Oficjalna Strona Ernesta Brylla




O ‘Kamerze’ i Bossaku

6 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 8 maja 2001 r.
  
Zacznijmy od pisma. Znalazłem je i przypomniałem sobie ze zdumieniem ten czas. Znalazłem, bo trzeba zbierać papiery, dokopywać się całej historii życia i pracy. Po co? A do emerytury.
  
Oto to dziwne pismo:  

Pismo rozwiązujące zespół Kamera

  
Pismo Ministra rozwiązujące w 68 roku zespół Kamera i zwalniające nas, wydawać się może dziwne. Po cóż Minister Kultury pisze o uchwale egzekutywy partyjnej przy Zespołach Filmowych. Przecież zwolnienia dotyczą również bezpartyjnych i są zwolnieniami z pracy. Myślę, że chodziło o to, aby wyraźnie podkreślić inspiratorów tego rozbicia Zespołów, może nawet dać sygnał, że władza administracyjna nie jest za bardzo „sprawą zachwycona”.
Bo rzeczywiście, filmy były w produkcji. Różne umowy krajowe i zagraniczne podpisane. Kamera była wspaniałym zespołem. Filmy Kamery wielokrotnie brały różnego rodzaju wysokie nagrody. No więc? Jak zastopować Zespół? Kto będzie odpowiadał za dalszy tok produkcji? A to miliony złotych..
  
Przejąć Zespołu z biegu, nikt z rycerzy 68 roku, nie mógł. Bo nie miał ani doświadczenia ani autorytetu.
Niestety, bardzo szybko całkowicie sprawę zakończono. Czas tamten wspominam jako niepojęte szaleństwo. Odchodząc z telewizji w 67 roku myślałem, że uciekam do krainy spokoju, długich decyzji, dużych zamierzeń finansowych, których krótkofalowe szaleństwa nie obalą. Oczywiście istniała cenzura, filmami interesowali się wysocy towarzysze u władzy, ale zawsze była to kraina wolności względnej. Duży głos mieli artyści.
  
Prawdę mówiąc, kiedy poprosił mnie Jerzy Bossak na rozmowę, myślałem, że chodzi o jakąś nie zwróconą ratę za nie napisany albo nie dość dobrze napisany scenariusz czy nowelę. Czasami, pisarze ratowali się tak w biedzie. Z niektórych wstępnych pomysłów, poczętych w rozpaczy finansowej, powstawały potem niezłe scenariusze. Z innych nie. Wtedy wypadało zwrócić nawet pierwszą ratę (choć niby tego się nie musiało, jeśli złożyło się jakiś tekst). Ale honor! Jeśli sam wiedziałem, że tekst jest do niczego, no to wstyd było go składać.
  
I to pewnie przeważyło u Jerzego Bossaka. Uznał, że jestem bardzo sumienny i wiarygodny. Młody ale z doświadczeniem.
Na spotkaniu zaproponował mi stanowisko, kierownika literackiego Kamery.
O jakiż to był zupełnie inny świat! Reżyserzy. Wajda, Hoffman, Skolimowski, Ślesicki – to były pierwsze sprawy. Najważniejsza – Wajda.
Zaczynał wtedy pracę nad Wszystko na sprzedaż. I asystując Bossakowi, uczyłem się filmu na mękach twórczych późniejszego przyjaciela.
  
A było się czego uczyć, bo film jest bardzo złożony, opowiadany jak na tamte czasy, w sposób szczególny. Poza tym, film przecież o Zbyszku Cybulskim. Cybulski, jego śmierć, to było jak zapalnik dla tego filmu o wielkim aktorze, o całym świecie przyjaźni i obojętności w krainie filmowej.
  
Pamiętam rozmowy z Kobielą. Wajdę wracającego wciąż do chwili kiedy to Zbyszek Cybulski powiedział mu gorzko.
  
- Kiedyś za mną zatęsknicie….
  
I pamiętam ten moment, gdy oglądaliśmy tak zwany pierwszy montaż całości. Jest to moment szczególny. Na ogół prawie przerażający. Bo, po wielu miesiącach zdjęć, po różnych zmianach, wersjach scenariusza i scenopisu, kaprysach pogody, zdjęciach co miały wyjść a nie za bardzo wyszły – jest propozycja całości.
Na ogół zawsze fatalna. Bo, reżyser, operator, w ogóle cała ekipa, już tak jest zaplątana w to, co zostało nakręcone, co miało być nakręcone, co się inaczej nakręciło, co zmieniono i co znów przywrócono, że nie umie sklecić całości. Jakbyś czytał książkę, może i świetną, ale wiatr rozsypał kartki i przy sklejaniu pogubiła się atmosfera opowieści.
  
Tak było i tu. Wajda, przeżywający wtedy jeden ze swoich „smutków” i przekonany, że już pojawili się inni co opowiadają tak jak on nie potrafi, patrzył na tę wersje z kamienną twarzą. Nie było źle ale czuło się – gdzieś coś nam umyka.
I wtedy Bossak zarządził dzień przerwy.
  
- A ty idziesz ze mną na montaż – zaordynował mówiąc do mnie „per ty”, co było u niego wyrazem ogromnej i rzadko pojawiającej się profesorskiej sympatii.
  
Poszliśmy. Pamiętam te godziny jak czarodziejski pokaz. Wtedy jeszcze taśmę filmową kleiło się na montażu. Bossak siadł przy montażystce i po rozklejeniu sekwencji zaczęło się przerzucanie scen. Inne układanie rozsypanej opowieści. To była cudowna lekcja. Nagle coś znanego zestawione inaczej z czymś co też niby znałem, tworzyło rzecz inną. Nagłe przerzucenie sceny dawało powiew mistyki.
  
Na drugi dzień oglądaliśmy inny film. Taki był Bossak. Sam nie był pierwszoplanowym reżyserem. Za to, w tym czasie, wielkim profesorem i wspaniałym ekspertem w najważniejszych dla filmu sprawach.
  
I nagle pojawiają się jakieś gazetki ścienne w korytarzach wytwórni. Ja to lekceważę, nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiałem co się dzieje. Przecież wczoraj byliśmy wspaniałym i cenionym Zespołem, przecież…
  
Wiele było tych naiwnych „przecież”. Postanowiłem uświadomić komu trzeba, że oto jacyś wariaci rozwalają świetną robotę. Możecie uwierzyć lub nie, ale zamówiłem się do ówczesnego wysokiego sekretarza jakim był Zenon Kliszko. I zostałem przyjęty.
  
Trzeba wiedzieć, że wysoki sekretarz miał prywatną pasję. Znał się na Norwidzie, lubił o poecie mówić, nawet wykładać. Na dodatek, co Norwidowi już nie wyszło na dobre, cytować i umieszczać sentencje z wierszy na różnych transparentach!
  
Nawiasem mówiąc Norwid zawsze ma do tego szczęście i czasem budzi to we mnie podejrzenie czy cały jest ulepiony z poetyckiego złota. Wtedy ciągle mieliśmy Sztukę, która jest Chorągwią na Prac Ludzkich Wieży oraz Ojczyznę jako Zbiorowy Obowiązek…
  
Ale moje pokolenie było pokoleniem, które walczyło o Norwida. Snobowało się nawet na wpływy norwidowskie. Tych naszych, marnych norwidomanii nie warto wspominać. W każdym razie nieśliśmy krzykliwie mit o myślicielu odrzuconym, o poecie niewysłuchanym, o głodowym umieraniu geniusza w przytułku św. Kazimierza.
Stąd na jednym z norwidowskich spotkań Sekretarza, chyba przy okazji wydania (i to było dobre!) zebranych dzieł Norwida, zostałem jak wielu innych młodych przedstawiony.
Może dlatego zostałem spamiętany i przyjęty.
  
Sekretarz słuchał mnie niby uważnie. Wykładałem swoje racje i opowiadałem o bezsensie likwidacji Kamery, o olbrzymim talencie Bossaka. A twarz Kliszki była wąska, nieodgadniona.
Kiedy potem opowiedziałem profesorowi o mojej wizycie popatrzył na mnie ze zdumieniem:
  
- Zupełnie jak w mojej młodości. Ta sama naiwność.
  
I dowiedziałem się, że z takich a takich powodów, pan Jerzy nie jest przez sekretarza, mówiąc delikatnie, lubiany.
  
- A o istocie tego co się dzieje, nie ma ci naiwny chłopcze mazowiecki, nawet co mówić. – dodał.
  
Potem pojechaliśmy na plan filmowy Pana Wołodyjowskiego. Do Białego Boru. Dochodziły nas słuchy o wariactwach części (chyba najgłupszej) ekipy. Ponoć zaczęli zbierać się do buntu przeciwko Jurkowi: bo nie będzie nam tu Hoffman psuł rasowo Sienkiewicza. Przeciw Jurkowi, temu co żył, żyje i prawie oddycha Trylogią.
Wołodyjowskim zaczął, bo w tamtych czasach Ogniem i Mieczem było niemożliwym sfilmować. Konflikty siedemnastowieczne nakładały się w głowach cenzorów na stosunki polsko-radzieckie. Fakt. Ukraińskie stepy leżały wówczas w ZSRR.
  
Mieliśmy więc porozmawiać z ekipą. Na osobności. A ja byłem, dobry do tego. Blondas w typie wielkopolsko-wiejskim, autor powieści o wsi i w ogóle w języku „ludowy”.
  
Poza tym byłem nieobliczalny. Jakby zdenerwowanie przeważało we mnie nad typową cechą (przynajmniej moją) – czyli tchórzliwością, zamykaniem oczu i gęby, uciekaniem w krzaki.
  
Tak się zdarzyło na innej kolaudacji. Film był średni. Taki sensacyjno-kryminalny. Ale reżyser, strasznie ostatnio wpływowy. I otóż stała się rzecz od dawna nie spotykana. Kolaudacja wewnętrzna, już nawet ostatecznej wersji filmu, była rzeczywiście ściśle wewnętrzna. Żadnych gości. A ten reżyser przyprowadził „Gości”. Byli to eksperci z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Właściwie należało ich przeprosić i wyprosić. Ale atmosfera była niedobra. Poza tym i część „wewnętrznych” ludzi na tej kolaudacji, wyraźnie dała do zrozumienia, że eksperci MSW będą pomocni.
Bossak zbladł i rozpoczął kolaudację.
  
Po różnych uwagach fachowych i kwaśnym milczeniu na temat całego filmu, reżyser gromko podsumował dyskusję. Było to przemówienie dla mnie niesłychane. Mowa wariata. Bo ten człowiek chyba jest wariatem.
Z taką przemową zetknąłem się po raz pierwszy. I zrozumiałem w czym jestem – jak mówił Bossak – rzewnie naiwny i mazowiecki.
  
Nie sądzę, abym uważał wtedy, że się narażam, ale musiałem zaprzeczyć bezsensownym bredniom. Nie czułem nawet, abym powiedział coś ryzykownego. I przebieg kolaudacji na to nie wskazywał. Goście milczeli. Uważałem, że tak samo, o reżyserskiej analizie sadzą.
  
Tu, w Białym Borze, na szczęście próbowali grasować tylko mało ważni głupcy. A powodem klejenia różnych ideowych zarzutów było po prostu ich lenistwo, wódeczkowanie, kac itd.
Tak więc nie zniszczono filmu. Choć sądzę, że Jurek Hoffman pomimo swej pozornej twardości przykro sprawkę (bo nie była sprawą) przeżył.
Wszystko jakoś się ślimaczyło. Ja żyłem nadzieją. Profesor nie. Robił się nerwowy, bo odbierano mu kawał wspaniale zrobionej pracy.
  
Spotykaliśmy się potem. Coś w nim pękło. Wykładał na europejskich szkołach. Był konsultantem polskiej telewizji, wrócił do uczenia w szkole filmowej. Ale coś się w nim zacięło. I studenci z późniejszych lat słuchają czasami moich opowieści o czasach Kamery i szefowaniu Bossaka, jak historii o innym, weselszym człowieku.
Piszę, spotkaliśmy się potem. Bo jednak profesor miał rację. Byłem rzewnie głupawy. Choć było ciekawie.
  
Otóż, zapamiętano chyba moje gorące słowa o Kamerze. Zostałem poproszony do ówczesnego szefa kinematografii na, właściwie prywatną, rozmowę. Tam dano mi takie pytanie: Czy wziąłbym kierowanie Kamerą. Wtedy może nie trzeba będzie rozbijać zespołu.
  
- A profesor? – zapytałem.
  
Nie było odpowiedzi. A więc nie było co odpowiadać.
Niektórzy mówili mi potem, że źle zrobiłem. Trzeba ratować co można, a może uratowałbym i profesora. Ale ja byłem wtedy młody – rzewnie mazowiecki. No nie wiem, co czułem…
Dzięki Bogu, propozycji ratowania Kamery, nie przyjąłem. Pewnych rzeczy nie daje się zrobić bez dozgonnego wstydu.
  
Podobnie było kilkanaście lat później gdy w latach osiemdziesiątych rozbijano zespół, który prowadziłem. Też niby postąpiłem niemądrze. Uparłem się, że nie pozwolę zwolnić kogoś, polazłem na kolaudację Przesłuchania i opowiedziałem się stanowczo za filmem. Nie uratowałem więc substancji zespołu.
  
Naprawdę nie chcę ględzić o wielkich naciskach i aktach odwagi. Strasznie dużo ludzi, strasznie dużo o tym ględzi. Ja wiem, że zaangażowany w kłopoty jakie przeżywała kinematografia, nie chciałem nawet brać udziału w dyskusjach jakie toczyły się w salach Związku Literatów. Bardziej kochałem wtedy film. Wierzyłem – trzeba się skupić na sprawach zespołu Kamera. I może wstyd powiedzieć, ale wtedy różne wystąpienia pisarskie wydawały mi się mniej ważne. Tu w kinie, brałem udział w ratowaniu największych spraw kultury. Tak uważałem.
Ale się myliłem. Bo chcę czy nie chcę, los pokarał mnie poezją a więc powinienem szanować kłopoty literatury.
Tyle na razie o jednym z najpiękniejszych okresów mojej pracy. O Kamerze. Dały te lata efekty i w mej twórczości. Wprawdzie pracuję ciągle w filmie, ale nie piszę scenariuszy. Za to zgodziwszy się kiedyś na napisanie jednego z nich, i to dla nie byle kogo, bo dla Jurka Skolimowskiego, napisało mi się dramat. Rzecz Listopadową.
  
Ale nie o Rzeczy Listopadowej przeczytacie za kilka dni. Tym razem wspomnę Marka Hłaskę i lata pięćdziesiąte…




« « Poprzedni:Brygada Kartoflana Następny:Niełatwa moja przyjaźń z Markiem Hłasko » »



Zostaw Komentarz

*Wymagane pola