję, w niej filmy amerykańskie o Dzikim Zachodzie, a ma się mówić o nich z kolegami po irlandzku. Choć angielski każdemu jest dobrze znany.

Więc, klęska tych którzy wiązali odrębność irlandzką z językiem. I dziwne zwycięstwo w obszarze języka angielskiego.

 

Każdy wie, że angielski to „obszar językowy”. Grupujący już wiele odmiennych języków angielskich takich jak choćby australijski, czy amerykański. A ludzie mówiący angielskim, którym porozumiewamy się na świecie jako swoistą łaciną, czasami nie są w stanie zrozumieć najbardziej rdzennych mieszkańców północnych hrabstw Wielkiej Brytanii czy nawet Londyńczyka.

W tym obszarze angielsko-irlandzka literatura zdobywa miejsce szczególne. To bardzo bogaty rozdział. Również językowy. Wystarczy poczytać poetów irlandzkiego-angielskiego języka aby zauważyć, że w ich metaforach bezwiednie kwitnie stara struktura irlandzkiej mowy, że składnia jest inna niż anglosaska, że ekspresja zupełnie odrębna. I, że oni zaczynają wyznaczać najdoskonalszy kanon wielkiej, angielskiej mowy. Oni idą najbardziej obiecującymi drogami języka.

To tyle na początek.

Aby zostać przy poezji zacytuję wiersz. Pomyślcie, jest to utwór poety który urodził się około 1580 roku a zmarł najprawdopodobniej w 1640. Mahon O’Heffernan (podaję jego nazwisko w zapisie angielskim- w zapisie irlandzkim to Mathghamhain Ó Hifearnáin) był poetą żyjącym w tym czasie co Polacy pamiętający jeszcze osobiście Jana Kochanowskiego. Ale o czym pisze?

 

Mój synu, zdradź poezję

 

Mój synu, zdradź poezję

Którą twój ociec poślubił

Dawniej dawała sławę

Dzisiaj cię może zgubić

Nie służ jej i nie szukaj

Miary irlandzkiej mowy

Czystości sensu i sztuki

W tępocie wierszy nowych

A jeśli brednie ci miłe

I rymy z grzbietem złamanym

I kompozycje zawiłe

Zostaniesz poetą uznanym

Chociażbyś głosił mądrości

W cudownej mowie Galów

Dziś w tej krainie wściekłości

Tylko nienawiść chwalą

Więc odejdź. Nie spisuj historii

By żyli w ludzkich wspomnieniach

Nie warci są takiej glorii

Ni irlandzkiego imienia

Oczyść z goryczy swą mowę

Pisz swoją prawdę uparcie

I nie obmywaj ich słowem

Bo krwi swych przodków nie warci

Pisz o tym, co dobre i szczere

Ciężka, samotna to praca

Nie szlifuj dla kariery

Hymnów o obcych władcach

Ginie irlandzka rasa

Kłamliwi prorocy powstają

Piejąc o nowych czasach

Dynastiach z cudzych krajów

Obcy zza morza przybyli

Na ziemie naszego plemienia

Nie pozwól, aby nosili

Dumnego królów imienia

Odeszło w zapomnienie

Co dawniej pięknem było

Co wszystkich nas łączyło

I wiersz już nie jest w cenie

 

Czy poecie polskiemu, jeszcze przez wiele lat a może wieków przyszło by do głowy pisać tak do syna? A to dopiero początek zagłady. W następnych listach o Irlandii zacytuję parę wierszy.

 

Po co?

Po to, aby pokazać jak straszne było umieranie tej kultury. Jak kraj ten przeżywał dramaty po których można by pomyśleć: koniec Irlandii. I jak zupełnie inaczej i w sposób nieprzewidywalny zmartwychwstała ta kultura.

A i po to, aby moi polscy czytelnicy uczyli się o innych dramatach, innych zmartwychwstaniach. Żeby nasze tragedie nie wydawały się nam jedynymi.

By Polska, nie była dla nas jedynym tzw. Chrystusem Narodów. Są tacy których krzyżowano i dłużej i okrutniej…

List z 3 marca 2001-od Bractwa Celtyckiego

3 marca, 2001
Kategorie wpisu: Irlandia, Listy od czytelników


Drogiemu Jubilatowi!!!

Zdrowia, radości oraz dalszych wspaniałych przekładów z literatury staro-irlandzkiej oraz jeszcze piękniejszych wierszy w naszym języku ojczystym
życzą
członkowie Bractwa Celtyckiego w Bielsku-Białej


Pozdrawiam,

Bractwo Celtyckie


Drodzy Celtowie!

 

Dziękuję za życzenia urodzinowe. Pomyślałem sobie: ilu jest nas zadurzonych w kulturze celtyckiej? A dlaczego tak zadurzonych. Przecież kraje Celtów, no powiedzmy Irlandia nie były przecież (nawet w złotym okresie rozwoju IX-XI wiek) oazami absolutnej szczęśliwości. Było jak na ówczesnym świecie.

 

Ale czy tak samo? Jakie echo idące stamtąd, ciągle nas wabi? Co, powoduje, że ta naiwna legenda o zielonym świecie celtyckim, choć naiwna, jest jednak po części prawdziwa?

 

Myślałem i tak wymyśliłem. Otóż legenda świata celtyckiego, zielonej Wyspy jest chyba legendą strasznie nam potrzebną w świecie zorganizowanym wedle centralistycznej, biurokratycznej koncepcji państwa, idącej z Rzymu. Bardzo upraszczam, ale ten system opierał się na jednym miejscu: Centrum gdzie podejmowano decyzje, gdzie działo się wszystko, co ważne. Z tego centrum droga do innych mniejszych centrów gdzie powielano i przyprawiano lekko to, co przyszło z góry. Coraz mniejsze i dalsze centra. I koniec.

Pomyślmy o organizacji tego świata na przykład na ziemiach podbijanych. Tylko miasta i obozy warowne. Mało ważne co tam, gdzieś poza murami. Przecież nawet rozwój chrześcijaństwa oparty mocno na drodze przenikania wiadomości w imperium był rozwojem: z miasta do miasta. Z centrum do mniejszych centrów. Wieśniacy, mieszkańcy tych pustych dla biurokracji miejsc przez długi czas nie byli nawet zaszczycani nawracaniem. Dopiero św. Marcin i jego myśl, że trzeba jednak wyjść poza biurokratyczne mury miast i porozmawiać z nieznanymi i obcymi mieszkańcami krain, otworzyli chrześcijaństwu drogę na prowincję, na wieś.

Tak w uproszczeniu wygląda ten system. O paradoksie, tylko pojmując psychologię wzmocnioną bizantyńską siłą centrum możemy zrozumieć choć trochę fenomen Rosji. W Moskwie, w Centrum zapadają decyzje. I aż do dalekich krain Władywostoku, gdzie i klimat odmienny i sprawy odmienne i tysiące kilometrów od świętego miasta władzy, ludzie realizują tę, nadaną z daleka myśl. A Królestwo Brytyjskie a Francuskie Królestwo i Republiki?

 

A stara Irlandia?

 

Akurat na odwrót. Niechęć do centrum. Niechęć do stolicy, niechęć do zorganizowanej biurokracji, niechęć nawet do zorganizowanej struktury szkolnictwa. Bo, popatrzcie na słynne miejsca gdzie były wielkie irlandzkie skupiska uczonych – jakby uniwersytety. Kupa kamieni, pozostałości byle chałupek z których nagle wszyscy przenoszą się w inne krainy. Jeszcze bardziej niedostępne, jeszcze trudniej ulegające jakiejkolwiek centralnej organizacji.

 

A literatura? A prawo? Ten szaleńczy pomysł aby wszystko: wiersze, historia, skomplikowane akty prawne istniały tylko w pamięci specjalnych ludzi. Ta wiara, że wiersz istnieje tylko wtedy gdy jest i mówiący i słuchający. A poza tym momentem jest uśpiony czekający na zmartwychwstanie gdy znów ktoś go powie i ktoś będzie słuchał?

 

Odrębność koncepcji życia. Z poetą jako strażnikiem przestrzegania zawartych umów. Z kodeksem karnym, gdzie największym wyrokiem jest wygnanie z Irlandii albo osławienie w satyrycznym wierszu.

 

Rozumienie prawa – znów odmienne. Nie rzymska siła przepisu „twarde prawo lecz prawo”. Raczej poczucie względności formalnej sentencji prawnej. Ogromna siła, niejasnej przecie ale jak dojmującej, zwyczajnej sprawiedliwości.

 

Wielkość i przekleństwo świata celtyckiego. Nawet rzymska organizacja kościoła patrzyła krzywo na starożytne chrześcijaństwo irlandzkie. No bo te irlandzkie niby biskupstwa o niejasnej strukturze władzy, gdzie biskup był przeorem klasztoru, a poza tym pamiętał o prawach starych rodów….

 

Ta przemyślność irlandzka w bezkonfliktowym przyjęciu chrześcijaństwa. Ci zakonnicy, rekrutujący się z dawnych pogańskich poetów i uczonych. To współistnienie ksiąg łacińskich pracowicie kopiowanych w klasztorach i wielkiej irlandzkiej literatury istniejącej w pamięci poetów. Specjalnie po to szkolonych. To dziwne współistnienie, brak starć. Brak męczenników. Brak wypierania gwałtownego jednej idei przez drugą.

 

Najlepiej obrazuje to zapis mnicha który przepisywał stary poemat Táin. Widać władza klasztoru była już zapisywaniu (a więc chronieniu tego poematu) trochę niechętna.

 

Stąd na końcu Táina, zawartego w The Book of Leinster pojawiają się dwa zapisy. Jeden po irlandzku, a drugi dla tych co czytają tylko po łacinie. Przytoczę oba:

 

Bendacht ar cech óen mebraigfes go hindraic Táin amlaid seo ná tuillfe cruth aile furri.

Błogosławieństwo każdemu kto pamiętać będzie Táina tak jako jest zapisany i nie uroni ani słowa opowieści.

Sed ego qui scripsi hanc historiam aut uerius fabulam quibusdam fidem in hac historia aut fabula non accommodo. Quaedam enim ibi sunt praestrigia demonum, quaedam autem figmenta poetica, quaedam similia uero, quaedam non, quaedam ad delectationem stultorum.


Ja, którym przepisywał tę opowieść pełną przeróżnych dziwów nie chcę ręczyć za jej prawdziwość. Niektóre sprawy są bowiem kłamstwem szatańskim, niektóre zmyśleniami poetów, niektóre mogły się wydarzyć a inne nie mogły, niektóre zaś są wymysłem niespełnych rozumu.


Ale tu widać tragedię irlandzkiej kultury. Nie chciała być zapisywana, więc ile z niej zginęło gdy przyszedł czas najazdów i niszczenia? Żyła w pamięci – więc w każdej dzielnicy, tego trudnego dla komunikacji kraju, mówiono wiersze własnym dialektem. Coraz bardziej innym – tak, że dziś ci, co od urodzenia mówią po irlandzku na północy wyspy nie dogadają się łatwo z tymi, co mówią nim w małych enklawach na południu. A jedni i drudzy z tymi, co używają szkolnego literackiego języka.

 

W zetknięciu z najeźdźcami, którzy organizowali swoje państwa wedle twardego centralistycznego wzoru, Irlandia przegrywała.

W świecie celtyckim (przynajmniej wyspy) nie lubiano miast. Więc twórcami stali się najeźdźcy. Wikingowie, Normanowie, Anglosasi.

Ale pamięć o tej, innej koncepcji zorganizowania cywilizacji trwa do dziś. Bardziej w naszych marzeniach niż w naszym życiu. I Zielona Wyspa jest jak miejsce ucieczki w świat inny. Czasami mocno nieprawdziwy, czasami sprowadzony tylko do wolności piwnej, ale często oparty o dużą wiedzę.

 

O poczucie, że może jednak warto z tej odmiennej koncepcji świata coś ocalić. Na razie w krainie poezji. Krainie marzeń. W wędrówkach kiedy to uciekamy od coraz bardziej zcentralizowanego świata.

 

Co z tego, że wspaniałości tego Monstrum-Centrum nie mieszczą się już na Kapitolu ale gdzieś wśród Świątyń Korporacji i w Miejscach Ofiarnych jakimi są choćby supermarkety. Czujemy, trzeba koniecznie, trzeba mieć jakiś inny skryty kraj. Aby w nim co najlepsze ocalić z siebie.

 

Więc może to, Bracia Celtowie różnych miast i krajów, sekretnie nas wabi? Może ten głos ciągle kuszącego nas echa dawnych pieśni? Piszę, wierząc, że choć niby zapisane, moje słowo mówi. Że to tylko zapis mojego mówienia które będzie żywe gdy je do uszu swych a może do krainy swej wyobraźni zaprosicie.