Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Wpisy w kategorii: Wiersze



Wiersz na Wigilię

24 grudnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

Na onej górze już świecą się zorze
Idzie do nas światło Narodzenia
O dziwimy się w sobie: – ach to być nie może
Jakież wielkie rzucamy cienie?

 

Tacy mali i w takim zwątpieniu
Aż się nosem zaryłeś w ziemię
A tu cienie na skrzydłach ogromnych
Ulatują do Bożego domu

 

Trzeba ruszyć. Od cienia już się nie urwiemy
Jedną mamy duszę a ta poszła w zorze
Jak w mazura. No, to co? Trzaśniemy
Podkówkami jak to w polskiej ziemi
Choć buty za duże może

 

Narodzonemu tańczymy i gramy
Jak to w polskim kraju, pod wiatr i po grudzie
A kolędami dźwigamy sami
Co jest w nas utytłane w trudzie

 

Strach, czy się domyje smród nawet jasnością
Ale szoruj skórę aż do krwi, do kości
Ucz się śpiewać kolędę świetlistą,
Choćby głosem niezupełnie czystym

 

Gwiazda

Wiersze na dni Zaduszne

2 listopada, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze


Na wyspy


Na wyspy Blasket zagnały mnie wspomnienia

Żebym widział.

Nie do uwierzenia: Po ciemnym niebie

Gdzie wszystkie wiatry sprzeczne

Lecą dusze umarłych we wieczność

Niby ptak

Tylko jak? Nawet ptak

W tym niebie-kim jest nie wie

 

Wołamy do nich, choć nic nie widać

Nie wiadomo, czy im się to przyda?

Nad burą wyspą niech ląd będzie bliski

Niebu- bo tego im trzeba

 

I zobaczymy dusze, ktore burzą niską

Przyciśnięte były aż do morza

Jak ulatują w przestworza

 

Strzepują z wody skrzydeł słone lotki

Kropla spadła. Jej smak taki słodki

 

 

 

Wedle Irlandzkiej legendy, wszystkie dusze przelatują nad wyspami Blasket

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Borem, lasem

 

Nie dość, że borem- jeszcze muszą lasem

Wędrować ojcowie nasi

Nie dość, że na nich płaszcze nie blakują

To głód śmiertelny czują

 

On nie do zasypania- choć tłustym jedzeniem

Nie do ugaszenia, chociaż fundujemy

Światełko za światełkiem jak gorzałki kielich

Wszystko łykają w marszu

-Muszą tak, czy chcieli?

 

Bliziutko idą. Nagle nie wiadomo,

Czemu co chwila ktoś zbywa nam z domu

Było przy stole ciasno, aż trudno ruszyć łyżką

Byliśmy jak sklejeni. Teraz nam nie blisko

 

A najgorsze- W ucho nam terkocą

Jak to gdzieś za borem i lasem

Nasi idą przez zaprzeszłe czasy

Nocą

 

-Dosyć tego-

Z nienawiścią

Cieniom ojców gęby zatykamy

-Zamknijcie się. Dajcie pomyśleć…

Ale cienie muskularne. Z nami marniej

 

Nie dasz im rady. Nie zamkniesz ględzenia

Więc zmykamy w zdrady, otępienia

 

 

 

Dalej to

 

A nam, którzy niejedno zdradzili

Daj czas, Boże, byśmy tyle pożyli

Aż najem się po uszy wstydu

 

Dziś jak widać tego nie widać

W miłej stołówce naszej

Żeby siebie ktoś się przestraszył

I jedną łzą popił nagle

Co mu stanęło w gardle

 

Tu, choćbyś krwią się zakrztusił

Przeżuwamy. Nikt nic więcej nie musi

 

Więc nie muszę

Na moim talerzu

Dalej to śmierdząc leży

 

Więc uciekam na przyjęcia wytworne

Co śmierdziało- tutaj czeka- pokorne

Migam się, migam- Boże

 

Nie warto

I tak kiedyś podejdzie pod gardło.

 

 

 

x x x

 

U nas żyć nie umierać. Aby nie chorować

Bo ojczyzna na to niegotowa

Chociaż już przyjazna- trzeba przyznać

Zawsze dla tych, co ważni

Odważna Ojczyzna

 

Ale powolutku, może troszkę w smutku

I mniej ważni- bardzo poważnie

Zaczną udawać jak to gonią radość

Ja już niestety zbyt słabo

Ale reszta biegnie- do skutku

 

Taki kurz, aż zanikają

Ciągle dalej: Żyć, nie umierać!

A tym, co nie nadążają

Śmierć po życiu nie bardzo doskwiera

-Czy się boją?- Raczej się strachają

Sami siebie w tym, co dziś mają

 

Bo „jak się masz” to kłaniaj się życiu

Nie masz nic, to się trzymaj zdrowo

Tu się nie żyje chorobą

Bardzo złości każda chwilka słabości

Nie oglądaj się za samym sobą

 

 

 

Prasowanie

 

Uśmiechają się przez sen przyjaciele

Do mnie. Ja uśmiecham się do nich

To tak niewiele. Ale to nas obroni

Przed złym czasem, kiedy snu grymasy

Bardzo boleśnie ścinają twarze

 

Bo cierpimy, choć śnimy, co się nie wydarzy

A już się wydarzyło. Tak to jest, człowieku

Nie wyjdziesz na brzeg z ciemnej rzeki

 

Ale ta chwilka uśmiechu czasami

Jest jak pochylone drzewo nad wodami

Można ją złapać. Można się wdrapać

Po gałęziach na brzeg obudzenia

Uratowany. Mokry od spocenia

Cała pościel jest do wyrzucenia.

 

Niestety, jesteś średnio ubogi

Albo niedobogaty. Więc coś trzeba zrobić

 

Wrzucam do pralki zmięte pościelenie

Potem prasuję, długo i sumiennie

Wygładzam po zapomnienie

 

 

Śniłem, że Papież w komży tak skrwawionej

30 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

30 kwietnia – 1 maja 2011

 

Śniłem, że Papież w komży tak skrwawionej

Aż narodową barwę miała – stał u progu

I czekał milcząc by mu otworzono…

Dom był bez okien. Drzwi jak wieko grobu

Lecz nie wiadomo skąd było wiadomym

Że w środku coś chroboce, pełga jak westchnienie

Jak kamień niedobity…

Wreszcie otworzenie

Nadeszło. Rozłamały się wrota z łoskotem

I Papież wszedł do środka. I wybiegł z powrotem

I wracał i wybiegał w sutannie dźwigając

Obłamki które były ciałem jego kraju

Układał je mozolnie mrucząc — O, ten kamień

Bardzo wyraźnie ma Wawelu znamię

A to od Częstochowy kawałek ołtarza

A to ździebełko Narwi…

Świat za nim powtarzał

Skrzypiące nazwy i próbował skleić

Tak jako być powinno. Lecz nie po kolei

Nie podług prawdy było, bo sens był złamany

I przed narodów okiem kraj nieznany

Odradzał się tak straszny że każdy się wzbraniał

Dotknąć palcem i sprawdzić jego Zmartwychwstania.

 

2.II 1982

 

1 Maja

Nad jeziorem (nowy wiersz na Wielkanoc)

23 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze


Nad Jeziorem- fot. Madzia Bryll

 

Po Zmartwychwstaniu Panie, poszliśmy na Twoje wezwanie

Do Galilei. Naprawdę nie było w nas wiele nadziei

 

Wszyscy nad Genezaret sławnym jeziorze starym

Bezradnie przycupnęli

 

Czy chcieliśmy być razem? Nikt nie rozpalił od razu

Nawet ogniska. To wszystko

A też najprostszej potrawy

Nikt nie miał na to spotkanie

 

Dlaczego? Czy wielkie sprawy

Umarły przed Zmartwychwstaniem

I nic się nowego nie stanie?

 

Bo co jest z Jego ciałem

Zmartwychwstał? Czy tak się zdawało

Śmierć z życiem się poplątała?

 

Samotni. Milczeli. Siedzieli

 

A On szedł radośnie. Bardzo Ludzki i Wieczny

Niósł smaczną rybę – żeby na spotkaniu

Radować się wspólną pieśnią i ryby smakowaniem

Bo wrócił do nas, do swoich. Wołał – Obudźcie się wreszcie

Upieczcie na ogniu rybę. Jestem. Nie gapcie się na mnie

Bez myśli bez wspomnienia w strachu niezrozumienia

Nie lękajcie się. Cieszcie.

 

 

Kwiecień 2011

 

 

 


Wielkanocne porządki

21 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

Wielkanocne porządki trzeba zaczynać
Od piwnicy ponoć. Dawno nie byliśmy
A tam może prawdziwa przyczyna:
-Pucujemy dom a nie jest czysty…

 

Piwnice – po wierzchu. Bo nikt nie wymaga
W naszym mieście żeby głębiej coś pamiętać
Chociaż na zasypanych piętrach stoją fundamenta
Warszawy. O tym gdzie idą korzenie
Kanałów – lepiej nie myśleć. Myślenie
Jak zmora może się ziścić

 

Więc, skończyliśmy czyścić
Najpłytsze piwnice
Nie grożą niczym

 

No, może zawstydzeniem za to zagracenie:
Coś kupiliśmy kiedyś pono w dobrej cenie
Było zdrowo i miło a jakoś przegniło
Ale mówiąc szczerze aż trudno uwierzyć
Jak łatwo się sczyściło

 

Najpierw to co piwniczne i suterenowe
Potem łóżkowe, powszednie, kuchenne
Są też wypucowane miejsca niecodzienne
Jak na przykład sumienie – sumiennie

 

Gorzej z przemienieniem. Kto się zmienił?
Choć użyliśmy środków najmodniejszych
Do zabicia smrodu – smród się nie umniejszył

 

Wielkanocne porządki znowu nie gotowe
Kto da radę zaczynać od nowa?

 

Kwiecień 2011

Dziewięć wierszy na 10 Kwietnia

10 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

Pisałem dawno…chyba są także na dziś.

 

EB

 


Przy kominku ojczystym

 

 

Przy kominku ojczystym, no może przy kuchni
Palimy sobie niepotrzebne na nic
Stare wspomnienia. Niestety cuchnie
Bo nie palimy, tylko upychamy
Sprawa za sprawą. Palimy jak śmieci
Wszystko co nasze. Niech nic nie wyleci
Z domowej kuchni – bajki. Nie wiadomo gdzie

Ach bajka, przy kominku lepsza jest niż te
Darcie papierów – jakbyś swoje, życie
Oskubywał jak skrzydła ptaka znajomego
Ale już nieważnego, dawno ubitego
Cuchnie to stare pierze. Chyba je spalicie?

Tylko kominem pójdzie straszny smród
Wiec może lepiej te piórka tęczowe
Upchnąć do poszewki
Niechaj młode głowy
Mają niepewne poduszki dla snów

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

Czy jesteśmy prawdziwi…

 

 

Czy jesteśmy prawdziwi, czy też gramy?
Taką ojczyznę, że i zgłupieć można
Wciąż pewni swego jakby niebios bramy
Broniły nas…

A tu na ostrze noża
Na szerokość złego słowa są
Sąsiedzi nasi

Co myślą o kraju
Który przedstawiamy. Jaki będzie sąd
Czy nasz teatr poznają czy też nie poznają

Jak żelazne ich twarze kiedy nawet klaszczą
Kiedy nas nienawidzą a kiedy z nas szydzą?
Cedząc:- Tak z nimi zawsze…

 

 

Z 2007 roku

 

 

Sami zdeptaliśmy tłumnie…

 

 

Sami zadeptaliśmy tłumnie
Delikatny ślad na pierwszym śniegu
Jak inaczej? Każdy już w biegu
I nikogo nikt nie zrozumie

Wcześnie. Prawie wśród nocnej ciszy
Zanim ziemia z niebem się uleży
Niszczymy te znaki świeże
Pewne – chociaż niewidoczne prawie
Właśnie wtedy gdy w zbielałej trawie
Na ukos, po szronie kruchym
Przemykają wracające duchy

A skąd? Nie wiadomo lecz warto
Wierzyć: Do nas wracają. W otwarte
Usta, półoddech o świcie
Jak powraca dobre serca bicie

Tylko ślad – jak zwykle – zatarty
Zadeptany. Nigdzie nie prowadzi

Może jutro będzie bardziej świeży
Wreszcie ziemia z niebem się uleży
I uładzi…

 

 

Z 2007 roku

 

 

Z każdego kąta domu…

 

 

Z każdego kąta domu
Wyłazi co było wiadomym
Ale tak okryte kurzem
Że zrobiło się nieduże
A przydeptane siłą
Niby w ogóle nie było

Czy znaliśmy tę gębusię gdy tłusta
Mrugała do nas z lustra
Nie tak jak dziś spodlona
Ale zadowolona
Nie z pyłem pajęczyny
A zawadiacką miną?

Z rany lustra ze szpary ściany
Wyłazi niepamiętane
I mocno jest niekochane

Po co ten zamęt?

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

PRZYBYLI

 

 

Przybyli ułani długo przeganiani
Z naszej półpamięci. Za nimi piechury
W kompanii zwiadu mój ojciec. Ponury
Jak nigdy na tej ziemi.

Żyli, byli z nami – Nie sobą a obok
I nie mogą dojść drogi do domu
My w nim mieszkamy. Im nie wiadomo
Czy nasz dom powrócono?

My prawie pewni, że nasz – a dla nich
Czegoś zabrakło. Chodzą bezdrożami
Skrobią w okienko – nazbyt z ostrożna
Zaprosić ich do dziś nie można

Czy oni nie słyszą czy nie mówimy
Najważniejszego słowa?
Oni pytają: Hasło! Odzew! Cóż, stroimy miny
Bo nie gotowe

Obraca się nasz jęzor pokutny
Jak bułanek obcą ostrogą pokłuty

 

 

Chrabąszcze, Gaudium, Lublin 2009

 

 

Trzeba być przy sobie…

 

 

Trzeba być przy sobie choć nam kraj pocięli
Jak życie

Przecież domy z naszej świata strony
Stykają się ścianami z domami w ich kraju
Nawet słyszymy kiedy dotykają
Naszego. Znaki nam czynią wiadome

My się przemycamy, oni przemycają
Na obie strony

 

 

2009

 

 

Portret kynologiczny

 

 

…. Gończy polski. Stara rasa ponoć
Na pół żył gdy go odnowiono
Wedle wzorców szczytnych, starożytnych

Na łańcuchu w obcych stronach głodzony
Kiedyś było tam szlachectwo polowań
On nie wiedział. W budzie się chował

Więc choć wrócił do polszczyzny od nowa
I ogona pod siebie nie chowa
Choć się zbiera do pogoni – nie wie gdzie
Można teraz rozpędzić się?

Znów wpisany jako rasa stara
W księgi świata. Nieźle się stara
Na wystawach wygrywa. Jest w cenie
Ale z kraju co jest przypomnieniem
I dawnego i niepewnego

Stąd jak kundel nagle szczerzy kły
Bo pamięta swój łańcuch jak ty
Do upadłego

 

 

Z 2007 roku

 

 

Jak ranni wielkie słowa wracają…

 

 

Jak ranni wielkie słowa wracają do domów
Ośmieszone, kalekie
I jak pomóc niepotrzebnym nikomu
Jak zapewnić opiekę

Jeszcze serce jest w nas. Budujemy
Szpitale dla inwalidów
Niech idą
Zapadną w ciemność
My wreszcie odpoczniemy

Mamy serce. Trzeba ich oszukać
Więc kłamiemy. Gadamy, gadamy
Przez tę chwilę gdy ich odwiedzamy
Że jesteśmy – chociaż nas nie ma
Niech w to wierzą nim pójdą do ziemi
Niech przed Bogiem opowiadają
Jak piękną Polskę mają
Jaki dom
Jakie dzieci
Jakie wnuki
Mamy serce. Trzeba ich oszukać

 

 

Z 2008 roku

 

 

Z lektury…

 

 

- Spisane będą czyny i rozmowy –
Ale kto spisze? I zapisze co?
I jakie potem uczone głowy
Będą rozjaśniać pamięci noc

Za wielu dumnie stoi nad nami z lampami
Czasem coś i rozjaśnia, czasem prosto w oczy
Świeci. Oślepłeś. Może wtedy w nocy
Przemykają się cichcem ci co jeszcze krwawe
Znaki noszą na sobie? I może łaskawe
Są dla nich blaski oślepiające
I te szeptania, spojrzenia znaczące?

Spisane będą czyny. Lecz komu przypiszą
Te czyny i rozmowy…
I jakimi słowy
Dla jakich władców, je piszą?

 

 

Z 2007 roku

Dwa Wiersze na Gromniczną

1 lutego, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze
List Pierwszy 

 

Na gromniczną – pisał – światła liczne

Zapalały się. Gorzały świece

Ale przyszły wielkie zamiecie

Poszły z dymem wioski pograniczne

I granica Polski poszła – Kto ją wie

Gdzie? Tak u nas zadziało się

 

U nas? A kto pewny gdzie „nasze”

Czy ta ziemia? Czy ta ze wspomnienia

Zaśniesz – dziwne sny we snach straszą

Może tych, co stąd byli pędzeni

 

Gdzie granice, czy te gromnice

I ten płomyk? Czy ochroni domy

Przed łakomym wilkiem

W tych stronach

Nie ma wilków. W nas się odmieniły

 

A czy będą choć spokojnie żyły

Z nami. Póki gromnica płonie

Bo sam czuję:

Wilk we mnie się łasi

Do ciemności. Chce gromnicę zgasić

 

2010

 

Światło

 

List Drugi 

 

-Ani biało anielsko, ni czarno

Diabelsko – niedoszaro, nielotnie, przymarno

 

Ale ten śnieg, nie śnieg – pełznie przypływem

Fale sięgają aż po okna krzywe

Naszych bloków. Bo w blokach siedzimy tej zimy

Windy stają dęba a my się boimy

 

W okna parterów i pierwszych pięter

Zaglądają twarze znajomo wykrętne

To nasi przyjaciele. A nawet my sami

 

Więc kim jesteśmy siedzący w mieszkaniu?

I cóż że świece mamy, drżąco wywijamy

Gromnicami. Zaślepiamy szyby obrazami

Które kupiliśmy kiedyś tak, dla szpanu

Bo Matka Boża taka odpustowa…

 

Odebrało nam mowę. Z bardzo pięknych panów

Pań delikatnych w makijażu szczerym

Robią się wadery, z nas tępe basiory

 

Okropne przyszły pory. Więc ty się zastanów.

 

Wigilia

24 grudnia, 2010
Kategorie wpisu: Ważne Komunikaty Domowe, Wiersze

 

Idą pasterze patrząc na bajery…

 

Idą pasterze patrząc na bajery martwe

Gazety podarte. Foldery nieszczere

Przyjaźnie niewyraźne. Piwo, co otwiera

Ktoś, zapatrzony martwo w światłość komputera

 

Opłatki – gadu, gadu. Spotkania bez śladu

Ślisko na twardym dysku. Lecz jest zapisane

Dziwne zjawisko: Jesteśmy tak blisko

Już prawie mamy. Czego dotykamy?

 

Narodzenia- płomienia

Czy tylko reklamy

 

Ale wielu z nas wierzy, że nie sztuczny ogień

Jest Gwiazdą, co prowadzi. Bo za chwilkę zgaśnie

Więc wędrują szukając – gdzie Dziecko, co Bogiem

Jest. Siebie niezakłamanych, tam odnajdą właśnie.

 

 

Od nas wszystkich Bryllów i naszych zwierząt życzenia wędrówki za Gwiazdą.

Grudzień 2010

 

Betlejemskie Światło Pokoju

 

Pierwsza Niedziela Adwentu

28 listopada, 2010
Kategorie wpisu: Wiersze

Śnieg

 

Roraty

 

I unieśli się z chrypieniem modleniem

Jeszcze trochę , jeszcze ciut nad ziemię

Przykurczeni – bo straszne ciśnienie

Gdy nawet o milimetr

Unosisz swoje imię

 

Ale za to wieczności próg

Za wysoki dawniej dla nóg

Był niżej . A światło już liże

Cieniutką pod drzwiami szczelinę

 

Cóż , jak zawsze , ktoś zapomniał imię

Prawdziwe niezmiennie codzienne

I znowu dla nich ciemność

Bo spadają

Światło ginie . Przygasło

 

Ale się twardo trzymają

Niełatwo lecieć i kasłać

Trzy wiersze na 11 Listopada

11 listopada, 2010
Kategorie wpisu: Wiersze

 

x x x

 

Gdzie jest twój kraj? W pamięci. Inni mówią- w duszy

A inni- w sercu

Miejsca bardzo mało

Zostało

Trudno się ruszyć

 

Pamięć już niejasna, a dusza przyciasna

Dla procesyji pytań- wciąż bez odpowiedzi

Dla serca- lepiej za granicą siedzieć

Ale i w kraju boli raczej średnio

Mali się zrobiliśmy- tak na dzień powszedni

 

Przeżyło się niejedno, a więc lepiej dmuchać

Na zimne

Więc dmuchamy. Na razie na sucho

Dla przyzwyczajenia. Bo kiedy się zmienia

Pogoda groźna- z wiatrem dmuchać trzeba

Jak się pomylisz, ślina cię oblewa

Samoswoja. Niektórzy już zgrabnie ścierają

Co opryskało twarze. Twierdząc: -To łzy kraju

Ze szczęścia zapomnienia, duszy przygaszenia

I serca, co się rusza- aby dla istnienia.

 

Gdzie się twój kraj zaczyna, a gdzie już gotowy?

Cóż, kraina urwana w pół słowa

 

 

 

Małe

 

Małe dzisiaj mieszkania. Bez strychów

Za nic nie upchniesz po cichu

Niepotrzebne, co z nas zostało

 

A więc jedni idą w życie na całość

I nocami pod śmietniki stawiają

Graty, bo się teraz nie zgadzają

Z nimi

Nowymi

Takimi, że dreszcze

Od stóp do głowy

 

Inni słabi jeszcze

Wstydliwie upychają pod groby tapczanów

Świat kiedyś ukochany. Niestety, tam płasko

Za dużo kurzu i nie bardzo jasno

I niebezpiecznie. Pleśnie dawnych myśli

Sny oplątują mgliście

 

Na szczęście w balkony

Wyposażono jeszcze kiedyś domy

Tam gęsto zawieszone- nie bardzo do pary

Nasze dawne skóry- ponure sztandary

 

Popatrzysz w górę: Dom aż obrzydliwy

Ale kto się patrzy? Ale kto się dziwi?

 

 

Z przyśnienia

 

Miała być uczta na zgodę. Niestety

Ciągle czekaliśmy. Przywiędły kotlety

Przypaliło się w kuchni, ze śmietniska cuchnie

Sałatka już rzadka. Za długo czekała

Na tych, co mieli zmęczeni przygodą

Z narodową zgodą godzić się nietrwało

 

Nagle krzyczą: Ręce byle jak podali

Jest półzgoda! Zapłonął żyrandol. Na sali

Zdążono skisłe sprzątnąć, nowe podać

 

Weszli, ucztowali trochę krzywym pyskiem

Ale byli wszyscy. Podano dziczyznę

Podniesiono kielichy za wspólną ojczyznę

W kuchni mielono mięsa w drugą stronę

Nieprzypaloną. Co się rozpadało

Uklepano. Sałatka jak reduta trwała

 

Uczta bolała. Bo dusze i ciała

Nie były pogodzone, jak głoszono z gęby

Ale chociaż toasty przez ściśnięte zęby

Cedzili, to wypili

I to im policzy

Bóg miłościwy i naród cierpliwy

My- cośmy tupali za oknami sali

I szeptali: Na szczęście ryby nie podali

Ość może stanąć w gardle bo tak się otwarli

Wreszcie na siebie. W ostatniej potrzebie

 

Czy to mara, sen wiara. A, tego nikt nie wie.