Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Archiwum z miesiąca Listopad, 2010



Pożegnanie Zbyszka Jerzyny

29 listopada, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Dziś rano zmarł Zbyszek Jerzyna.

 

Miał wielu zwolenników swojej specjalnej, cichej poezji. Należałem do nich. Nie zdążył mieć promocji swego ostatniego tomiku „Saneczki”. Tuż przed nią musiał iść do szpitala. A chciałem na tym niedoszłym spotkaniu powiedzieć: Jaki to świetny i niedoceniony poeta. Chociaż znany i lubiany. Ale jakby zatrząśnięty między drzwiami dwu pokoleń. Mojego, do którego należeli jego trochę starsi koledzy: Grochowiak, Ośniałowski, Śliwonik, ja. Niestety, tak się stało, ze ten zespół redakcyjny Współczesności jako grupa przestał istnieć. Pismo trwało nadal ale Zbyszek jakby trochę wypadł.

 

Potem były przyjaźnie rozproszone. Wielka chyba i wylewna, we wszystkich tego słowa znaczeniach, ze Staszkiem Grochowiakiem. Daleka za mną. Po prostu zniknąłem trochę z życia literackiej gromady ze względów ot takich, że szukałem pracy. Mieszkałem poza Warszawą i rozwój poetyki Zbyszka mało był związany z naszą przyjaźnią. Do młodszych, wspaniałych zresztą, grup literackich pasował, ale nie do końca.

 

Pisał króciutkie wiersze mało rzucające się w oczy, ale za to zapadające w serce. Chciałem powiedzieć: ile im zawdzięczam. Jak lubiłem te urwane strofy i jego całe życie i myślenie. Jakby na boku. Ceniliśmy go ale za mało. Nie pomogliśmy przebić się jego najlepszym wierszom do pamięci czytelniczej. Przebiły się bez nas i trochę mi za to wstyd. Ale jest w moim prywatnym zbiorze wierszy jakie pamiętam.

 

Nie zapomnę jego miłej, drobnej postaci i jego wielkich, choć króciutkich liryków.

 

Pierwsza Niedziela Adwentu

28 listopada, 2010
Kategorie wpisu: Wiersze

Śnieg

 

Roraty

 

I unieśli się z chrypieniem modleniem

Jeszcze trochę , jeszcze ciut nad ziemię

Przykurczeni – bo straszne ciśnienie

Gdy nawet o milimetr

Unosisz swoje imię

 

Ale za to wieczności próg

Za wysoki dawniej dla nóg

Był niżej . A światło już liże

Cieniutką pod drzwiami szczelinę

 

Cóż , jak zawsze , ktoś zapomniał imię

Prawdziwe niezmiennie codzienne

I znowu dla nich ciemność

Bo spadają

Światło ginie . Przygasło

 

Ale się twardo trzymają

Niełatwo lecieć i kasłać

Trzy wiersze na 11 Listopada

11 listopada, 2010
Kategorie wpisu: Wiersze

 

x x x

 

Gdzie jest twój kraj? W pamięci. Inni mówią- w duszy

A inni- w sercu

Miejsca bardzo mało

Zostało

Trudno się ruszyć

 

Pamięć już niejasna, a dusza przyciasna

Dla procesyji pytań- wciąż bez odpowiedzi

Dla serca- lepiej za granicą siedzieć

Ale i w kraju boli raczej średnio

Mali się zrobiliśmy- tak na dzień powszedni

 

Przeżyło się niejedno, a więc lepiej dmuchać

Na zimne

Więc dmuchamy. Na razie na sucho

Dla przyzwyczajenia. Bo kiedy się zmienia

Pogoda groźna- z wiatrem dmuchać trzeba

Jak się pomylisz, ślina cię oblewa

Samoswoja. Niektórzy już zgrabnie ścierają

Co opryskało twarze. Twierdząc: -To łzy kraju

Ze szczęścia zapomnienia, duszy przygaszenia

I serca, co się rusza- aby dla istnienia.

 

Gdzie się twój kraj zaczyna, a gdzie już gotowy?

Cóż, kraina urwana w pół słowa

 

 

 

Małe

 

Małe dzisiaj mieszkania. Bez strychów

Za nic nie upchniesz po cichu

Niepotrzebne, co z nas zostało

 

A więc jedni idą w życie na całość

I nocami pod śmietniki stawiają

Graty, bo się teraz nie zgadzają

Z nimi

Nowymi

Takimi, że dreszcze

Od stóp do głowy

 

Inni słabi jeszcze

Wstydliwie upychają pod groby tapczanów

Świat kiedyś ukochany. Niestety, tam płasko

Za dużo kurzu i nie bardzo jasno

I niebezpiecznie. Pleśnie dawnych myśli

Sny oplątują mgliście

 

Na szczęście w balkony

Wyposażono jeszcze kiedyś domy

Tam gęsto zawieszone- nie bardzo do pary

Nasze dawne skóry- ponure sztandary

 

Popatrzysz w górę: Dom aż obrzydliwy

Ale kto się patrzy? Ale kto się dziwi?

 

 

Z przyśnienia

 

Miała być uczta na zgodę. Niestety

Ciągle czekaliśmy. Przywiędły kotlety

Przypaliło się w kuchni, ze śmietniska cuchnie

Sałatka już rzadka. Za długo czekała

Na tych, co mieli zmęczeni przygodą

Z narodową zgodą godzić się nietrwało

 

Nagle krzyczą: Ręce byle jak podali

Jest półzgoda! Zapłonął żyrandol. Na sali

Zdążono skisłe sprzątnąć, nowe podać

 

Weszli, ucztowali trochę krzywym pyskiem

Ale byli wszyscy. Podano dziczyznę

Podniesiono kielichy za wspólną ojczyznę

W kuchni mielono mięsa w drugą stronę

Nieprzypaloną. Co się rozpadało

Uklepano. Sałatka jak reduta trwała

 

Uczta bolała. Bo dusze i ciała

Nie były pogodzone, jak głoszono z gęby

Ale chociaż toasty przez ściśnięte zęby

Cedzili, to wypili

I to im policzy

Bóg miłościwy i naród cierpliwy

My- cośmy tupali za oknami sali

I szeptali: Na szczęście ryby nie podali

Ość może stanąć w gardle bo tak się otwarli

Wreszcie na siebie. W ostatniej potrzebie

 

Czy to mara, sen wiara. A, tego nikt nie wie.