Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Archiwum z miesiąca Czerwiec, 2011



Dwa telegramy

4 czerwca, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 10 czerwca 2001 roku.

 

Mieszkałem więc już w Otwocku. Wtedy lepiej. Nawet wspaniale.

 

W Otwocku zawiązała się spółdzielnia mieszkaniowa. Dało to szansę na zbudowanie własnego mieszkania. Spółdzielnie takie, ratunek dla młodych rodzin, powstawały z trudem ale powstawały po roku 56. To był dla nas znak przełomu październikowego.

 

Najsłynniejsza stała się Spółdzielnia  „Osiedle Młodych”. Wtedy, daleka Praga. Gazety rozpisywały się o tym cudzie spółdzielczości.

 

Bo to był cud. Chociaż częściowo, ale posiadanie mieszkania zależało teraz od naszej inicjatywy. Dawniej albo niewyobrażalnie wielkie pieniądze, albo szczególne szczęście u władzy, albo… Nie wiem jakie jeszcze albo…

 

Warszawiacy, którzy w 45-tym roku wracali do ruin miasta byli czasami lokatorami jakichś kątów w wielkich, na wpół zrujnowanych kamienicach. Pamiętam mieszkanie Mirona Białoszewskiego, niedaleko Nowogrodzkiej. Wchodziłem do tej ruiny witany nieżyczliwymi spojrzeniami jakichś ludzi, co z oburzeniem otwarli mi drzwi do korytarza. Bo nacisnąłem nie ten guzik dzwonka. A dzwonków było mnóstwo. Teraz w każdym pokoju kto inny. Większe pokoje podzielone przepierzeniami z dykty. Wszystko połączone korytarzem prowadzącym do wspólnej kuchni i łazienki. Korytarz obwieszony rowerami, baliami…

 

Takie mieszkania albo jeszcze gorsze, zobaczyłem w parę lat później kiedy wypuszczono mnie wreszcie dwudziestodziewięcioletniego, za granicę. Po raz pierwszy. Do Moskwy. Na festiwal filmowy. I tylko ściśle na tydzień. Nie byłem godny towarzyszyć festiwalowi przez cały czas jego trwania.

 

Wtedy było już po najgorszych latach w Otwocku. Pracowałem od 63 roku w telewizji. Byłem raczej znanym krytykiem filmowym, obiecującym poetą. Miałem stałe zarobki i raz w tygodniu ciepłą wodę w kranie. No i nareszcie paszport. Do zwrotu natychmiastowego, po tygodniu.

 

Pojechałem.

 

Przeżyłem, tylekroć dany innym, dreszcz przekraczania granicy. Tu trzeba powiedzieć że Związek Radziecki starał się o ten dreszcz szczególnie. 
Wtedy tego nie wiedziałem. Myślałem sobie: tak już musi być przy każdym przekroczeniu granic. Jak kiedyś pojadę na Zachód – to dopiero będzie!

No, ale wpuścili. Zobaczyłem Plac Czerwony. Nadużyłem alkoholu więc nie chciało mi się wykorzystać miejsca dla cudzoziemskich filmowców w kolejce do mauzoleum Lenina i Stalina. Myślę, że delegacja francuska, zalewająca się łzami, godnie mnie w mauzoleum zastąpiła. Francuzi, nawet jak na mnie, zwolennika socjalizmu (ale dostrzegającego jednak jego marne wykonanie, gdy był marki „zdiełano w ZSRR”), byli albo dziko naiwni albo niezwykle inteligentnie obłudni.

 

I odwiedziłem ukradkiem Mirona Czernienkę. Młodego krytyka, wielbiciela filmu polskiego. Mieszkańca komunalnej rudery przy ulicy Basmannej. Miron Czernienko szybko wcisnął mnie do swojej nory. Na korytarzu, czujne staruszki wypytywały kto, co, dlaczego. Na szczęście mówiłem po rosyjsku znośnie i wyglądałem na obywatela Estońskiej Republiki Rad. 
Powitała mnie słodka i miła żona Mirona. Tylko jej okulary! Była silnie krótkowzroczna a ówczesne szkła radzieckie przypominały raczej soczewki artyleryjskiej lunety.

Gadu, gadu, czaj z konfiturami i obiecałem: poszukam w Polsce cieńszych szkieł i modnej oprawki.

 

My wtedy, w takich możliwościach górowaliśmy. Byliśmy niby zachodem. Socjalizm, u nas, wydawał się marki lepszej. 
Znane nam były też koszule non-iron, które w Moskwie prawie z pleców nam zdzierano. Płacąc niezłe ceny. 
Mirona pożegnałem. Okulary posłałem, na co mam dowód – list zaczynający przyjaźń z radzieckim krytykiem, wielbicielem filmów Wajdy.

 

Ale, co ja o Mironie Czernienko? Zacząłem przecież od mieszkania Mirona Białoszewskiego.

Więc stoję na korytarzu tego kołchozu mieszkaniowego w Warszawie, pod nieżyczliwymi spojrzeniami lokatorów, których indywidualne dzwonki zbezcześciłem. Miron wysunął głowę zza poharatanych drzwi. Wciągnął mnie do pokoju. Był w jakimś dziwnym odzieniu. Jeśli obok piżam i koszul nocnych istnieją jesionki nocne i buty nocne oraz futrzana czapka nocna, to tak Białoszewski był odziany. Czekał na mnie.

 

Na stole pokręconym kołysała się filiżanka z czarną jak pasta do butów herbatą. Miron Białoszewski często pijał herbatę wzmocnioną pastylką z psychedryną. Kiedyś spróbowałem takiej, u jego dawnego kompana z czasów okupacji, czyli Swena Czachorowskiego. Zażył tej herbaty Swenowej i Staszek Grochowiak. I pogryzł syjamskiego kota!

 

U Białoszewskiego, jak sądzę, w mojej herbacie, nie było psychedryny. Nikogo nie pogryzłem.

 

No tak, Miron był typowym mieszkańcem odgruzowanych resztek Warszawy.

Ale ja? Tylko spółdzielnia mieszkaniowa. Tylko wielka szansa dana nam przez Październik. No i strychy. O tej idei pisałem. 
Spółdzielnia. Ale jak zostać jej członkiem? Straszliwe, kilometrowe listy oczekujących na szczęście wpisania na listę „prawie” członków. I członkowie podzieleni jako chóry aniołów w dziełach Dioniozego Pseudo Areopagity (w tym czasie jakoś się do prac tego angelologa pradawnych wieków dorwałem). Od najniższych, co będą czekali nie wiadomo jak długo, po tych, co czekają już na konkretnie budujące się bloki.

 

A runąć z tej drabiny oczekiwań łatwo. I do ostatniej chwili, wszystko mogło się zmienić.

 

Tak wiele lat później, kiedy już byłem pisarzem (którego nie wiadomo za co, ale jednak, umieszczono w Encyklopedii Powszechnej i w szkolnej historii literatury), zostałem strącony właśnie, gdy stałem na najwyższym szczeblu. Po zapłaceniu pieniędzy dostałem klucz do domu. Ale na drzwiach przybity skobel. Kłódka. Kartka. Dom podlega innej decyzji. W biurze spółdzielni wyjaśniono, że nagle zostałem przesunięty na dalszą kolejność. Lokalizacja nieznana.

 

Ale co wybiegać przed lata. Teraz jest rok 1962. Mam lat trzydzieści prawie. Mam dwupokojowe mieszkanie. Z ciepłą wodą raz na tydzień. W Otwocku, bo tam było łatwiej wcisnąć się do Spółdzielni. (No i brak prawa do zameldowania w Warszawie nie zamykał mi drogi). Mam małe dziecko, chłopca. Jestem bez pracy. Jeszcze trwa czas wilczego biletu, który miałem z czasów rozbicia Współczesności (Bezdomny z czupryną). Żona też nie pracuje, bo o pracę w Otwocku trudno.

Sytuacja bardzo marna. Był to czas, kiedy się wszystko załamało. Pożyczki, resztki jakichkolwiek pieniędzy – wszystko poszło na zapłacenie pierwszej raty w spółdzielni. I kiedy wprowadziliśmy się do mieszkania, i trzeba było płacić, dziura finansowa nie dawała się już załatać.

Zresztą załamałem się też zdrowotnie. Nie mogłem już pracować „na czarno”, produkując różne audycje, które podpisywali koledzy, pisząc mnóstwo artykułów, dorabiając korektą stylistyczną książek. Czasem wyłączano nam nawet prąd. Nie było za co, w terminie rachunków opłacić.

 

Do Warszawy jeździłem na gapę. Opracowałem cały system ucieczek przed konduktorami. Swen Czachorowski, mieszkający już chyba w Warszawie, ale pamiętający swoje dojazdy z Kobyłki nauczył mnie techniki „moczenia biletu”. Wtedy były bilety tekturowe. Datę i godzinę wybijała maszyna. Czasami niewyraźnie. Otóż odpowiednim moczeniem (nie w wodzie) można było doprowadzić znak datownika do zaniku. Trzeba było jeszcze bilet wałkować przez bibułę. Tak nieprecyzyjnie datowany bilet był uważany przez kontrolerów za wynik błędu maszyny. Mandatu nie wypisywali, na komisariat nie ciągnęli ale cudowny bilet odbierali.

 

No i odwiedza mnie nagle Zygmunt. Gość z dalekich Włoch, znawca muzeów Italii, Francji! Siedzimy, gadamy. Ja trzymam dziecko na rękach i karmię z butelki. Zygmunt robi mi zdjęcie:

 

Ernest z synem Markiem

 

W roku 62 słuchałem go. Opowiadał o Zachodzie. I o tym jak dotarł do Włoch. Jak biedował, pracował, studiował. Jak tam jest. Zazdrościłem. Podziwiałem. Ale nie rozumiałem. Pierwszy raz miałem zobaczyć swój paszport dopiero w roku 64. Teraz byłem mieszkańcem przyzwoitego mieszkania, ale naprawdę na dnie. To dno trwało od dwu lat.

 

Było nawet tak, że pojechaliśmy z Ewą do Gorzowa Wielkopolskiego. Szukano kierownika domu kultury. Myśleliśmy: – Może przyjmą. Jak nie mnie to ją. Szanse w Warszawie były prawie zerowe. Szanse na pracę w Gorzowie trwały pół tygodnia. Potem delikatnie nas przeproszono.

 

Tak więc, po nadziei gorzowskiej, znów w Otwocku. Siedzimy z Zygmuntem. On opowiada. Liczy też na pracę na uniwersytecie lub w muzeum. Jest przecież doktorem znanego włoskiego uniwersytetu. Autorem świetnej pracy o mało znanych precjozach sztuki włoskiej.

 

Zygmunt zrobił zdjęcie. Potem wyjechał. Zostaliśmy w słonecznym, ładnym ale głodnym mieszkaniu. 
Marzeniem była pralka „Frania”. Bo pieluchy z tetry. A tego stosy. A piec w kuchni na węgiel. A grzać na maszynce elektrycznej drogo. 
Drugie marzenie to łóżeczko dla dziecka. I materac!

 

Nie wiedziałem, że te marzenia nagle się spełnią. Życie odmieni się jak po cudzie.

 

Kiedy rozmawialiśmy z Zygmuntem nie mówiłem nic o szalonym i desperackim „skoku na pieniądze”. A taki wykonałem. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem czy lecę czy spadam z hukiem. Nic nie można było przewidzieć.

 

Jaki to był skok? W rozpaczy znalazłem notatkę w prasie. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza przedłużała termin składania prac na konkurs literacki, chyba o trzy miesiące.

Miałem starą maszynę typu Adler i ryzę papieru. Siadłem i zacząłem pisać moją pierwszą powieść. Konkurs dawał szansę. Pracę wysłałem. Podpisałem godłem Jakób. Przez „ó”. To ważne. Bo potem w czasie czytania prac sądzono w jury, że to powieść starszego wiekiem autora. Jakób wedle dawnych zasad pisowni. Ja wedle takich pisałem, bo w dzieciństwie na tajnych lekcjach u Pani Wolf – jednej z cichych bohaterek tajnej szkoły w Generalnym Gubernatorstwie – znalazłem stary podręcznik pisowni. Chyba sprzed pierwszej wojny.

 

Jakób. Takie imię nosił też mój syjamski kot. Przyjacielski dar od Swena Czachorowskiego. Swen nadał arystokracie kociemu imię platońskie Fajdros.

 

Znałem pisma Platona, bo czytaliśmy je w ciekawych przekładach Witwickiego. Ale zawsze skłonny do plebejskich nazw, jadła, rozkoszy, do grubej mowy, do tradycji kalwińskich jakie w cudownie spolszczony sposób uosabiał ojciec poezji Mikołaj Rey – nazwałem kota Jakóbem.

 

Na szczęście.

I Jakób przyniósł mi szczęście. Bo taki przyszedł telegram:

 

Telegram

 

O czym była moja pierwsza powieść Studium? O zabójstwie po zabawie na wsi. O śledztwie, które miało wyjaśnić co było powodem. I o braku jakiegokolwiek powodu. Postacie: normalni chłopcy, którzy nie mogą wyjaśnić czemu zabili. Kompletny brak logiki, powodów, przyczyn…

To musiało być nowum. Bo opowieść Trumana Capote o bezsensownym, nielogicznym, okrutnym morderstwie i uczestnikach takiego mordu jeszcze wtedy chyba nie była napisana. 
Wiem, że Studium nie było wielką powieścią. Co w niej było? Chyba niezafałszowany obraz ni to wsi, ni to półmiasteczka.

Dość o prozie. Ważny był telegram drugi:

 

Telegram Drugi

 

 

Nagrodę odebrałem. Była oszałamiająca. Chyba koło 30 tysięcy. 
Piłem na przyjęciu ostrożnie. Trzeba było bowiem wrócić z łóżeczkiem dla dziecka. Takoż z materacem.

 

Z lokalu LSW blisko było do Domu Towarowego. Tam bywały łóżeczka.

Były. Drewniane. Był materac, chyba jakiś wspaniały bułgarski albo jugosłowiański. Była koperta z pieniędzmi. Koperta gruba. Nie jakiś czek!

Łóżeczko kupiłem. Zawiązałem sznurkiem. Tak i materac. Przewiesiłem wszystko przez plecy i ruszyłem z Domu Towarowego na dworzec. Wsiadłem do pociągu. Z ważnym biletem. Dojechałem do Otwocka. Wysiadłem. Zarzuciłem na plecy bagaż i powędrowałem parę kilometrów do domu. Bo piękna ulica Pułaskiego biegła akurat na granicy Otwocka. W połowie drogi pomiędzy stacją Otwock a Śródborów.

 

Co tam! Doszedłem. 
Co tam, wyszedłem z biedy!

 

Co tam. Za parę miesięcy oferowano mi robotę w telewizji. Byłem młodszym redaktorem, który przygotowywał materiały do filmowej audycji o filmie, zwanej Klaps. Szefem moim był Grzegorz Lasota. Właściwie „nadszefem”, bo Klapsa prowadził Grzegorz Dubowski.

 

Praca była trudna. Grzegorz Dubowski to miły kolega. Ale Lasota! Z jednej strony fachowiec, z drugiej strasznie chimeryczny i czasami bardzo chamski. W kontaktach z podwładnymi. 
Pierwszy dzień pracy. Lasota wściekły. Daje mi pudło z materiałami filmowymi. Każe natychmiast przygotować montaż. Nie wiem jeszcze gdzie pracują montażystki. Taśmy są nagrane, innym niż znałem, sposobem. (Chodziło o to, że wówczas często w audycjach TV nagrywano „obraz” kamerą niemą – czyli bez rejestracji dźwięku. A wypowiedź na magnetofon. Potem ekwilibrystyka zgrania obrazu z dźwiękiem. Niezwykle trudna technicznie – tak aby widz nie dostał inaczej ruszających się ust w stosunku do mówionych słów.)

 

Myślałem, że wylecę z pracy już tego dnia. Ale dobrzy ludzie pomogli mi przebrnąć przez fanaberie szefa. Pamiętam Elę Klekow. Miłą, spokojną blondynkę. Ratowała mnie nie raz.

Potem wyszło Studium. Potem były dobre recenzje. Zamknięty świat powoli się otwierał. Najważniejsze: miałem pracę! Bo od szesnastego roku życia, zawsze starałem się gdzieś pracować. Jak już widać z tych wspomnień, parokrotnie bywałem bez pracy. Ale wracałem. Trzymałem się pracy nawet w czasach największego powodzenia pisarskiego. Bo boję się być pisarzem a szczególnie poetą. To czasem jest a czasem gdzieś ucieka.

 

Poezja jako zawód, jako sposób zarobkowania?

No nie. Jeśli tylko można, trzeba pracować w innym zawodzie. Nawet po to aby nie mieć zbyt wiele czasu na pisanie wierszy. 
Bo sztuka, poezja jest nam najmilsza, kiedy staje się niby wagarami w naszym zagonionym życiu.

 

I cóż z tego, że ludzie najbardziej cenią moje wagary? 
Żeby uciekać na wagary trzeba „musieć istnieć” gdzie indziej.

 

Ale to już moje teorie prywatne.