Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Witamy na nowej stronie! Przenieśliśmy się na system Wordpress, także od dziś możecie zostawiać pod zapiskami Ernesta komentarze, i przeszukiwać archiwum za pomocą pola 'Wyszukaj', o tam, po lewej, pod maszyną do pisania.

Pozdrawiamy,
Internetowe Krasnoludki

Dlaczego kochamy Irlandię?

12 marca, 2010
Kategorie wpisu: Irlandia

Moi Drodzy! Skoro jest marzec i zbliża się dzień Świętego Patryka, przerywam na chwilę wspomnienia z młodości i opowiem wam trochę o Irlandii. W latach 1991-1995 byłem tam Ambasadorem RP.

 

Wszystkie wpisy ‘Irlandzkie’ znajdziecie pod zieloną zakładką ‘Irlandia’.

 

A oto, co pisałem o Irlandii jeszcze w 2001 roku…

 

Od paru lat jest moda na kochanie Irlandii. I wielu Polaków kocha tę „Wyspę Zieloną, Szmaragdową”, te stare pieśni, poezję… No i wierzy, że pomiędzy nami a Irlandczykami istnieje tajemna więź. Tworzy ją podobieństwo dziejów, walki o kraj.

Trochę tak jest. Ale pomyślcie…

Walka o polskość często jest dla nas jednaka z walką o język polski. O kulturę. O literaturę. Często myślimy że utrata języka jest utratą tożsamości narodu.

 

A w Irlandii? Przecież olbrzymia większość Irlandczyków, czujących, że zbudowali swoją irlandzką kulturę nie zna języka irlandzkiego. Formalnie irlandzki, czyli jeden z języków celtyckich, czasami zwany gaelikiem, jest państwowym językiem Republiki. Angielski jest drugim językiem urzędowym.

Po odzyskaniu niepodległości, w latach dwudziestych zeszłego wieku (piszę w latach dwudziestych, ponieważ formalnie biorąc trwał ten proces parę lat, zależnie od tego co rozumiemy jako moment prawdziwej niepodległości), więc, wtedy gdy powstawała wolna Irlandia, starano się nawet administracyjną drogą zmusić ludzi do mówienia po irlandzku.

Nikt bez znajomości irlandzkiego nie mógł być pracownikiem państwowym. Uczono się więc na potęgę. Tworzono normy tego języka, szukano słów na określenie różnego rodzaju spraw politycznych, prasowych. I często kończyło się tym, że znający irlandzki mieszkańcy okręgów gdzie zachowano go w codziennym życiu, nie mogli się porozumieć z tymi, którzy mówili tak zwanym językiem literackim. Skodyfikowanym na nowo.

I nie dlatego aby irlandzki miał ubogą literaturę. To jest przecież jedna z najbogatszych kultur o tradycji sięgającej wieków. O poezji, która zachwycała Europę w 6, 7, 10 wieku. O prastarych uczelniach.

Ten język, powszechny jeszcze w Irlandii w końcu 18 wieku, umierał błyskawicznie. Co więcej, przestawał być językiem polityki i prasy. Historia i brytyjska dominacja spowodowały, że różne okręgi grupujące ludzi mówiących jeszcze co dzień po irlandzku używały dość odległych od siebie dialektów.

Tak więc, wyobraźmy sobie Polskę gdzie olbrzymia część obywateli nie używa polskiego. Gdzie całe dziedzictwo narodowej literatury począwszy od Reja, Kochanowskiego, Morsztyna, Potockiego, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskiego itd… jest nam znane tylko z przekładów. Naszym językiem, który ma nas wyrażać jest język najeźdźcy.

 

Bryll i wyspy BlasketOdwiedzałem Wyspy Blasket. To właśnie te zielone wzgórza na oceanie. Napiszę jeszcze kiedyś o nich, a Małgosia pewno już dziś doda coś na swojej stronie. Fenomen Blasket to szczególny przypadek powstania i śmierci wielkiej literatury w ciągu zaledwie jednego stulecia.

 

Na skraju wybrzeża zachodniego, czyli w okolicach Dingle, są jeszcze skupiska gdzie mówią na co dzień po irlandzku. Okręgi te otrzymują dużą pomoc państwową. Specjalne dotacje na szkoły uczące w języku irlandzkim, specjalne fundusze na miejscową kulturę…

Pieniądze bardzo ważne. Bo z tych miejsc ludzie przenoszą się często do bardziej przyjaznych choć mniej pięknych okolic.

Pomoc państwowa, jak to pomoc państwowa. trzeba sprawdzać zasadność wydatków. Więc sprawdza się: czy rzeczywiście w domach mówi się po irlandzku? Szczególnie, czy mówi się z dziećmi? I tak można ironicznie powiedzieć z jednej strony – pieniędzy szkoda, z drugiej – jak utrzymać tę nieco schizofreniczną sytuację kiedy ogląda się irlandzką ale angielskojęzyczną telewizję, w niej filmy amerykańskie o Dzikim Zachodzie, a ma się mówić o nich z kolegami po irlandzku. Choć angielski każdemu jest dobrze znany.

Więc, klęska tych którzy wiązali odrębność irlandzką z językiem. I dziwne zwycięstwo w obszarze języka angielskiego.

 

Każdy wie, że angielski to „obszar językowy”. Grupujący już wiele odmiennych języków angielskich takich jak choćby australijski, czy amerykański. A ludzie mówiący angielskim, którym porozumiewamy się na świecie jako swoistą łaciną, czasami nie są w stanie zrozumieć najbardziej rdzennych mieszkańców północnych hrabstw Wielkiej Brytanii czy nawet Londyńczyka.

W tym obszarze angielsko-irlandzka literatura zdobywa miejsce szczególne. To bardzo bogaty rozdział. Również językowy. Wystarczy poczytać poetów irlandzkiego-angielskiego języka aby zauważyć, że w ich metaforach bezwiednie kwitnie stara struktura irlandzkiej mowy, że składnia jest inna niż anglosaska, że ekspresja zupełnie odrębna. I, że oni zaczynają wyznaczać najdoskonalszy kanon wielkiej, angielskiej mowy. Oni idą najbardziej obiecującymi drogami języka.

To tyle na początek.

Aby zostać przy poezji zacytuję wiersz. Pomyślcie, jest to utwór poety który urodził się około 1580 roku a zmarł najprawdopodobniej w 1640. Mahon O’Heffernan (podaję jego nazwisko w zapisie angielskim- w zapisie irlandzkim to Mathghamhain Ó Hifearnáin) był poetą żyjącym w tym czasie co Polacy pamiętający jeszcze osobiście Jana Kochanowskiego. Ale o czym pisze?

 

Mój synu, zdradź poezję

 

Mój synu, zdradź poezję

Którą twój ociec poślubił

Dawniej dawała sławę

Dzisiaj cię może zgubić

Nie służ jej i nie szukaj

Miary irlandzkiej mowy

Czystości sensu i sztuki

W tępocie wierszy nowych

A jeśli brednie ci miłe

I rymy z grzbietem złamanym

I kompozycje zawiłe

Zostaniesz poetą uznanym

Chociażbyś głosił mądrości

W cudownej mowie Galów

Dziś w tej krainie wściekłości

Tylko nienawiść chwalą

Więc odejdź. Nie spisuj historii

By żyli w ludzkich wspomnieniach

Nie warci są takiej glorii

Ni irlandzkiego imienia

Oczyść z goryczy swą mowę

Pisz swoją prawdę uparcie

I nie obmywaj ich słowem

Bo krwi swych przodków nie warci

Pisz o tym, co dobre i szczere

Ciężka, samotna to praca

Nie szlifuj dla kariery

Hymnów o obcych władcach

Ginie irlandzka rasa

Kłamliwi prorocy powstają

Piejąc o nowych czasach

Dynastiach z cudzych krajów

Obcy zza morza przybyli

Na ziemie naszego plemienia

Nie pozwól, aby nosili

Dumnego królów imienia

Odeszło w zapomnienie

Co dawniej pięknem było

Co wszystkich nas łączyło

I wiersz już nie jest w cenie

 

Czy poecie polskiemu, jeszcze przez wiele lat a może wieków przyszło by do głowy pisać tak do syna? A to dopiero początek zagłady. W następnych listach o Irlandii zacytuję parę wierszy.

 

Po co?

Po to, aby pokazać jak straszne było umieranie tej kultury. Jak kraj ten przeżywał dramaty po których można by pomyśleć: koniec Irlandii. I jak zupełnie inaczej i w sposób nieprzewidywalny zmartwychwstała ta kultura.

A i po to, aby moi polscy czytelnicy uczyli się o innych dramatach, innych zmartwychwstaniach. Żeby nasze tragedie nie wydawały się nam jedynymi.

By Polska, nie była dla nas jedynym tzw. Chrystusem Narodów. Są tacy których krzyżowano i dłużej i okrutniej…



Międzygórze

11 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ruszyliśmy z Kaziem do Międzygórza. Był trzeci dzień Świąt Bożego Narodzenia 1951 roku. Odrzucony przez wydział dziennikarski, zdążałem oto zwycięsko na Ogólnokrajowy Zjazd Młodych Polonistów.

I za bilet płacili.

Moje wyposażenie intelektualne na Zjazd: książka z wierszami Norwida, którego poezje przypadkowo poznałem przez Mietka Czychowskiego, a on dowiedział się o Norwidzie od kogoś na trasie Ostrołęka – Gdynia. Bardzo pasował nam Norwid. Głupio się przyznać, ale nic o nim wcześniej nie wiedziałem.

 

Teraz jedziemy pustym, świątecznym pociągiem. Chyba ze dwanaście godzin. Pojadamy, popijamy i czytamy. Ja Felchnerowi Norwida, Felchner mnie już nie czyta, ale recytuje, czerpiąc z obfitej skarbnicy własnych wierszy.

Mam też na sobie czerwone spodenki gimnastyczne. Takie bokserki. Nie wiadomo na co liczyłem, ale ukryta czerwień jedwabiście lśniących bokserek dodaje mi otuchy i wywyższa intelektualnie. Czuję się jak na ukochanych przez wszystkich chłopców fotografiach. Poza bokserska. Skryty za rękawicami. Podwójna garda. Nie mam rękawic, ale mam w ręku poezję.

W Bystrzycy Kłodzkiej nie ma wieczorem połączenia do Międzygórza. Nie wiadomo gdzie spać. Nieco przerażeni, ruszamy szukać przytułku. Może w jakimś klasztorze?

Ale, ale. Mamy przecież pieniądze i delegację. Delegacja, to była wtedy rzecz ważna. Otwierała legalne bramy hoteli.

No i mamy pokój. Wysoki, nieco nieregularny. Pierwszy pokój hotelowy w moim siedemnastoletnim życiu.

 

Przedtem w czasie wędrówek, koczowało się w jakichś noclegowniach. Najdziwniejszą zapamiętam na zawsze. Był to wysadzony bunkier w Warszawie w marcu 45. Dziwne miejsce do spania. Bo ten bunkier został nienaruszony, tylko wybuchem uniesiony. I spało się na krzywej, niby górska hala podłodze. Z ciągłą obawą czy jednak betonowy potwór nie chybnie i nie wróci na dawne miejsce.

Ale czemu ja na ten zjazd? Przecież poza marynarzami był jeszcze Janek Piepka, autentyczny Kaszub w naszym kole. Był wspomniany Mietek Czychowski. Zdolny i ważny potem poeta. Trochę jak wielu moich kolegów, zalał swój talent wódeczką. Ale jak wspaniale widział. I jak to umiał napisać!

 

Na listeczku dzieciństwo płynie

Po wstążeczce błękitnej Narwi

 

Bardzo lubiłem ten wiersz. Bo to o naszej rzece domowej. Najbliższe rzeki ograniczające krainę dzieciństwa mojego to przecież Bug od Małkini i Narew.

Żeby się nie rozrzewniać, wspomnę Mietka malarza. Zapowiadał się świetnie. Gdyby wytrwał byłby obok Kiejstuta Bereźnickiego. Kibicowałem obu gdy stawali na szkołę malarską w Sopocie. I Mietka bohaterskiego. Stawał się czasem po wypitce większym niż herosi ruskiej byliny. Wtedy odpasywał swą sztuczną rękę – bo był, jak wielu z nas kaleką wojennym – i wywijając tym groźnym orężem, szedł w ciżbę niby Słowik Rozbójnik. Równać się mógł z nim Edek B., niewidomy, też kaleka wojenny. Flankowany z boków i dobrze prowadzony, był straszny w bitce. Walił na słuch.

 

Ale to późniejsze czasy. Kiedy jestem już członkiem grupy Współczesność i gościem Festiwalu Poezji w Poznaniu. Zanim więc nasza horda wierszopisów zacznie plądrować to spokojne wielkopolskie miasto, mówmy o delegacie na zjazd w Międzygórzu.

Więc czemu nie pojechał Janek Piepka? Może dlatego, że dopiero co zaczął pojmować, iż językiem jego pisania jest kaszubski. Że to co po polsku składa mu się sztywno, w kaszubszczyźnie nagle żyje. Jest giętkie, barwne. Każde słowo na swoim miejscu. Znałem wielu Kaszubów. Pewno jestem i z tą nacją trochę spokrewniony. Mówią poprawnie po polsku. Ale pisanie wiersza, to właśnie wychodzenie poza normę, budowanie czegoś nowego.

Kto Jankowi Piepce uświadomił siłę jego kaszubskiego? Może Leszek Bądkowski, bo trochę się nami zajmował. Ważny był dla nas.

W niecały rok po zjeździe w Międzygórzu zdawałem egzamin na polonistykę. Jedyny temat, który dawał mi szansę, to było coś o nowej powieści. Wszyscy pisali o Pamiątce z Celulozy Newerlego. Ja nie, choć przed egzaminem przeczytałem sławną wówczas powieść.

Dlaczego? Bo nie rozumiałem co pisze Newerly. Dla mnie, prymitywa bibliotek, jego pisanie było jak szyfr. Długo nie łapałem o co chodzi, co to znaczy ten Szczęsny. I co ma niby kojarzyć mi się z jakimś Przedwiośniem. Z Żeromskiego znałem tylko Wierną rzekę.

Bądkowski pewno uświadomił Jankowi Piepce, co trzeba i narodził się Staszków Jan, znany poeta kaszubski. A ja korzystając z poznania Bądkowskiego, pisałem na egzaminie o jego powieści Kuter na strądzie. Była to rzecz o maszoperii rybackiej.

 

Egzamin zdałem.

 

Ale kiedy jeszcze jechałem do Międzygórza, marzyłem o tym jak to nagle zabiorę głos w dyskusji. Olśnię profesorów i ci przyjdą proponować mi przyjęcie na drugi rok studiów. Bez egzaminu.

Stało się inaczej. Głosu nie zabrałem. Z gębą otwartą słuchałem. Nie rozumiałem, o co spiera się Kott i Żółkiewski z młodym Lichniakiem.

Najlepsze były spotkania wieczorne. W gdańskiej grupie było parę ładnych studentek. Też szczerze naiwnych literacko. Więc zaczynaliśmy niby przypisane na ten dzień marksistowskie analizy. A za chwilę, Felchner popisywał się staniem na rękach. Był mistrzem tej sztuki.

Zresztą, co było bawić się w analizy. Nasz marksizm był prosty. W tym upatruję siłę jego oddziaływania na naiwnych, prymitywnych młodych. Po opanowaniu paru chwytów, wszystko dało się zanalizować. Wiedzy nie było trzeba, bo po co wiedza o królach i wodzach, kiedy historię tworzą masy. Indywidualności i odmienności pisarzy – po co? To pachnie głupstwami jakiejś mieszczańskiej fenomenologii. A wielcy profesorowie zapewniają, że nastąpi masowy akt twórczy klasy robotniczej, kiedy tylko zwycięska myśl techniczna komunizmu uwolni proletariat od jarzma fabrycznego znoju.

Trochę bałem się spotkań z warszawiakami. Było tam paru naprawdę utalentowanych, choć prymitywnie zmarksizowanych. Co ja się wyśmiewam? Przybyłem za rok na uniwersytet i też się znalazłem w tej mistycznej tłoczni co wyciskała nam resztki oleju z głąbiastych łepetyn.

Jednak wtedy wydawali się Inni. Zamknięci w swojej grupie. Zatopieni w nieznanych nam a ważnych sprawach. Chodzili jak chodzą, wiedzący o rychłej zmianie wszechświata. Pośród nas. Ciemnego tłumu.

Czułem, że mają klucz. Do „wszechwszystkiego”. Bo przecież to, co wokół nas, musi być logiczne. A bezład i niejasność jest tylko wynikiem naszej nieznajomości zasady – prawa wszechświata. Historii. Ona, kiedy mamy klucz, jest zawsze po naszej stronie. I kiedy przekręcimy tym kluczem mistyczny zegar przyszłości, wszystko pójdzie logicznie.

 

Nie będzie złodziejów – bo po co kraść w sytym proletariackim społeczeństwie.

Nie będzie wojen – bo wojny, to nie interes proletariatu ale kapitalistów co ogłupiają ludy.

Nie będzie sprzedajnych uciech – bo nie będzie pokusy pieniędzy.

Nie będzie głodu – bo każdemu wedle jego potrzeb, a od każdego wedle jego sił i zdolności…

 

Proszę uwierzcie mi. Tak zaczynaliśmy wierzyć. Może właśnie dlatego, że hasła te były porażająco prostą odpowiedzią na wszystkie pytania.

 

My, z czasów szeptu, niejasności, krwi, nienawiści, niepewności wobec wszystkich norm i bohaterów mogliśmy otrzymać odpowiedź. Co więcej – odpowiedź usprawiedliwiającą niejako. No bo jak się nie wiedziało na czym polega błąd świata, to się w błędzie żyło.

Nie śmiejcie się. W 55 roku i w 56, bardzo wielu, poważnych ludzi pisywało z poetycką naiwnością czym nie jest socjalizm i dochodząc do pytania czym jest dawało odpowiedź ostatecznie naiwnie podobną i pełną optymizmu – niby wyciśniętą z naszych głów głąbiastych.

Tak więc, niemal na klęczkach przystępowałem do zaszczytu poznania grupy warszawskiej. Po chwili okazało się, że jesteśmy w domu. Może warszawiacy już się nasłodzili prawidłowościami marksizmu, ale Felchner znów zachwycał swoim staniem na rękach. A potem ruszyła wzniosła, ideowa zabawa.

Krąg. W kręgu przywódca. Przystojny, czarniawy, lekko kosooki – ach, jak to się wtedy ceniło. Zwinnie przytupując drobi i śpiewa.

Po raz pierwszy słyszałem wtedy tak śpiewaną rosyjską pieśń żołnierską. Nie te Katiusze zawodzone w 44 niby wesołe a pełne rozdzierającej tęsknoty.

W tamtych pieśniach jakie słyszałem od Rosjan, kiedy przyszli na moją ziemię dzieciństwa, frontowi żołnierze nadawali wiadomość: Z nami kłopot jak z żołnierzami. Ale front ruszył i przyjdzie druga linia. Spece z Nie Wiesz Kiedy Wrócisz do Domu.

Młody chłopak w czerwonej koszuli odwracał się do mieszkańców naszej wioski i śpiewał pięknie oraz rozpaczliwie:

 

Oj doswidania, oj doswidania

Ja nie zabudu toho stradania

 

Mołojec w kole warszawskich polonistów, to był inny, nowy człowiek. Przystanął i zaciągnął. Głosem ładnym. Stepowym. Skąd go miał?

 

Hej, hej, krasnyj gieroj

Na razwiedce bojewoj

 

I wszyscy w kole starali się naśladować kozaka.

Było w tym piękno dzikie. Jakaś nieznana wspólnota. Kiedyś w 48 roku, nasz biedny obóz harcerski gościł u młodzieży z prominentnej kolonii. Było to w zamku sudeckim. My zanuciliśmy swoje biedne, ogniskowe, leśne piosenki, a oni na to:

 

Do mazura stań wesoło!

 

Cała kolonia na wszystkich piętrach pałacu huknęła zgodnie. Było to porażające.

Jedność. Tożsamość. Przynależenie. Przypisanie. Określenie – widać tęsknota za takim niby wzniosłym niewolnictwem siedziała i we mnie. W głębi ducha, chyba młodziutki państwowiec, chciałem jasnej idei, jasnego państwa, jasnego wojska, znaku, sztandaru, hymnu.

 

Na szczęście wirowanie koła zakończono. Zaczęła się popijawa. Wtedy po raz pierwszy w sposób obiecujący przytuliliśmy się z pulchną czarnulką. Ruszamy na spacer. Jest śnieg, lód, ale noc pełna tajemnic.

Pierwszy pocałunek. I poślizgnąłem się potężnie. A że to było na przełęczy oblodzonej drogi, pomknąłem w ciemność. Tak zakończyło się ideowe szkolenie na Zjeździe Młodych Polonistów.

W następnym wpisie wspomnę Marianka Ośniałowskiego.



Niewłaściwe Życiorysy

9 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Wracając do wspomnień z 5 i 12 lutego….

Wokół naszej gromady ze Współczesności od pewnego czasu panowała zastanawiająca cisza. Niby robiliśmy cośmy chcieli. Oczywiście byli wśród nas koledzy bardziej powiązani (przyjacielskimi chyba nitkami) z różnego rodzaju mocodawcami partyjno-państwowymi, ale żadnych sygnałów jak myślę, nie otrzymywali. Powodzenie pisma rosło, nie interesowała nas bezpośrednia polityka. No więc?

 

A może ja nic nie widziałem? A powinienem. Byłem przecież wychowankiem Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich. I to wychowywano mnie od 51 roku. Cudem zachowało się wśród szpargałów pismo, w którym centrala warszawska zaprasza delegatów z poszczególnych terenowych oddziałów na Zjazd Polonistów w Międzygórzu. Dziś, kiedy czytam program tego zjazdu włosy mi się jeżą.

 

Był to młodzieżowy zjazd nowej kadry, która miała oto zacząć przewracanie starych kryteriów nauki o literaturze. Tak to wygląda z treści pisma, które specjalnie dla Was przepisuję tak dokładnie, że nawet zachowuję błędy:

 

Warszawa dn.8 grudnia 1951
Narodowy Bank Polski

Nr 113-5013 

Związek Literatów Polskich

Union des Gens de Lettres Polonais

Zarząd Główny

Warszawa.ul.Krak. Przedm.87/89

Tel 813 10

Centrala tel.736 89

 

L. dz. 22/S

Do

Opiekuna i Zarządu Koła Młodych

przy Oddziale Związku Literatów Polski

w GDAŃSKU-SOPOCIE

 

26 grudnia b.r. rozpocznie się w Międzygórzu pod Kłodzkiem 8-dniowy kurs przed VI-ym Zjazdem Młodych Polonistów / do dnia 2-go Stycznia 1952 r./

 

Program Kursu obejmuje:

1.-Rozwój społeczno-polityczny Polski w latach 1945-51.

2.-Etapy walki o socjalistyczną kulturę.

3.-Zagadnienia krytyki radzieckiej.

4.-Rozwój literatury radzieckiej.

5.-Walka o marksistowsko-leninowską krytykę w Polsce /problem nowatorstwa i tradycji w warsztacie krytyka/.

6.-Proza /walka o realizm socjalistyczny/

7.-Poezje

8.-Dramat

 

Przewidziane są ponadto seminaria poświecone analizie utworów polskich i radzieckich przy współudziale czołowych krytyków i wykładowców.

W kursie tym uczestniczą delegaci wszystkich Kół Młodych Literatów przy Oddziałach Związku Literatów Polskich

KOMISJA MŁODZIEŹOWA uprzejmie prosi, aby Koło w Gdańsku-Sopocie na zebraniu wybrało dwuch delegatów, podając niezwłocznie KOMISJI ich nazwiska i adresy.

Koszta przejazdu i pobytu na Kursie pokrywa KOMISJA MŁOdzieżowa z subwencji Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Pieniądze oraz informacje co do dnia wyjazdu i pobytu w Międzygórzu zostaną przesłane przed 20 b.m

 

KOMISJA MŁODZIEŻOWA

/Igor Newerly/

(podpis)

 

 

 

A jak ja to pamiętam?

Szkopuł w tym, że pamiętam jakbym uczestniczył w innym zjeździe. Ale dlaczego mnie z gdańskiego koła młodych wysłano? To też pytanie. Zacząłem się zajmować pisaniem wierszy w ledwo pół roku wcześniej.

Bo to było tak. Po maturze, jako szesnastoletni dureń wymyśliłem sobie, że zdam na wydział dziennikarstwa przy Uniwersytecie Warszawskim.

 

Skąd dziennikarstwo? Nie do uwierzenia, ale rok wcześniej kiedy pojechałem z Gdyni na wakacje do mojego kraju dzieciństwa czyli do Komorowa koło Ostrowi Mazowieckiej, spotkałem się jak zwykle z moim kolegą Ryśkiem. Był starszy trzy lata ode mnie. Ale tak wyszło, że czas matury przypaść miał dla nas tak samo.

Spędzaliśmy wakacje jak można było najciekawiej. Same ruiny dawnych koszar po Szkole Podchorążych Piechoty, spalone domy, mauzoleum upamiętniające Powstanie Listopadowe… bo szkoła nawiązywała do tej tradycji. Mauzoleum. Na wpół rozwalone, ale na ścianach resztki po szczerozłotej, jak niosła wieść farbie. Resztki te, młodzi zdejmowali delikatnie scyzorykiem w poczuciu takim, że oto każdy staje się bogaczem. Ruiny ceglanych budynków. Ach, wspaniała zabawa – ciskanie cegłami po resztkach schodów. Omal się nie pozabijaliśmy.

Ciekawe, że stan zniszczenia i ruiny był naszym domem. Naprawdę, wśród rozwalin, krzaków, w bezładzie czułem się swojsko. Taki był świat wokół. I przez te ruiny tyle oferował wolności. Bawiliśmy się w tym świecie junacko.

 

Wiesiek. Próbował strzelać z kawałka karabinu. Rozwalona łuska zostawiła mu w jednym oku maleńki ale miedziany odłamek. Nie dało się w szpitalu wyciągnąć odłamka magnesem. Chodził więc Wiesiek dumnie, wpółoślepły. Należał do lepszej odmiany ludzi. Okaleczonych.

Tak bowiem wyglądały nasze oceny. Okaleczony w jakiś sposób wojennie – to była szarża. A okaleczony pięknie, taki co mógł nosić opaskę na oku albo mieć urwaną rękę… O, ten wyglądał romantycznie.

Franek. Urwane palce. Rozbijał lont młotkiem, żeby wydostać potrzebną mu mieszankę. Opowiadał z lubością:

- Łomot. Ja wybiegam przed bramę domu, żeby zapytać sąsiada czy fajnie rąbnęło… A on mówi: „Franek, gdzie twoja ręka”.

W Gdyni a właściwie w Orłowie, gdzie chodziłem do szkoły, taką legendą był Jurek Staniewicz. Starszy ode mnie, też chyba o trzy lata, zdążył już być powstańcem warszawskim.

Dobrze pamiętam tę scenę. Wielkie wydarzenie naszej gromady.

Któregoś dnia weszła do klasy specjalna komisja. Byli to jacyś, jak nam mówiono, przedstawiciele funduszu stypendialnego dla młodocianych uczestników wojny. Na pytanie: czy kto walczył w powstaniu, był dzieckiem pułku?… podniósł się Staniewicz. Niebywały rozrabiaka ale i niebywale miły i utalentowany chłopak.

Klasa zamarła. Staniewicz spokojnie odpowiedział na pytanie gdzie i w jakim powstańczym oddziale służył, podał nazwisko dowódcy, powiedział, że ma nawet legitymację powstańczą.

Staniewicz. Zbieracz wszystkich resztek po wojnie. A było ich w lasach i na plażach mnóstwo. Jurek z kilkoma chłopakami wyprawiał się na penetrację poniemieckich bunkrów.

Zdobycze były różne. Na naszym obozie harcerskim mieliśmy całą łączność zbudowaną z niemieckich telefonów polowych. Staniewicz montował też różne odbiorniki, a nawet raz podłączył się do elektrycznego zegara szkoły. Chodziło o to aby wcześniej dzwonił dzwonek, bo groziło, że lekcja matematyki zakończy się sprawdzianem.

I tak jednego dnia Staniewicz ruszył, jak opowiadano, z kolegami na kolejne łowy w bunkrach Bonzaku. Niestety rozbrojenie miny nie za bardzo się udało. Rozległ się syk, Staniewicz krzyknął do kolegów:

- Chodu!….

A sam nakrył minę ciałem.

 

Tyle wiem. W tym czasie nie byłem już uczniem Orłowskiej szkoły, bo Rodzice przenieśli mnie do gimnazjum w Gdyni. Na ulicę Leśną. Nie, najpierw mieliśmy połowę gmachu tuż przy Państwowej Szkole Morskiej. Razem z jakąś zawodówką. Wielka przerwa to był czas Grunwaldu między uczniami obu szkół. Szło o to, kto kogo zamknie w żelaznej szafie. Bo olbrzymi, centralny hol szkoły pełen był żołnierskich, poniemieckich szafek. Jak się kogoś upchnęło i zatrzasnęło drzwi, smak zwycięstwa stawał się słodki. No może z lekką przymieszką rdzy.

Dopiero potem była Leśna. Zresztą, ulica ta zmieniała parę razy nazwę.

Więc nie chodziłem już do gimnazjum w Orłowie. I śmierć Jurka znam z opowieści. Ojciec Staniewicza niedługo przeżył syna. Wkrótce został aresztowany a potem rozstrzelany w procesie oficerów polskich. Dziś tablica z jego imieniem wisi w kościele oksywskim. Bo zrehabilitowano go jako ofiarę prowokacji stalinowskiej. Chyba po 56…

Kiedy to mówię, czuję, że w tamtych latach zapadała cisza przed wieloma sprawami. W moim domu cisza zapadła po przegranych wyborach i ucieczce Mikołajczyka. To był koniec.

 

Mały Ernest z ojcem

 

To ja z moim ojcem, który właśnie powrócił z manewrów, mógł to być rok 35, 36…Wtedy mieszkaliśmy w Różanie, skąd ojciec mój przeniósł się do Komorowa. W Komorowie mieszkaliśmy na tzw. rezerwie, a potem w małym pokoiku z kuchnią w domku przy ulicy Kolejowej. Przyszedł rok 44.

Na naszych terenach dowództwo AK podjęło w decyzję o zawieszeniu organizacji i ludzie stawiali się do poboru… Tak ojciec w mundurze WP został w nocy aresztowany przez NKWD. Wydostał się z matni i jak ci, co się wydostali, otrzymał od Rejonowej Komendy polskich wojsk natychmiastowe odkomenderowanie na zachód. Trzeba powiedzieć, że tak ratowano wielu, co jakoś wywinęli się z saka jaki zaciągnęli u nas żołnierze radzieccy w niebieskich otokach.

Stąd nasza droga na zachód. Przejeżdżałem ruiny Warszawy w marcu 45 roku i oficjalny koniec wojny zastał mnie w Bydgoszczy. Potem z matką wróciłem jeszcze na stare miejsce, a ojciec szukał osiedlenia. Znalazł je w Gdyni.

Pierwsze zdjęcie nad morzem

 

 

Moje pierwsze zdjęcie na morzem w Gdyni. Stoję (po lewej) z mamą Heleną, ciotką Hanką i wujkiem Leonem oraz stryjecznym bratem Heniem.

 

W Gdyni od 46 roku dzieliliśmy mieszkanie z bratem ojca. Starym pracownikiem portu. Zamieszkałem w pierwszych moich wielkich blokach, na wspaniałej dla mnie wysokości czwartego piętra. Była łazienka. Cóż, że opalana węglem.

Widoki z okien niebywałe. Cóż, że okna jeszcze w kawałkach szyb, zabite dyktą.

W naszym mieszkaniu, bywało, zatrzymywali się ludzie szukający drogi na zachód. Pod węglem wywożonym na szwedzkich statkach. Nie było to całkowicie niemożliwe.

Ale po sfałszowanych wyborach i milczeniu państw zachodnich, mój ojciec też zamilkł. I przedtem, jak wiem, miał marne nadzieje na jakąkolwiek niepodległość Polski. Kiedyś powiedział mi: „W Jałcie już nas sprzedali. Teraz trzeba myśleć inaczej niż ci politycy z Kongresówy. Po wielkopolsku, bo długa droga…”.

 

Myślę, że nie tylko w moim domu przestano mówić o wielu rzeczach. Jeśli dzieci miały się uchować, to nie wolno było – tak przynajmniej wielu myślało – korygować szkolnej wiedzy o Polsce. Dzieci są naiwne.

No tak, wcale nie mieliśmy głupich nauczycieli tak zwanej Wiedzy o Polsce i Świecie Współczesnym. W nowym gimnazjum było też sporo bardzo interesujących kolegów, którzy utworzyli Związek Młodzieży Polskiej. To był czas po zjednoczeniu młodzieżowych organizacji. Przymusowym zjednoczeniu.

Ale nie wszyscy to tak odczuwali. Ja miałem przyjaciół starszych, gorących i szczerych działaczy Wici. Wspaniali chłopcy, pamiętałem ich jeszcze z Komorowa. Niektórzy nawet widzieli szansę w tym zjednoczeniu.

I świat się zamykał. Informacji było coraz mniej.

Nie otrzeźwiło mnie nawet i to, że nie dostałem się na Wydział Dziennikarstwa. Gówniarz jeszcze, ale napuszony, zdawałem egzaminy. Sam, daleko od domu. I zdałem. Tylko nie przyjęto „z powodu braku miejsc”. Jak należało, zgłosiłem się do specjalnej komisji o wyjaśnienie. Musiałem być w swojej szczeniackości tak rozbrajający, że ktoś się nade mną zlitował.

Zaproszono mnie do gabinetu. Nie przysięgnę, ale mam wrażenie, że to był gabinet dziekana Litwina, okrutnego, ponoć stalinowca. Ale może dziekan poczuł jakąś litość nad moją naiwnością.

- Daj sobie spokój – powiedział – dziennikarstwo to wydział polityczny i nie dla ludzi z twoim życiorysem.

Jaki miał to być życiorys? Ano nie taki jak życiorys mojego ojca.

 

Dziekan zaproponował mi jednak wyjście. Były to studia na sinologii.

Naprawdę, nie do uwierzenia, ale nie wiedziałem wtedy co to jest ta sinologia. Ja byłem z takich, co jeszcze mówili „uniwerstytet”… No więc wystraszony, na sinologię się nie zgłosiłem. Takoż wycofałem się z jesiennych egzaminów na Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Poznaniu. Tu już przytomnie, a to z powodu całkowitej osłowatości w matematyce.

Ale zaparłem się na dziennikarzenie.

 

Mój kolega Jurek Dorsz, potem doskonały lekarz, już w gimnazjum, jeszcze w Orłowie, miał zapędy dziennikarskie. Wziął sławny udział w wielkiej batalii o herb Gdyni.

No tak, Gdynia nie miała herbu. I teraz, jako nowe miasto w nowej Polsce musiała mieć swój znak rodowy. Taki co by i jej przeszłość historyczną, to znaczy okres walki Pomorza z krzyżackim panowaniem i robotniczo-rybacką współczesność, sławił.

Ach, ileż było projektów. A wygrał prosty. Dwa dorsze przebite mieczem.

Wszystko było w porządku. Tylko, że w tamtych czasach, dorsz nie był rybą lubianą. Morze po wojnie roiło się od śledzi, fląder a zwłaszcza węgorzy. Ponoć tuczyły się na zatopionych statkach. Dorsz, choć reklamowany, znany był z porzekadła: „jedzcie dorsze, gówno gorsze”. Nie do uwierzenia, dziś w epoce mintaja, ale tak było.

Stąd niechęć ludu do przebitych mieczem ryb. I Jurek Dorsz zasłynął korespondencją: „Dorsz w obronie dorsza”.

Już jako sławny korespondent terenowy „Dziennika Bałtyckiego” wprowadził mnie do redakcji. Uzyskałem „półposadę” tak zwanego sprawdzacza interwencji. Pracowałem w słynnym dziale „Śmiało i szczerze”, czyli komórce odpowiedzi na biadania czytelników a nawet miejscu jakichś interwencji. „Śmiało i szczerze” – to było coś!

Jeżdżąc do Gdańska kolejką dumnie rozkładałem stosy korespondencji, niby coś tam sprawdzałem, a wszystko po to, aby współpasażerowie widzieli we mnie słynnego dziennikarza. Naprawiacza krzywdy ludzkiej.

I raz udało mi się krzywdę naprawić.

Do redakcji nadszedł list robotnika. Mieszkał w nieludzkich warunkach. W „piwnicznej izbie” – to hasło zabrzmiało jak dzwon w redakcji. Ja, posłany, sprawdziłem wilgoć owej piwnicy, płacz dzieci i z takim meldunkiem poruszyłem serca. Redakcja zapukała do serca władzy, a władze na moje nieszczęście, wstrząśnięte wspomnieniem „piwnicznej izby”, w której „Jaś nie doczekał” – zdecydowały się pokazać, udowodnić ludowi, czym to jest troska Polski Ludowej. Mieszkanie robotniczej rodzinie przyznano. Nie wiem jak i dlaczego nikt więcej nic nie sprawdzał w szale łaskawości socjalistycznej, ale kiedy przyszło do przenosin okazało się …

Co?

Ano piwnica była. Tylko, niestety w domku teściowej. Ta, pokłóciwszy się z robotnikiem, wyrzuciła go z rodziną miedzy kartofle i buraki oraz beczkę kiszonej kapusty.

Skandal był wielki. Wyleciałem z redakcji żegnany słowami:

- Z ciebie już nigdy dziennikarza nie będzie.

 

Tak znalazłem się w elektrowni gdyńskiej. Miejsce postoju – port. Najęto mnie tam jako świetlicowego. Bo przy elektrowni istniał mały ośrodek. Jakaś sala teatralna, szczątki biblioteki. Ale zarabiałem dodatkowo przy różnych pracach remontowych.

 

Jak to było, napiszę już wkrótce.



Wiersz na Dzień Kobiet

8 marca, 2010
Kategorie wpisu: List od Ernesta

 

Dziś Dzień Kobiet.

 

Paniom życzę z tej okazji wszystkiego najlepszego. Wczoraj odbył się koncert „Żebro Adama” z udziałem Marcina Stycznia wraz z zespołem.

 

Zdjęcia można obejrzeć w naszej Galerii, filmy będą już wkrótce. Bardzo dziękujemy wszystkim, którzy przyszli z nami pośpiewać.

 

 

A dla Pań specjalnie wybrany wiersz z tomiku Trzecia Nad Ranem:

 

Koncert 'Żebro Adama'No tak

 

Dziewczyny rzeczywiste, a nie z naszych baśni

Żyją z nami. Nie tak, jak miało być. A właśnie

Jak jest. Bo jest.

Teraz. Są zapomniane

Ale musimy wierzyć, że były kochane

Były szczęśliwe- jak urodziwe

I nie płakały wcale nad ranem

 

Słodko im w świecie naszym. Chociaż świat

Trochę za bardzo kiwa się od lat

Jak drzwi szafek kuchennych, co się wypaczyły

Bo z marnej płyty były

 

Niewiele, niewiele

Szczęścia co prawdą bywało w niedzielę

Może jeszcze biedniej

Niż w dzień powszedni

A

Zatem

Co mają zapamiętać dziewczyny? Ten kwiatek

Wymiętoszony. A może tę noc

Kiedy się niby na tańce szło

A naprawdę do łóżka?

Zaślinioną poduszkę

Od płaczu, od zachwytu, od przysiąg prawdziwych

 

Prawdziwe były. Tylko w życiu krzywym

Obijały się od ściany do ściany

No, tak to z nami…



Wspomnienie o Julianie Przybosiu

5 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Te wpisy ukazały się po raz pierwszy w marcu 2001 roku

Drodzy Moi!

 

A jednak docieram z moim pisaniem do Was. Są już sygnały. Więc piszę. Czasem w Zapiskach, czasem o Irlandii. Może trochę nie po kolei. Bo wspomnienia moje o życiu literackim i w ogóle życiu mojego pokolenia układają się pokrętnie. To przypominam sobie jakąś historię, to znów wygrzebuję jakieś szpargały z kufra. Bo, żona trzyma te papiery właśnie w irlandzkim kufrze. Kupionym na pchlim targu w Blackrock w Dublinie. Tuż przed dniem kiedy opuszczaliśmy po czterech latach Irlandię.

Pamiętam lał deszcz. Marynarski kufer stał w kałuży. Kosztował więc niewiele. W sam raz na moją kieszeń.

Jest pokaźny. Nie chciał wleźć do bagażnika auta. Musiałem więc załatwić przechowanie kufra w sklepiku warzywnym obok targu. I zorganizować samochód z większym bagażnikiem.

Kufer został wyczyszczony, wysuszony, wytłuszczony po wierzchu. Przetrwał drogę do Polski. Stoi teraz za moim biurkiem, pod ściana z motylami o których to motylach kiedyś napiszę.

Z kufra wyjmuję szpargały. Niedawno wyjąłem dwie bardzo śmieszne kartki od Zbyszka Herberta. Z początku lat sześćdziesiątych. Kiedyś, znalazłem listy od Marka Hłaski. Napiszę o nich wkrótce.

Ale już w okolicach 5 marca przeczytajcie o Julianie Przybosiu. List który dostałem od kogoś, przypomniał mi, że za chwilę dzień rocznicy urodzin poety bez którego poezja polska byłaby na pewno zupełnie inna.

 

Piątego marca (2001 r.- przyp admin.) mija setna rocznica urodzin Juliana Przybosia. Dla mnie był to ważny człowiek. Choć wszystkie spotkania i rozmowy moje z panem Julianem były raczej burzliwe. Czasem zrezygnowany, już nie dyskutował ze mną.

Z jednej strony był dla mnie jak i dla wielu poetów mojego rocznika wielkim autorytetem, z drugiej – on nas denerwował i my go denerwowaliśmy. Co wcale nie znaczyło, że uznanie Juliana Przybosia nie było wielką wartością.

Pan Julian. Pracowałem z nim przez parę miesięcy w redakcji. Był już wtedy po zawale serca. Inny, wyciszony. Tak ja to przynajmniej odbierałem. Zawsze apoliński, dążący do słonecznych krain sztuki Przyboś, patrzy jakby inaczej na świat.

Może zdenerwuję licznych wielbicieli Przybosia a szczególnie krytyków, którzy tyle uwagi poświęcali jego teoriom poetyckim, wysiłkom aby odnowić, wyrwać poezję z krain zbytniej czułostkowości, zbyt rozwlekłych porównań i metafor, banalności jakie tropił w wierszach co jego zdaniem nie były poezją.

Ja byłem na to wszystko dość odporny. I na początku mojego pisania otrzymałem od pana Juliana raczej negatywną opinię. Miał rację, bo te pierwsze moje wiersze to było jeszcze dość rozwlekłe i rozlazłe szukanie samego siebie. I nie miał racji, jak sadzę, bo pan Julian rozumiał nas i nie rozumiał. Rozumiał nasz opór wobec poezji Skamandrytów, nie rozumiał dlaczego wielu z nas nie chciało skorzystać tak jak sobie to on wyobrażał, ze zdobyczy przemyśleń Awangardy. Ale nie teoretyzujmy.

 

I było tak. Pan Julian uważnie przeczytał ówczesne moje wiersze i zaczęliśmy rozmowę. Z początku ostrożną. Ja, przerażony prawie tym, że dostąpiłem zaszczytu dyskutowania z postacią z historii literatury – niemal pomnikiem – tak mi się wtedy wydawało. Pan Julian, choć pewno zezłoszczony moją niewiedzą poetycką, śladami młodopolszczyzny w wierszach (a tego strasznie nie lubił) starał się bohatersko powstrzymać zniecierpliwienie starego i bardzo wykształconego poety wobec naiwności mojej.

Zresztą istniała przestrzeń, która mogła nas choć na chwilę zjednoczyć. W tamtych, wczesnych latach mojej młodości, jeśli co naprawdę studiowałem z zapałem to „pieśń gminną”. Poezję ludową, anonimową. Ryłem się przez tomy Kolberga, szukałem po bibliotekach przeróżnych zapisów, przesłuchiwałem taśmy z nowymi zapisami gadek, wierszy, bajek z różnych regionów. A Jabłoneczka Przybosia, wspaniała antologia pieśni ludowej była moją biblią.

Wtedy chyba zacząłem pomagać Wojciechowi Siemionowi w tworzeniu scenariusza słynnego potem monodramu Wieża malowana. Był to czas, kiedy wielu poetom otwierały się oczy i dostrzegali w pieśniach gminnych niezwykle inspirującą poezję. Zresztą tym, co najbardziej zaskakiwało w monodramie Siemiona, było właśnie podawanie tekstów jako poezji. W wielu wypadkach odrywanie ich od muzyki po to, aby jak najbardziej pokazywać niezwykłość obrazowania.

Ale wróćmy do mojej rozmowy z panem Julianem. Zaczął mnie wypytywać nie tylko o moje fascynacje poezją ludową ale i o ulubionych poetów. I tu, chyba popełniłem błąd. Zacząłem rozwodzić się o Gałczyńskim. Przysięgam, nawet nie wiedziałem, że Przyboś jak wielu wielkich ludzi ma swoje słabości i jedną z nich była niechęć, niezrozumienie dla twórczości Konstantego Ildefonsa. A wystarczyło popatrzeć na obu. Pozujący zawsze na nieporządnego cygana kawiarnianego Gałczyński. I zorganizowany i dokładny nieomal jak dobry nauczyciel starej daty, pan Julian. Zaniedbany, rozmamłany i alkoholiczny wagabunda, Konstanty i chyba nie pijący – nigdy tego nie widziałem – pan Julian. Wylewność Gałczyńskiego, można powiedzieć trochę wschodnia i niezwykła powściągliwość w okazywaniu uczuć pana Juliana. Poezja Gałczyńskiego, ubrana – tak bym sobie pozwolił powiedzieć – w nieco ochlapaną błotkiem pyszną pelerynę z legend cyganerii krakowskiej. No i poezja Przybosia. Wspaniała, ale trzymana przez pana Juliana w atmosferze czystości i spokoju laboratorium. No, nie wiem jak to wyrazić. Nie tyle poezje tych obu wielkich poetów ale przede wszystkim legendy jakie wokół siebie budowali przeciwstawne.

Nie wyobrażam sobie pana Juliana wsiadającego do zaczarowanej dorożki z lekko podpitym woźnicą i chyba też nieźle zaprawionym koniem…

No więc zaczęło się. Ja nagle poczułem złość i bezczelnie postanowiłem przeciwstawiać się argumentom pana Juliana.

 

Skończyło się tak:

- Wiesz co – rzekł Przyboś – z ciebie poety nie będzie.Wigilie Wariata- okładka

 

Tak i się rozeszliśmy. Na dodatek Aleksander Małachowski, sprawujący wówczas funkcję sekretarza redakcji Przeglądu Kulturalnego posprzeczał się o moją poezję z Przybosiem. Pan Julian prowadził tam dział poezji. On miał prawo decydować co będzie drukowane.

I Lesio akurat, chyba szczerze, przejął się moim poematem Wigilie wariata.

To naprawdę nie był dobry poemat. Pełen błędów i mielizn. Niemniej coś musiało w nim być, bo wielu ludzi te trochę kulawe wiersze poruszały. I Lesio dokonał swoistego zamachu. Puścił mój poemat w numerze. Wiem, że wybuchła dzika awantura.

Więc, miałem z panem Julianem przechlapane.

 

Jeszcze na dodatek zaczęła się batalia o turpizm. Termin ten wymyślił właśnie pan Julian atakując poezje nas zgromadzonych we Współczesności.

 
Oda do Turpistów
 
Oda do Turpistów- Julian Przyboś

 

Bez serc, bez nerek, bez mięsa od kości

o, najwierniejszy posągu człowieka,

trwały, popogrzebny

szkielecie,

arcydzieło portretowej rzeźby!

Podaj mi piszczel!

Niechaj na tym flecie

niepokalanie białym, obranym do czysta,

zaświstam

z wesołoposępnym dreszczem

Odę do – postarzałej o sto lat – młodości

brodatej,

ponurej,

Waszej, pokorni wyjadacze resztek

zastraszająco wspaniałego Ścierwa

Charles’a Baudelaire’a!

 

 

No, zaświstał nam pan Julian. Nawymyślał. Czy nie rozumiał na czym polegało nasze szukanie piękna w brzydocie? Co miało znaczyć Grochowiakowe „lubię brzydotę, jest bliżej krwiobiegu słów” ? Chyba wiedział w czym rzecz. Pisze bowiem:

 

Wam, przedwcześnie starczy,

których dzieciństwo i młodość kaleka

ocalały z wojennych, a nie ocalały

z pokojowych zniszczeń!…

 

Ale jego nowe nazwanie Turpiści (od łacińskiego turpis, turpe czyli brzydki, brzydka, brzydkie) miało być obelgą. Bo uważał, że chcemy „jak garbaci poeci wywracać do góry ogona cudzej myśli”… Twierdzić, że „brzydkie to piękne, ładne to szkaradne”…

 

Wielu z nas szukało swej drogi niezgrabnie. Ale nie da się tego powiedzieć o poezji Staszka Grochowiaka. Jego Menuet z pogrzebaczem był świetnie napisaną poezją. Świetnie również od strony warsztatowej. Nic tu nie było z niezdarnego przedzierania się młodego talentu przez nieumiejętność pisania.

A pan Julian atakował przede wszystkim Staszka. Zaczął się spór.

Istotę jego widzę dziś tak: Przyboś nie chciał i nie mógł zaakceptować świata wokół siebie i nas. Próbował racjonalizować, próbował walczyć. Choćby przez uparte trwanie przy apolińskiej koncepcji pisania.

Jasna koncepcja apolińska. Ciemna i mętna mowa unurzanego i pijanego Dionizosa.

A my byliśmy raczej od Dionizosa. Wiele lat potem, pogodzony już z panem Julianem słuchałem jak twierdził, iż nasze zaplątanie się wynikało również z zamknięcia przed nami szans na pielgrzymkę do Grecji i Rzymu.

 

Może i tak. Nie było wówczas możliwym proste podróżowanie. A my, przyjmując tę niewolę braku paszportu, staraliśmy się być wolni i lekceważyć marzenia o Grecji i Rzymie. Nie ma paszportów to nie. My ich wcale nie chcemy. Nasza ojczyzna poetycka jest w tych domach „nawpółzrujnowanych”, w mieszkaniach z pająkami, w brudzie, udręce.

Tak się broniliśmy. Ciekawe, że starsi nasi koledzy, jak na przykład Zbyszek Herbert, zawsze szukali kontaktu z antykiem.

My nie. Przynajmniej, ja nie. Uczyłem się antyku. Znałem nawet na pamięć plany Akropolu – ale to było tak, jak jakieś książki, odnalezione wśród piachu i popiołów. Świat, co nigdy nie wróci. Świat, o którym można mówić, ale być w nim to niemożliwe.

Słowem: blokada.

 

Pan Julian wymyślał nam tak:

 

o, Ty,

moralisto od siedmiu czyraków!

Albo Ty, drugi wieszczu

od nogi stołowej:

Twój pogrzebacz nie wstrząśnie Dziunią z manikury!

 

A ja myślę, że Dziunia z manikury, jeśli lubiła poezję, to odnalazła coś w naszych turpistycznych wierszach. Bo my, oswajaliśmy życie jakie było wokół.

Może ślepi jesteśmy na jedno oko. To, którym powinno się oceniać piękno świata. Ale drugie oko mamy bystre. I do dziś widzimy, że choć niby tak łatwo wyjechać do Grecji, życie nasze jest tu, i liście tu nie akantu ale łopuchy i szalej.

Zresztą i sama Grecja. Oczywiście, jestem przekonany, że pan Julian też wiedział o skłamanym przez archeologów obrazie białej, posągowej Grecji. Ale na pewno nie mógł sobie wyobrazić w duszy posągów fidiaszowych pomalowanych jaskrawo. Wstawionych w źrenice barwnych kamieni udających tęczówki i tak dalej.

A ja taką właśnie Grecję dopiero polubiłem. Jaskrawą, jarmarczną. Usta Sokratesa, z których oprócz pięknych rozważań bije zapach czosnku. Brudne nogi perypatetyków.

Dyskusja o turpiźmie. Wielkiej w niej roli nie odegrałem. Byłem chyba jeszcze za mało świadomy swej drogi. Coś tam dłubałem pisząc o chorych sosnach i chorym piasku otwockim. Nazywano mnie nawet mizerablistą, bo „ukochałem chore”. Ale jeszcze nie była to w pełni moja dyskusja. Zresztą zakończenie okresu redagowania Współczesności przez Staszka Grochowiaka i zmiana redakcji sprawę zamknęły.

Jest chyba już trzeci rok mojego bezrobocia. Tu i ówdzie znane są moje wiersze, które złożyły się na tomik Sztuka stosowana. Żyję w ogromnych kłopotach finansowych. Ale mam mieszkanie. Urodziło się dziecko.

I nagle znienacka, odwiedza mnie pan Julian. Znienacka, bo przecież wtedy ciężko było o telefon, więc nie było jak mnie zawiadomić. A może napisał list?

 

Nie pamiętam. Wolę więc taką wersję. Siedzimy w mieszkaniu. Marnie, bo nie ma nawet jak zapłacić rachunku za elektryczność. Jest pogodny wiosenny dzień. Nagle zjawia się pan Julian z żoną. Bo jest w Otwocku. Spacerował po parku, obok którego mieszkaliśmy. I zaprasza nas na spacer.

Spacerujemy. I nagle pan Julian mówi:

 

- Pomyliłem się co do ciebie. Jednak jesteś chyba poetą. Nie jest to ten kierunek poezji o jakim ja marzę. Ale jest. Inny, ale muszę go uznać.

 

Tak wtedy bywało. Poezja była sprawą ważną. I pan Julian tłukł się do Otwocka ponad godzinę pociągiem aby sprawę wyjaśnić.

Nie wiem czy jedliśmy wtedy razem obiad. Bo chyba z obiadem tego dnia było nijako. Ale pan Julian obejrzał syna, pochwalił imię Marek. Dlaczego pochwalił? No, bo Marek jego zdaniem był najkonkretniejszy z Ewangelistów. Rzeczowy.

Potem Przyboś stał się jednym z ważnych dla nas starszych poetów. Nie było dyskusji o poezji aby czegoś ważnego nie powiedział. Dla wielu, trochę młodszych od nas, był mistrzem nad mistrze.

A w ogóle, bez niego polska poezja na pewno stałaby się o wiele bardziej rozlazła.

 

Byłem przy jego śmierci.

Niesamowite. W sali Związku Autorów i Kompozytorów Zaiks trwał zjazd najlepszych tłumaczy poezji polskiej. Jest wieczór galowy. Tłumacze wybitni czytają po kolei swoje wersje przekładów z polskiej poezji. W prezydium siedzą znakomici pisarze. Pośrodku Iwaszkiewicz, po prawej jego ręce pan Julian .

Właśnie pan Julian zapowiedział francuską tłumaczkę. Siadł i słucha wiersza po francusku. I nagle na naszych oczach robi się biały, przechyla na bok. I umiera.

Natychmiastowa pomoc lekarska nie pomogła. Stałem na korytarzu, kiedy niesiono pana Juliana na noszach. Nie, wieziono na wózku. Takim, co go się wprowadza do karetki pogotowia.

Tak, na wózku. Bo obok biegł lekarz i z całej siły uciskał drobniutkie ciało Przybosia. Walił rozpaczliwie w ptasią klatkę piersiową poety. Wołał serca. A ono nie odpowiadało.

Wtedy niby wiedziałem co to jest choroba serca. Ale nic nie rozumiałem.

 

Kiedy spotykałem się z panem Julianem pokazywał swe ostatnie wiersze. Wiedziałem, wiedziałem, to jest inny Przyboś. Mniej pewny swoich konstrukcji poetyckich. Mniej zadziorny wobec wieczności.

Bo był zadziorny jak mały kogucik. Mały. Ale jego wspaniała głowa, twarz…

Czułem, że pojawia się ślad ciemności w tej poezji.

 

Poezja pana Juliana zawsze była związana z jakimś wydarzeniem. Nosił nawet specjalny zeszycik, w którym w czasie dnia zapisywał wszystko co zdarzyło się tego dnia. Takoż obrazy, wrażenia i myśli.

Było coś z reportażu w jego wierszach.

W Róży tak chyba jest. Ja wiedziałem – kiedy leżał w szpitalu i ciągle myślał co będzie gdy odejdzie i zostawi młodą, kochaną żonę i dziecko. Bo był tatą w późnym wieku.

Dlatego też, tak ostrożnie nosił potem swe nadpęknięte serce.

 

Pamiętam i będę pamiętać obok wielkiej poezji pana Juliana ten obraz:

 

Korytarz. Wózek. Na nim mniejszy jeszcze niż zwykle, skurczony jak ptak, poeta. I lekarz z rozpaczą pukający do….