Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Witamy na nowej stronie! Przenieśliśmy się na system Wordpress, także od dziś możecie zostawiać pod zapiskami Ernesta komentarze, i przeszukiwać archiwum za pomocą pola 'Wyszukaj', o tam, po lewej, pod maszyną do pisania.

Pozdrawiamy,
Internetowe Krasnoludki

Herbata z żółtym likierem i sąsiedzi

12 grudnia, 2011
Kategorie wpisu: Zapiski Małgosi

Bywa, że nocami wiatr wdziera się do naszego domu. Przez uchylone okna. Ulica wtedy cicha, słychać więc wszystkie głosy. Stukot damskich obcasików, kłótnie powracających po imprezie, śmiechy, szuranie o asfalt samochodów. Jeszcze do niedawna, bardzo późno po północy wyraźnie słychać było dwa męskie głosy i miarowy stukot laski.

 

Szedł Generał.

 

Dyskutował. Obok niego czujny towarzysz, i ten mały piesek. Ileż to dziwnych nocnych spacerów widział ten dom. Okna jak szeroko otwarte oczy, wiecznie zadziwione. Nocą też widzą. Wtedy zimą 81 gdy nad kanałkiem spacerowali chłopcy w mundurach i nie wiedzieć dlaczego bawili się w kaczki kwacząc „ kwa, kwa”, oczy domu patrzyły ze strachem, pozostawały tak na wpół otwarte. Nie wiedziały co zobaczą..

 

A w domu ja z mężem, leciutko podchmieleni, bo wieczory były długie więc gadaliśmy przy naftowej lampie o życiu. Straszna telewizja kończyła straszny program wcześnie , wiersze albo tłumaczenia nie zawsze przychodziły do głowy, więc gadaliśmy o tym życiu dziwnie podzielonym przez 13 grudnia. Nocne Polaków rozmowy przy gorącej herbacie z okropnym żółtym likierem którego wszędzie było pełno na kartki. Nie udawało nam się wypić miesięcznego przydziału nawet na 1 osobę. I tak którejś grudniowej nocy 1981, rozgadani, rozszalali w odwadze i sprzeciwie maszerowaliśmy na górę do sypialni. Trzymaliśmy się miłośnie się z ręce, bo paliła się nad nami Gwiazda. Przecież był to Adwent. I zanim weszliśmy do sypialni, zachciało nam się śpiewać. Jak idioci, śpiewaliśmy w duecie jak leci, po kolei kolędy, przyśpiewki, pieśni bardzo patriotyczne aż do Mazura Kajdaniarskiego.

 

Szpieg Solidarnościowy

I właśnie przy tym głośnym mazurze popatrzyliśmy przez okno. Wróg w mundurze, młodziutki, że aż strach. Zmarznięty, ogłupiały. Krył się po krzakach i tak jak to dzieci wołał do siebie:

 

- Ty, Józek, boisz się?
- Czai się w krzakach…
- Co to tam jest?
- Ty, Józek, to kwa, kwa .

 

Zadumaliśmy się. Takie dzieci. Nocą kazali im stać przy koksownikach, dniem grzeją ręce przy koksownikach, miasta nie znają bo zwieźli ich zewsząd, więc czasem robią sobie wycieczkę w nieznane i wykonują patrol na kanałkiem. Zadanie mają wielkie. Szukać czy w zmrożonych zimą chaszczach nie kryje się solidarnościowy wróg. Noc to bowiem pora działania. Godzina milicyjna, świat należał do nich, miasto winno być puste….żywej duszy nad kanałkiem zimą. Tylko kaczki. Ludzie je dokarmiają, dobrze mają. Czasem także pojawia się łabądź, zbyt słaby żeby polecieć w cieplejsze kraje. Całe tabuny wolnego ptactwa. Od sikorek po wrony.

 

Młodzi wojacy z prowincji nie mogli oczywiście wiedzieć, że patrolują wolną i niezależną krainę ptactwa. Nawet myślałam żeby ich zaprosić na chwilkę, dałabym im kubek herbaty z tym okropnym żółtym likierem na rozgrzewkę. Niech nie marzną. Ale co by powiedzieli?

 

Wystraszyliby się, że to prowokacja i tyle….

Ach różnych prawdziwych prowokacji naoglądał ten dom tamtej zimy. Oczywiście też było Boże Narodzenie, niezmiernie prowokacyjne. No i Trzech Króli kiedy pod dom zawinęły gaziki. Wysiedli, umundurowani i cywile. Najpierw z jednego, potem z drugiego a potem z samochodu jakiegoś tam, nie znam się. Patrzyłam zadziwiona razem z domem, kuchennym oknem. Akurat piekłam ciastka, bo oto przez kanałek po kamykach chwilę wcześniej, łamiąc prawo wojennego stanu, przedarli się do nas jak przez wielką wodę sąsiedzi. Więc piekłam dla nich i dla nas te kruche ciastka. Pół kilo maki, szklanka cukru, ze dwa jajka, posiekać zagniatać, zagniatać i do lodówki na troszkę. Potem foremki choineczki, ptaszki i serduszka.

 

Blaszka za blaszką i nagle ten podjazd gazików pod dom…. Może kiedyś opowiem więcej….

 

Dziś 2011, okolice 13 grudnia, rocznice, wspomnienia, Kolęda-Nocka niebawem. Czas najwyższy piec te ciasteczka kruche, bo za oknem już słychać ptactwo czekające na okruszki.

 

 

Małgosia



Śledzie i rzeczywistość wirtualna

8 grudnia, 2011
Kategorie wpisu: Zapiski Małgosi

Śledź bywa dobry na wszystkie smutki, radości, dni codzienne i celebracje. Zdecydowanie wypracował sobie właściwe miejsce przy wigilijnym stole.

 

U nas bywa często, pory roku dowolne. Są więc tacy wpadający do nas co od drzwi pytają: „ A masz śledzia? A jest w śmietanie? I z migdałami?”

 

No jest albo go nie ma, bo wychodzi słoikami i ląduje w lodówkach artystów, kleru, studentów, dziennikarzy, studentów, psychiatrów, bezdomnych, naciągaczy, popaprańców filozofów i innych grup zawodowych.

 

Sama nie wiem co w tym śledziu takiego, że stał się tak upragnionym. No fakt, przy śledziu dobrze się gada, można do woli dokładać na talerzyk małe kawałeczki, prowadzić niezobowiązujące rozmowy o życiu i rybach. Czasem zdarzy się uniesienie i spekulacje na temat tego jaką to rybę jadał z Apostołami Chrystus, czasem smakując migdały ktoś opowie o żydowskich przysmakach i tradycjach.

 

Najczęściej jednak śledzia zjada się pospiesznie, na drugie śniadanie. Wpada na przykład z bardzo porannego programu w radio jeden Marek, otwiera lodówkę i węszy. Jest! Pół słoika zostało. Cmoka, popija mocną herbatą którą sam sobie robi, bo u nas każdy herbatę sobie robi sam i opowiada jak  to do programu zadzwoniła stara sąsiadką z Ponikwi Dużej i że sąsiad zza płotu z Ponikwi Małej nabił się na śrubę. Przy śledziu każda opowieść obleci. Powolutku wyciągamy z Marka jak to z tą śrubą było i który to sąsiad zza płotu najpiękniej śpiewa Mazurka Dąbrowskiego. Śledź się jeszcze  w słoju nie kończy więc, przychodzi i czas na pogawędki o sztuce. Marek roztacza wizję kolejnych projektów. Już pędzi w myślach na drugi kraniec Polski, żeby zawiesić wystawę z całunami. Już kombinuje jakby tu zmusić Ernesta by na wielkim „linoleumowym” arkuszu odręcznie przepisał swój wiersz. Potem tygodniami będzie wpadał na tego śledzia albo i cokolwiek i małym dłutkiem będzie wycinał w linoleum literę za literą Bryllowego autografu. Gdy wytnie wszystko do cna, linoleum zwinie w rulon, wrzuci w kufer samochodu i odjedzie.

 

Nie będzie go jakiś czas. Wpadnie już nie tyle po śledzie a po kawałek stołu w kuchni albo na werandzie. Z torby wyciągnie blok, z bloku nowe dzieło a do plastikowego woreczka zbierać będzie maciupeńkie kawałeczki pięknej grafiki którą tnie z pasją wykrzykując co chwilę „to mój świat, ja tu rządzę!” A śledź?. Czeka pokornie na innych artystów rządzących światami własnych dusz. Czeka i daje się podzielić tak, żeby starczyło dla wszystkich.

 

Karierę zrobił ten mój śledź najzwyklejszy. Przez wirtualną rzeczywistość Krysi Jandy. Posmakowała, poprosiła o przepis i poszło…..I  dobrze temu śledziowi zrobiło, że trafił w świat wirtualny. W bardzo realnym spotkałam kiedyś panią która ku memu zaskoczeniu, w zakrystii jednego z wielkich kościołów Pragi, przy okazji jednego z wigilijnych koncertów pieśni Ernesta rzuciła mi się w ramiona. Pani była miła, choć mi nieznajoma. Byłam pewna, że wzięła mnie za kogoś innego. Gdy wykrzyknęła:  „Pani Małgosiu, ten śledź ze strony Krysi Jandy to naprawdę bomba.”

 

No więc niech będzie. Przytoczę śledziowe rozważania raz jeszcze, bo powoli robi się śledziowy czas.. a i do Wigilii trzeba potrenować.  Zastrzegam, nie jest to przepis dla prawdziwych mistrzów kuchni.

 

Paczka (duża) śledzi a la matias w oleju. Wszystkie lądują w garnku z zimną wodą i moczą się 1-2 dni, a ja tę wodę zmieniam a jak zmieniam to gmeram w tych śledziach, co mężczyźni nazywają śledzi masowaniem. Jak smaki komercyjne zostaną wypłukane, to ja te śledzie porządnie odsączam a w tym czasie w dużym kubku, takim kubasie jak na zupę, mieszam jak czarownica śmietanę 12% (około 3/4 kubka) i jedną albo półtorej łyżki majonezu, i wrzucam weń koperek drobniutko posiekany, soczek z cytrynki, ociupinkę cukru, ociupinkę czegoś tam co mam (np. curry dobrze śledziom robi), i naprawdę prawie nic choć trochę pieprzu.

 

Może też być jeszcze przyprawa do ryb i to już byłby koniec czarowania. To wszystko bardzo dokładnie trzeba wymieszać. Teraz dwie-trzy średnie cebule siekam drobniutko i płaczę. Potem kroję śledzie w ukośne paski i zaczynam układać w słoju jak lazagne czyli warstwami, warstwa cebuli, warstwa śledzi, warstwa sosu. Między warstwy sypię płatki migdałowe i tak się słój wypełni. Zamykam, wcześniej sprawdzając czy te wszystkie śledzie mają dość sosu, bo powinny w tym sosie gęsto siedzieć a żaden kawałeczek nie powinien być go pozbawiony.

 

Koniec filozofii. Do lodówki. Ale jeść najlepiej dopiero po dwóch, czterech dniach jak się smaki połączą. I oczywiście nie należy podawać ich prosto z lodówki a jak już będą na półmisku to podsypać świeżutkim koperkiem i przykryć ciasną kołderką migdałowych płatków. Całe te ceregiele ze śledziami osoby zabiegane powinny traktować jak psychoterapię osobistą czyli wszystko robić powoli, kontemplować, odpływać myślami w tematy metafizyczne postne lub adwentowe  i nawet jeśli nie zawsze przyjemne są to rozważania to przecież zupełnie własne.

 

I Broń Boże się nie spieszyć. W innym wypadku śledź się diabli i nie wychodzi.

 

Małgosia



Bryllowanie Live!

15 listopada, 2011
Kategorie wpisu: Ważne Komunikaty Domowe

Płyta ‘Bryllowanie Live’ nagrana z Marcinem Styczniem jest już do nabycia! To zapis koncertu na płycie CD oraz DVD. Kto nie widział na żywo ma okazję obejrzeć w domu :)

 

Płyta DVD i CD „Bryllowanie Live” pieśniarza Marcina Stycznia i poety Ernesta Brylla to zapis koncertu, który odbył się w Teatrze Polonia w Warszawie 6. października 2010 roku.

 

Artyści, których dzielą dwa pokolenia, doszli do wniosku, że tylko nagranie na żywo może oddać to, co dzieje się na scenie między nimi a publicznością. To trzeba zobaczyć i usłyszeć. Nieprzewidywalne, pełne humoru dialogi, spontaniczne reakcje publiczności, dobra zabawa, ale jednocześnie głęboka, pełna wzruszeń refleksja nad życiem. Bryll i Styczeń nie moralizują, ale pytają: co się z nami stało? Nie dają prostych odpowiedzi, ale zmuszają do zatrzymania się, zajrzenia w głąb siebie, powrotu do korzeni i wartości. W koncercie poza piosenkami znanymi z płyty „Bryllowanie” znalazły się także utwory premierowe do wierszy Brylla, jak choćby „Porady” czy „Trzecia nad ranem” oraz autorskie piosenki Marcina Stycznia, między innymi „Madonna od popaprańców” dedykowana żonie poety – Małgosi Goraj-Bryll, czy „Koń, gospoda i żona”, kabaretowy utwór poświęcony pamięci pradziadka pieśniarza – Franciszka Stycznia.

 

Nie zabrakło także wierszy czytanych przez poetę, za każdym razem ubarwionych licznymi anegdotami. Ernest Bryll w koncercie wystąpił z kapeluszem, który nakładał, gdy Marcin Styczeń grał swoją autorską piosenkę. Żartował: „Zobaczcie jaki ja jestem dobry, nie tylko pozwalam Marcinowi grać jego piosenki, ale jeszcze wspieram go w sukcesie swoim śpiewem”. W kilku piosenkach można więc usłyszeć głos Ernesta. Absolutnym hitem jest piosenka „Oj gębo moja” zaśpiewana w duecie. Na koncercie panowała bardzo naturalna, domowa wręcz atmosfera. Na zakończenie publiczność została poczęstowana bułkami irlandzkimi, upieczonymi specjalnie na tę okazję przez żonę Ernesta Brylla.

 

Artystom towarzyszyła trójka wspaniałych muzyków, współpracujących na co dzień z gwiazdami muzyki rozrywkowej: Łukasz „Samba” Dmochewicz (perkusja), Michał Przybyła (gitara basowa), Tomasz „Orzeł” Rząd (gitara, chórki).

 

Płyta CD, z uwagi na ograniczenia czasowe, nie zawiera bisów. Na DVD znajduje się cały zapis koncertu. Płytę promuje piosenka „Oj gębo moja” (nr 22 na płycie).

 

Płyta do kupienia u Marcina Stycznia : http://marcinstyczen.art.pl/index.php5?page=19

 



Wiersze na dni Zaduszne

2 listopada, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze


Na wyspy


Na wyspy Blasket zagnały mnie wspomnienia

Żebym widział.

Nie do uwierzenia: Po ciemnym niebie

Gdzie wszystkie wiatry sprzeczne

Lecą dusze umarłych we wieczność

Niby ptak

Tylko jak? Nawet ptak

W tym niebie-kim jest nie wie

 

Wołamy do nich, choć nic nie widać

Nie wiadomo, czy im się to przyda?

Nad burą wyspą niech ląd będzie bliski

Niebu- bo tego im trzeba

 

I zobaczymy dusze, ktore burzą niską

Przyciśnięte były aż do morza

Jak ulatują w przestworza

 

Strzepują z wody skrzydeł słone lotki

Kropla spadła. Jej smak taki słodki

 

 

 

Wedle Irlandzkiej legendy, wszystkie dusze przelatują nad wyspami Blasket

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Borem, lasem

 

Nie dość, że borem- jeszcze muszą lasem

Wędrować ojcowie nasi

Nie dość, że na nich płaszcze nie blakują

To głód śmiertelny czują

 

On nie do zasypania- choć tłustym jedzeniem

Nie do ugaszenia, chociaż fundujemy

Światełko za światełkiem jak gorzałki kielich

Wszystko łykają w marszu

-Muszą tak, czy chcieli?

 

Bliziutko idą. Nagle nie wiadomo,

Czemu co chwila ktoś zbywa nam z domu

Było przy stole ciasno, aż trudno ruszyć łyżką

Byliśmy jak sklejeni. Teraz nam nie blisko

 

A najgorsze- W ucho nam terkocą

Jak to gdzieś za borem i lasem

Nasi idą przez zaprzeszłe czasy

Nocą

 

-Dosyć tego-

Z nienawiścią

Cieniom ojców gęby zatykamy

-Zamknijcie się. Dajcie pomyśleć…

Ale cienie muskularne. Z nami marniej

 

Nie dasz im rady. Nie zamkniesz ględzenia

Więc zmykamy w zdrady, otępienia

 

 

 

Dalej to

 

A nam, którzy niejedno zdradzili

Daj czas, Boże, byśmy tyle pożyli

Aż najem się po uszy wstydu

 

Dziś jak widać tego nie widać

W miłej stołówce naszej

Żeby siebie ktoś się przestraszył

I jedną łzą popił nagle

Co mu stanęło w gardle

 

Tu, choćbyś krwią się zakrztusił

Przeżuwamy. Nikt nic więcej nie musi

 

Więc nie muszę

Na moim talerzu

Dalej to śmierdząc leży

 

Więc uciekam na przyjęcia wytworne

Co śmierdziało- tutaj czeka- pokorne

Migam się, migam- Boże

 

Nie warto

I tak kiedyś podejdzie pod gardło.

 

 

 

x x x

 

U nas żyć nie umierać. Aby nie chorować

Bo ojczyzna na to niegotowa

Chociaż już przyjazna- trzeba przyznać

Zawsze dla tych, co ważni

Odważna Ojczyzna

 

Ale powolutku, może troszkę w smutku

I mniej ważni- bardzo poważnie

Zaczną udawać jak to gonią radość

Ja już niestety zbyt słabo

Ale reszta biegnie- do skutku

 

Taki kurz, aż zanikają

Ciągle dalej: Żyć, nie umierać!

A tym, co nie nadążają

Śmierć po życiu nie bardzo doskwiera

-Czy się boją?- Raczej się strachają

Sami siebie w tym, co dziś mają

 

Bo „jak się masz” to kłaniaj się życiu

Nie masz nic, to się trzymaj zdrowo

Tu się nie żyje chorobą

Bardzo złości każda chwilka słabości

Nie oglądaj się za samym sobą

 

 

 

Prasowanie

 

Uśmiechają się przez sen przyjaciele

Do mnie. Ja uśmiecham się do nich

To tak niewiele. Ale to nas obroni

Przed złym czasem, kiedy snu grymasy

Bardzo boleśnie ścinają twarze

 

Bo cierpimy, choć śnimy, co się nie wydarzy

A już się wydarzyło. Tak to jest, człowieku

Nie wyjdziesz na brzeg z ciemnej rzeki

 

Ale ta chwilka uśmiechu czasami

Jest jak pochylone drzewo nad wodami

Można ją złapać. Można się wdrapać

Po gałęziach na brzeg obudzenia

Uratowany. Mokry od spocenia

Cała pościel jest do wyrzucenia.

 

Niestety, jesteś średnio ubogi

Albo niedobogaty. Więc coś trzeba zrobić

 

Wrzucam do pralki zmięte pościelenie

Potem prasuję, długo i sumiennie

Wygładzam po zapomnienie

 

 



Spotkanie na Jasnej Górze-relacja

23 sierpnia, 2011
Kategorie wpisu: Informacja od Madzi

Ernest Bryll i Krzysztof Świertok, fot. Jarosław Solarski

Rodzice wrócili uśmiechnięci i zmęczeni ze spotkania na Jasnej Górze. W ich imieniu bardzo wszystkim dziękuję za przybycie, mam nadzieję, że tomik-album „Tam bije serce Twoje”, z wierszami Taty i pięknymi zdjęciami pana Krzysztofa Świertoka będzie Wam towarzyszył podczas niejednej refleksji.

 

 

Relacja ze spotkania na stronie Biura Prasowego Jasnej Góry

 

 

„Tam bije serce Twoje”, wyd. Edycja Św. Pawła

 

 

Ernest Bryll i Krzysztof Świertok, fot. Jarosław Solarski, zdjęcie wykorzystane za uprzejmą zgodą Biura Prasowego Jasnej Góry