Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Jak dobrze rozpalić w piecu

26 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Jaki ja byłem wtedy, jaki ja byłem…

Takie pytanie można zadawać sobie w kółko. I niby wiemy jakimi byliśmy, niby pamiętamy co się działo, w tym przynajmniej kiedy to było nasze, a nie wiemy.

Spotykam się z dawnymi kolegami. I widzę, że oni przeżywali wszystko inaczej. Tak ku mojemu zdziwieniu jest i z historią Współczesności. Dla mnie po rozbiciu zespołu było jak po trzęsieniu ziemi. I nic nie mogło się skleić.

A dla nich Współczesność lepiej czy gorzej, ale trwała wiele lat. Przychodzili różni naczelni, odchodzili ale zawsze była grupa kolegów, która miała o czym gadać. Opisy niezwykłe, ponoć interesujących biesiad w klubie dziennikarzy na Foksal. Wzajemne sprawy, zabawy, popijawy.

Mnie tam nie ma. Więc rozumiem co wspominają i nie rozumiem. Ale czy naprawdę nie mogłem być z nimi?

Ja tłumaczę to tak. Po owej porannej przedwigilii ze śledzikiem, która skończyła się zmianą zespołu naczelnego, na 3 lata wywędrowałem do mieszkania w Otwocku.

 

Mieszkanie? Przemieszkiwałem tam w drewnianym letniaku. Wtedy zakładałem pierwszą rodzinę. Drewniak był straszliwie przewiewny. Domki takie służące jako letniskowe budowane były na zasadzie: Jakaś drewniana konstrukcja. Z zewnątrz oszalowana byle jak, byle jakimi deskami. Od zewnątrz maty trzcinowe i coś niby zaprawa na ścianę. Pomiędzy deskami igliwie suche z sosen otwockich. Miało to igliwie izolować od zimna ale po latach kruszyło się, osiadało i wiatr przez ściany dmuchał.

Żadnej kanalizacji. Pompa z wodą, taka z rączką do pompowania, na podwórku. Ubikacja gdzieś na zapleczu podwórka w tak zwanym domku nad urwiskiem. Latryna. Piec kaflowy marny, w którym palić strach bo ściany drewniane, wysuszone i to igliwie pomiędzy ścianami. Pożar wisiał w powietrzu przy każdym paleniu.

Zimy były trudne. Pamiętam przed nowym rokiem zaraz po wyrzuceniu mnie z redakcji (to był więc koniec 59), jechaliśmy z Warszawy. W posiadaniu tego mojego pierwszego zalążka rodziny był prodiż elektryczny. Na nim mieliśmy upiec kawał indyka.

Pociągi stanęły. Po długim oczekiwaniu na Dworcu Wschodnim w Warszawie, zaczęliśmy gorączkowo szukać w pamięci adresów jakichś kolegów, u których przetrzymamy noc. Ale to było przed Sylwestrem i nie wiadomo było kto gdzie jest i co będzie w tych dziurach, które wtedy uważaliśmy za wspaniałe mieszkania. Na dodatek tramwaje też stanęły i dostać się na drugą stronę Wisły, to była już długa wyprawa.

 

Więc noc na Wschodnim. Bo opisywany przeze mnie ongiś w wierszach, a i ostatnio w Zapiskach niedaleki bar na ulicy Kijowskiej odpadał. Tam się z porządną dziewczyną strach było pojawić. Był to przecież rejon Brzeskiej.

Tyle razy łaziłem po tej praskiej okolicy. Kiedy dziś o tym myślę, nie rozumiem dlaczego nigdy nie spotkały mnie typowe dla Brzeskiej kłopoty. Bo dzielnica złodziejska ponoć bandycka, rozbójnicza.

A z moim życiem ciągle się krzyżująca. Jeszcze jako młodziutki chłopak, kiedy przenieśliśmy się do Gdyni, jeździłem na Święta Bożego Narodzenia do mojej Babki. Została w Komorowie i mieszkała tam z cztery lata. Jadąc do Ostrowi Mazowieckiej, przy której położone było Komorowo, trzeba było przesiadać się w Warszawie. Z Dworca Wschodniego na Wileński. Najkrótsza droga prowadziła, jak mi się wtedy wydawało, właśnie kanionem Brzeskiej.

No i tak paradowałem z dwiema walizkami uczepionymi paska i przewieszonymi na ramieniu. Nikt mnie nie zaczepił.

 

A potem już na studiach, wędrówki po Warszawie. Prawie wszystkie domy akademickie, w których mieszkałem legalnie albo na waleta, znajdowały się po lewej stronie Wisły. Ale jeżeli stolica była w jakiś sposób moim domem, to była nim ta prawobrzeżna Praga. I okolice bazaru Różyckiego.

Pamiętam „Różyckiego” jeszcze z czasów okupacji. Tu bowiem, rzadko, ale przyjeżdżali, z naszych stron ludzie na zakupy. W ogóle nie znali innej Warszawy.

Bo po co? Na „Różyckiego”: można było wiele kupić. A jak nie było na „Różyckiego”, nie było gdzie indziej. Tak myśleliśmy. Poza tym z kupowaniem jest jak z odwiedzaniem teatru. Pisałem już, jak nieswojo czułem się w Gdyni w Miejskim Teatrze. Było za elegancko, było tak, że długo musiałem się uczyć tego, aby teatr a tym bardziej filharmonia stały się moim miejscem. Domem był teatr amatorski. Jego sala, jego styl, jego publika. To samo w teatrze zakupów. Na „Różyckiego” można było dowiedzieć się: Gdzie i co? W czasie okupacji było to miejsce skąd łatwo uciec przed łapanką. Po wojnie pełno tu było tak zwanych agentów, tak nazywano nawet urzędników skarbowych. Ale byli oswojeni, dobrze namaszczeni.

No i pyzy. Przynoszone przez kobity, sprzedawane z okutanych garnków. Pyzy, na które warto było przyjechać z daleka.

 

No tak, ten kawałek stolicy pojmowałem. Kijowska, Brzeska, bazar, Dworzec Wileński, Radzymińska, Stalowa, Kawęczyńska. Jeszcze w latach 47 czy 48 odwiedziłem tam po raz ostatni mieszkanie naszej warszawskiej znajomej pani Czoj. Na Kawęczyńskiej. (o pani Czoj czytaj także w dziale „Poczta”). Nocowaliśmy z moim przyjacielem z Komorowa, Ryśkiem. Coś tam z prowincji przywieźliśmy, coś mieliśmy zawieść do Komorowa Starego. Bo handel szedł prawie jak za okupacji.

Ale najważniejsza była u pani Czoj biblioteka. Miała takie książki jak na przykład Bajarz Polski, wielką księgę z ilustracjami. Miała też dużo powieści Juliusza Verne. Można było, leżąc na jakimś posłanku zrobionym z foteli, czytać te księgi przy blasku lampy gazowej. Bo było tam gazowe oświetlenie. Jakże wspaniałe po półcieniach naftówki.

A upajający, słodkawy zapaszek gazu, którym przesiąknięte było całe mieszkanie. Ach, to było zbliżanie się z prowincji do „Wielkiego Świata”.

I zasypianie przy wspaniałym zgrzycie i pisku tramwajów, co niedaleko miały swoją pętlę. I tak wielkomiejsko jęczały zawracając.

Ale uciekłem we wspomnieniach za daleko.

Na razie więc jesteśmy w tłumie wściekłych podróżnych na Dworcu Wschodnim. Mamy też prodiż i kawałek indyka.

Ale, ale! Błysk radości w ciemnej chmurze beznadziei. Pociąg w stronę Otwocka rusza. Wprawdzie jedzie tylko do Międzylesia ale co potem to potem. Jedziemy.

W Międzylesiu pociąg idzie jeszcze jedną stację dalej. Do Miedzeszyna. Ryzykujemy, że może pójdzie dalej. Ryzykując to, tracimy ostatnią możliwość przytulenia się u kogoś na noc. Bo w Międzylesiu, dość daleko od stacji, ale zawsze, mieszkał Lesio Małachowski. Kolega dużo starszy, osadzony już lepiej w życiu. No, ale zawsze kolega, brat po piórze i jeden z tych co tworzyli ciekawą grupę w czasach zwanych Październikiem 56 roku.

Galeria Krzywego Koła

 

Pierwsze zebrania Krzywego Koła odbywały się w mieszkaniu Ewy i Juliusza Garzteckich, właśnie na ulicy Krzywe Koło. Na ścianie domu jest napis-malunek: KKK. Potem, już w Domu Kultury, róg Staromiejskiego Rynku i Jezuickiej.

Były to czasy wielkich przełomów. Tu powiem tylko, że razem z Aleksandrem tworzyliśmy zespół wydawanego wówczas na powielaczu półlegalnego (bo teoretycznie wydawanego jako „biuletyn dla użytku wewnętrznego”) ogólnopolskiego pisma Klubów Inteligencji. Nazwa nawiązywała do pisma, które miał kiedyś wydawać Tadeusz Borowski, ale zostało zastopowane. Nowy Nurt. Pisało tam wielu ludzi.

 

Wszystkich orientacji Kluby Inteligencji powstawały wszędzie. Rodziły się inne pisma, galerie.

Najsłynniejszym ostatecznie okazał się Klub Krzywego Koła, którego członkami i to jednymi z pierwszych była jadąca do Miedzeszyna para. A Lesio Małachowski był z nami związany klubowo.

Ale teraz te koneksje na nic. Bo dzielą nas od Lesia laski sosnowe. A nam bliżej do Falenicy. Tam, ze stacji, odchodzi jakiś awaryjny pociąg parowy. Idziemy, dochodzimy. Jedziemy, dojeżdżamy. Idziemy i jesteśmy w naszym drewnianym spróchniałym domu.

Woda zamarzła. Studnia nie działa. Zimno tak, że nawet po zapaleniu światła, karaluchy nie umykają spod stóp. Klimat już i dla nich za surowy. Myszy też nie słychać. Zaczynamy rozpalać ostrożnie w piecu. Ryzyko pożaru czy pewny koniec zlodowacenia?

 

Piec zaczyna.

Miałem wtedy wielką umiejętność palenia w każdym, nawet najgorzej ciągnącym piecu. Polegało to oczywiście na odpowiednim układaniu drewienek podpałki, potem grubszych gałęzi. Takoż manewrów drzwiczkami pieca, żeby wytworzyć ciąg. To każdy, kto walczył z piecami wie.

Ale ja miałem jeszcze wiedzę tajemną. Zaklęcia i wiersze, które należało szeptać. We właściwych momentach, we właściwe kafle czy otwory, tego żywostwora, jakim jest każdy piec.

Napisałem nawet Poemat o paleniu w piecu. Może go znajdę i wtedy fragmenty objawię. Poezja jeszcze kiepska ale wiedza tajemna już duża.

Tak więc szepcę te zaklęcia. Piec rusza. Uproszony, zaklęty, ugadany, zaczyna nawet huczeć. To trochę niebezpieczne, bo jak się nagrzeje drewniana ściana? Ale mróz. Trudno.

Piec śpiewa i powoli, powoli podnosi się temperatura. Nad ranem dobiliśmy do minus dwóch w polarnych stronach naszego jednopokojowego schroniska.

 

Wspominam to, aby jakoś wytłumaczyć dlaczego odcięcie od redakcji stało się dla mnie odcięciem od kolegów i Warszawy. Jakie były trudne dojazdy, napisałem. Ale kiedy mnie wyrzucono, otrzymałem tak zwany „zakaz pracy w jakichkolwiek instytucjach związanych z kulturą”. Praktycznie, z trzech lat zakazu, dwa były okresem dość ostrego bezrobocia. Wyprawy do Warszawy były ryzykowne, bo nie miałem pieniędzy na bilet. A kupić miesięcznego biletu nie mogłem bo nie miałem oficjalnego miejsca pracy.

Szukaliśmy tej pracy daleko, nawet w Gorzowie Wielkopolskim. Tam dano ogłoszenie, że potrzebują pracownika do domu kultury. I byłbym gorzowianinem, gdyby nie ten zakaz. Po dwóch dniach rozmów powiadomiono mnie z lekkim smutkiem w Gorzowie, że niestety. Cały styl życia jakim żyło moje pokolenie został mi tej słynnej przedwigilii odjęty.

Ja pamiętam tak, że wspomnę raz jeszcze bo pisałem już trochę na ten temat. Siedzieliśmy w redakcji. Tradycyjny śledzik. Wszystko idzie dobrze. Numer noworoczny zapowiada się ciekawie. Znaczenie pisma, tak nam się wydawało rośnie. A najważniejsze: mamy gdzie pisać, czytają nas. Jesteśmy razem. Jest ciepło w pokojach redakcyjnych. Tu pewno urządzimy skrytego Sylwestra. Jest praca, jest ciepły dom, są przyjaciele. Mówimy i głupoty ale i uczymy się rzeczy ciekawych. Każdy coś z nieznanych czy zakazanych krain literatury wygrzebuje i znosi do tego domu.

Nagle telefon od wydawcy. Wydawał nas wtedy „Ruch”. Więc byliśmy w innym wydawnictwie niż większość gazet.

Idziemy. W gabinecie dyrektor wydawnictwa ze skamieniałą twarzą. Myślę, że ta decyzja jego też zaskoczyła. Bo chyba lubił naszą redakcję.

Decyzja wydziału KC (bo oni decydowali) taka:

Zmiana naczelnego. Jaki, jeszcze dyskusja trwa, ale Staszek Grochowiak jest już tylko kierownikiem działu. Z redakcji odchodzą. Pisałem już kto. Mnie to też dotyczy.

 

Koniec.

Ale jak było dalej napiszę za kilka dni.




« « Poprzedni:Wspomnienie o Janku Himilsbachu Następny:Dwa wiersze na Niedzielę Palmową » »



Zostaw Komentarz

*Wymagane pola