Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Witamy na nowej stronie! Przenieśliśmy się na system Wordpress, także od dziś możecie zostawiać pod zapiskami Ernesta komentarze, i przeszukiwać archiwum za pomocą pola 'Wyszukaj', o tam, po lewej, pod maszyną do pisania.

Pozdrawiamy,
Internetowe Krasnoludki

Dwa telegramy

4 czerwca, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 10 czerwca 2001 roku.

 

Mieszkałem więc już w Otwocku. Wtedy lepiej. Nawet wspaniale.

 

W Otwocku zawiązała się spółdzielnia mieszkaniowa. Dało to szansę na zbudowanie własnego mieszkania. Spółdzielnie takie, ratunek dla młodych rodzin, powstawały z trudem ale powstawały po roku 56. To był dla nas znak przełomu październikowego.

 

Najsłynniejsza stała się Spółdzielnia  „Osiedle Młodych”. Wtedy, daleka Praga. Gazety rozpisywały się o tym cudzie spółdzielczości.

 

Bo to był cud. Chociaż częściowo, ale posiadanie mieszkania zależało teraz od naszej inicjatywy. Dawniej albo niewyobrażalnie wielkie pieniądze, albo szczególne szczęście u władzy, albo… Nie wiem jakie jeszcze albo…

 

Warszawiacy, którzy w 45-tym roku wracali do ruin miasta byli czasami lokatorami jakichś kątów w wielkich, na wpół zrujnowanych kamienicach. Pamiętam mieszkanie Mirona Białoszewskiego, niedaleko Nowogrodzkiej. Wchodziłem do tej ruiny witany nieżyczliwymi spojrzeniami jakichś ludzi, co z oburzeniem otwarli mi drzwi do korytarza. Bo nacisnąłem nie ten guzik dzwonka. A dzwonków było mnóstwo. Teraz w każdym pokoju kto inny. Większe pokoje podzielone przepierzeniami z dykty. Wszystko połączone korytarzem prowadzącym do wspólnej kuchni i łazienki. Korytarz obwieszony rowerami, baliami…

 

Takie mieszkania albo jeszcze gorsze, zobaczyłem w parę lat później kiedy wypuszczono mnie wreszcie dwudziestodziewięcioletniego, za granicę. Po raz pierwszy. Do Moskwy. Na festiwal filmowy. I tylko ściśle na tydzień. Nie byłem godny towarzyszyć festiwalowi przez cały czas jego trwania.

 

Wtedy było już po najgorszych latach w Otwocku. Pracowałem od 63 roku w telewizji. Byłem raczej znanym krytykiem filmowym, obiecującym poetą. Miałem stałe zarobki i raz w tygodniu ciepłą wodę w kranie. No i nareszcie paszport. Do zwrotu natychmiastowego, po tygodniu.

 

Pojechałem.

 

Przeżyłem, tylekroć dany innym, dreszcz przekraczania granicy. Tu trzeba powiedzieć że Związek Radziecki starał się o ten dreszcz szczególnie. 
Wtedy tego nie wiedziałem. Myślałem sobie: tak już musi być przy każdym przekroczeniu granic. Jak kiedyś pojadę na Zachód – to dopiero będzie!

No, ale wpuścili. Zobaczyłem Plac Czerwony. Nadużyłem alkoholu więc nie chciało mi się wykorzystać miejsca dla cudzoziemskich filmowców w kolejce do mauzoleum Lenina i Stalina. Myślę, że delegacja francuska, zalewająca się łzami, godnie mnie w mauzoleum zastąpiła. Francuzi, nawet jak na mnie, zwolennika socjalizmu (ale dostrzegającego jednak jego marne wykonanie, gdy był marki „zdiełano w ZSRR”), byli albo dziko naiwni albo niezwykle inteligentnie obłudni.

 

I odwiedziłem ukradkiem Mirona Czernienkę. Młodego krytyka, wielbiciela filmu polskiego. Mieszkańca komunalnej rudery przy ulicy Basmannej. Miron Czernienko szybko wcisnął mnie do swojej nory. Na korytarzu, czujne staruszki wypytywały kto, co, dlaczego. Na szczęście mówiłem po rosyjsku znośnie i wyglądałem na obywatela Estońskiej Republiki Rad. 
Powitała mnie słodka i miła żona Mirona. Tylko jej okulary! Była silnie krótkowzroczna a ówczesne szkła radzieckie przypominały raczej soczewki artyleryjskiej lunety.

Gadu, gadu, czaj z konfiturami i obiecałem: poszukam w Polsce cieńszych szkieł i modnej oprawki.

 

My wtedy, w takich możliwościach górowaliśmy. Byliśmy niby zachodem. Socjalizm, u nas, wydawał się marki lepszej. 
Znane nam były też koszule non-iron, które w Moskwie prawie z pleców nam zdzierano. Płacąc niezłe ceny. 
Mirona pożegnałem. Okulary posłałem, na co mam dowód – list zaczynający przyjaźń z radzieckim krytykiem, wielbicielem filmów Wajdy.

 

Ale, co ja o Mironie Czernienko? Zacząłem przecież od mieszkania Mirona Białoszewskiego.

Więc stoję na korytarzu tego kołchozu mieszkaniowego w Warszawie, pod nieżyczliwymi spojrzeniami lokatorów, których indywidualne dzwonki zbezcześciłem. Miron wysunął głowę zza poharatanych drzwi. Wciągnął mnie do pokoju. Był w jakimś dziwnym odzieniu. Jeśli obok piżam i koszul nocnych istnieją jesionki nocne i buty nocne oraz futrzana czapka nocna, to tak Białoszewski był odziany. Czekał na mnie.

 

Na stole pokręconym kołysała się filiżanka z czarną jak pasta do butów herbatą. Miron Białoszewski często pijał herbatę wzmocnioną pastylką z psychedryną. Kiedyś spróbowałem takiej, u jego dawnego kompana z czasów okupacji, czyli Swena Czachorowskiego. Zażył tej herbaty Swenowej i Staszek Grochowiak. I pogryzł syjamskiego kota!

 

U Białoszewskiego, jak sądzę, w mojej herbacie, nie było psychedryny. Nikogo nie pogryzłem.

 

No tak, Miron był typowym mieszkańcem odgruzowanych resztek Warszawy.

Ale ja? Tylko spółdzielnia mieszkaniowa. Tylko wielka szansa dana nam przez Październik. No i strychy. O tej idei pisałem. 
Spółdzielnia. Ale jak zostać jej członkiem? Straszliwe, kilometrowe listy oczekujących na szczęście wpisania na listę „prawie” członków. I członkowie podzieleni jako chóry aniołów w dziełach Dioniozego Pseudo Areopagity (w tym czasie jakoś się do prac tego angelologa pradawnych wieków dorwałem). Od najniższych, co będą czekali nie wiadomo jak długo, po tych, co czekają już na konkretnie budujące się bloki.

 

A runąć z tej drabiny oczekiwań łatwo. I do ostatniej chwili, wszystko mogło się zmienić.

 

Tak wiele lat później, kiedy już byłem pisarzem (którego nie wiadomo za co, ale jednak, umieszczono w Encyklopedii Powszechnej i w szkolnej historii literatury), zostałem strącony właśnie, gdy stałem na najwyższym szczeblu. Po zapłaceniu pieniędzy dostałem klucz do domu. Ale na drzwiach przybity skobel. Kłódka. Kartka. Dom podlega innej decyzji. W biurze spółdzielni wyjaśniono, że nagle zostałem przesunięty na dalszą kolejność. Lokalizacja nieznana.

 

Ale co wybiegać przed lata. Teraz jest rok 1962. Mam lat trzydzieści prawie. Mam dwupokojowe mieszkanie. Z ciepłą wodą raz na tydzień. W Otwocku, bo tam było łatwiej wcisnąć się do Spółdzielni. (No i brak prawa do zameldowania w Warszawie nie zamykał mi drogi). Mam małe dziecko, chłopca. Jestem bez pracy. Jeszcze trwa czas wilczego biletu, który miałem z czasów rozbicia Współczesności (Bezdomny z czupryną). Żona też nie pracuje, bo o pracę w Otwocku trudno.

Sytuacja bardzo marna. Był to czas, kiedy się wszystko załamało. Pożyczki, resztki jakichkolwiek pieniędzy – wszystko poszło na zapłacenie pierwszej raty w spółdzielni. I kiedy wprowadziliśmy się do mieszkania, i trzeba było płacić, dziura finansowa nie dawała się już załatać.

Zresztą załamałem się też zdrowotnie. Nie mogłem już pracować „na czarno”, produkując różne audycje, które podpisywali koledzy, pisząc mnóstwo artykułów, dorabiając korektą stylistyczną książek. Czasem wyłączano nam nawet prąd. Nie było za co, w terminie rachunków opłacić.

 

Do Warszawy jeździłem na gapę. Opracowałem cały system ucieczek przed konduktorami. Swen Czachorowski, mieszkający już chyba w Warszawie, ale pamiętający swoje dojazdy z Kobyłki nauczył mnie techniki „moczenia biletu”. Wtedy były bilety tekturowe. Datę i godzinę wybijała maszyna. Czasami niewyraźnie. Otóż odpowiednim moczeniem (nie w wodzie) można było doprowadzić znak datownika do zaniku. Trzeba było jeszcze bilet wałkować przez bibułę. Tak nieprecyzyjnie datowany bilet był uważany przez kontrolerów za wynik błędu maszyny. Mandatu nie wypisywali, na komisariat nie ciągnęli ale cudowny bilet odbierali.

 

No i odwiedza mnie nagle Zygmunt. Gość z dalekich Włoch, znawca muzeów Italii, Francji! Siedzimy, gadamy. Ja trzymam dziecko na rękach i karmię z butelki. Zygmunt robi mi zdjęcie:

 

Ernest z synem Markiem

 

W roku 62 słuchałem go. Opowiadał o Zachodzie. I o tym jak dotarł do Włoch. Jak biedował, pracował, studiował. Jak tam jest. Zazdrościłem. Podziwiałem. Ale nie rozumiałem. Pierwszy raz miałem zobaczyć swój paszport dopiero w roku 64. Teraz byłem mieszkańcem przyzwoitego mieszkania, ale naprawdę na dnie. To dno trwało od dwu lat.

 

Było nawet tak, że pojechaliśmy z Ewą do Gorzowa Wielkopolskiego. Szukano kierownika domu kultury. Myśleliśmy: – Może przyjmą. Jak nie mnie to ją. Szanse w Warszawie były prawie zerowe. Szanse na pracę w Gorzowie trwały pół tygodnia. Potem delikatnie nas przeproszono.

 

Tak więc, po nadziei gorzowskiej, znów w Otwocku. Siedzimy z Zygmuntem. On opowiada. Liczy też na pracę na uniwersytecie lub w muzeum. Jest przecież doktorem znanego włoskiego uniwersytetu. Autorem świetnej pracy o mało znanych precjozach sztuki włoskiej.

 

Zygmunt zrobił zdjęcie. Potem wyjechał. Zostaliśmy w słonecznym, ładnym ale głodnym mieszkaniu. 
Marzeniem była pralka „Frania”. Bo pieluchy z tetry. A tego stosy. A piec w kuchni na węgiel. A grzać na maszynce elektrycznej drogo. 
Drugie marzenie to łóżeczko dla dziecka. I materac!

 

Nie wiedziałem, że te marzenia nagle się spełnią. Życie odmieni się jak po cudzie.

 

Kiedy rozmawialiśmy z Zygmuntem nie mówiłem nic o szalonym i desperackim „skoku na pieniądze”. A taki wykonałem. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem czy lecę czy spadam z hukiem. Nic nie można było przewidzieć.

 

Jaki to był skok? W rozpaczy znalazłem notatkę w prasie. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza przedłużała termin składania prac na konkurs literacki, chyba o trzy miesiące.

Miałem starą maszynę typu Adler i ryzę papieru. Siadłem i zacząłem pisać moją pierwszą powieść. Konkurs dawał szansę. Pracę wysłałem. Podpisałem godłem Jakób. Przez „ó”. To ważne. Bo potem w czasie czytania prac sądzono w jury, że to powieść starszego wiekiem autora. Jakób wedle dawnych zasad pisowni. Ja wedle takich pisałem, bo w dzieciństwie na tajnych lekcjach u Pani Wolf – jednej z cichych bohaterek tajnej szkoły w Generalnym Gubernatorstwie – znalazłem stary podręcznik pisowni. Chyba sprzed pierwszej wojny.

 

Jakób. Takie imię nosił też mój syjamski kot. Przyjacielski dar od Swena Czachorowskiego. Swen nadał arystokracie kociemu imię platońskie Fajdros.

 

Znałem pisma Platona, bo czytaliśmy je w ciekawych przekładach Witwickiego. Ale zawsze skłonny do plebejskich nazw, jadła, rozkoszy, do grubej mowy, do tradycji kalwińskich jakie w cudownie spolszczony sposób uosabiał ojciec poezji Mikołaj Rey – nazwałem kota Jakóbem.

 

Na szczęście.

I Jakób przyniósł mi szczęście. Bo taki przyszedł telegram:

 

Telegram

 

O czym była moja pierwsza powieść Studium? O zabójstwie po zabawie na wsi. O śledztwie, które miało wyjaśnić co było powodem. I o braku jakiegokolwiek powodu. Postacie: normalni chłopcy, którzy nie mogą wyjaśnić czemu zabili. Kompletny brak logiki, powodów, przyczyn…

To musiało być nowum. Bo opowieść Trumana Capote o bezsensownym, nielogicznym, okrutnym morderstwie i uczestnikach takiego mordu jeszcze wtedy chyba nie była napisana. 
Wiem, że Studium nie było wielką powieścią. Co w niej było? Chyba niezafałszowany obraz ni to wsi, ni to półmiasteczka.

Dość o prozie. Ważny był telegram drugi:

 

Telegram Drugi

 

 

Nagrodę odebrałem. Była oszałamiająca. Chyba koło 30 tysięcy. 
Piłem na przyjęciu ostrożnie. Trzeba było bowiem wrócić z łóżeczkiem dla dziecka. Takoż z materacem.

 

Z lokalu LSW blisko było do Domu Towarowego. Tam bywały łóżeczka.

Były. Drewniane. Był materac, chyba jakiś wspaniały bułgarski albo jugosłowiański. Była koperta z pieniędzmi. Koperta gruba. Nie jakiś czek!

Łóżeczko kupiłem. Zawiązałem sznurkiem. Tak i materac. Przewiesiłem wszystko przez plecy i ruszyłem z Domu Towarowego na dworzec. Wsiadłem do pociągu. Z ważnym biletem. Dojechałem do Otwocka. Wysiadłem. Zarzuciłem na plecy bagaż i powędrowałem parę kilometrów do domu. Bo piękna ulica Pułaskiego biegła akurat na granicy Otwocka. W połowie drogi pomiędzy stacją Otwock a Śródborów.

 

Co tam! Doszedłem. 
Co tam, wyszedłem z biedy!

 

Co tam. Za parę miesięcy oferowano mi robotę w telewizji. Byłem młodszym redaktorem, który przygotowywał materiały do filmowej audycji o filmie, zwanej Klaps. Szefem moim był Grzegorz Lasota. Właściwie „nadszefem”, bo Klapsa prowadził Grzegorz Dubowski.

 

Praca była trudna. Grzegorz Dubowski to miły kolega. Ale Lasota! Z jednej strony fachowiec, z drugiej strasznie chimeryczny i czasami bardzo chamski. W kontaktach z podwładnymi. 
Pierwszy dzień pracy. Lasota wściekły. Daje mi pudło z materiałami filmowymi. Każe natychmiast przygotować montaż. Nie wiem jeszcze gdzie pracują montażystki. Taśmy są nagrane, innym niż znałem, sposobem. (Chodziło o to, że wówczas często w audycjach TV nagrywano „obraz” kamerą niemą – czyli bez rejestracji dźwięku. A wypowiedź na magnetofon. Potem ekwilibrystyka zgrania obrazu z dźwiękiem. Niezwykle trudna technicznie – tak aby widz nie dostał inaczej ruszających się ust w stosunku do mówionych słów.)

 

Myślałem, że wylecę z pracy już tego dnia. Ale dobrzy ludzie pomogli mi przebrnąć przez fanaberie szefa. Pamiętam Elę Klekow. Miłą, spokojną blondynkę. Ratowała mnie nie raz.

Potem wyszło Studium. Potem były dobre recenzje. Zamknięty świat powoli się otwierał. Najważniejsze: miałem pracę! Bo od szesnastego roku życia, zawsze starałem się gdzieś pracować. Jak już widać z tych wspomnień, parokrotnie bywałem bez pracy. Ale wracałem. Trzymałem się pracy nawet w czasach największego powodzenia pisarskiego. Bo boję się być pisarzem a szczególnie poetą. To czasem jest a czasem gdzieś ucieka.

 

Poezja jako zawód, jako sposób zarobkowania?

No nie. Jeśli tylko można, trzeba pracować w innym zawodzie. Nawet po to aby nie mieć zbyt wiele czasu na pisanie wierszy. 
Bo sztuka, poezja jest nam najmilsza, kiedy staje się niby wagarami w naszym zagonionym życiu.

 

I cóż z tego, że ludzie najbardziej cenią moje wagary? 
Żeby uciekać na wagary trzeba „musieć istnieć” gdzie indziej.

 

Ale to już moje teorie prywatne.

 



Proletariusz na barykadzie

9 maja, 2011
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy 31 maja 2001 roku.

 

Jechałem z Bydgoszczy. Było to w roku chyba 1997, po wieczorze autorskim w ciekawej i ciągle promującej literaturę kawiarni Węgliszek. Trochę jeszcze zaspany, bo pociąg do Warszawy odchodzi wczesnym rankiem. Wyszedłem na korytarz i palę fajkę. Nagle z przedziału obok wychodzi na papierosa (chyba) wysoki, elegancki pan.

 

A jednak to Zygmuś, mój współmieszkaniec z akademika na Narutowicza. Tak, z tego samego pokoju. Widok na taras z Chińczykami (jeśli nie czytałeś, patrz „Jak z Markiem Hłasko po Warszawie pielgrzymowałem”). A potem szczęściarz, bo mieszkał w dwuosobowym, malusieńkim pokoiku razem z Koreańczykiem. Tak wtedy było ze studentami koreańskimi. Lokowano ich razem ze studentami polonistyki aby jak najszybciej uczyli się języka. Z Koreańczykami mówię, bo Chińczycy zawsze mieszkali w osobnych pokojach i wszystko robili razem. Poruszali się nieomal marszowymi kolumnami.

 

Zygmuś był ze Żnina. Czy też z okolic słynnej miejscowości, gdzie ongiś narodził się nasz pierwszy, znany w historii inteligent, który wyszedł z chłopskiej chałupy, czyli Klemens Janicki.

 

Janicki był moim herosem w czasie przerabiania średniowiecznej i odrodzeniowej literatury na naszej polonistyce. Zresztą postać tego chłopaka z chałupy, dziecięcia wątłej budowy – jak to wynika z dziękczynnego wiersza do bogatego i wpływowego magnata Krzyckiego Elegia o sobie samym do potomności – nie tylko mnie wzruszały.

 

Janek Bester, nasz nadworny satyryk, publikujący wówczas gęsto swoje fraszki w Szpilkach i pismach ludowych, napisał nawet pieśń o Janickim:

 

Miał w Januszkowie morgę i domek
Kułak Janicki z dziada pradziada
Że mu się wreszcie zrodził potomek
Przeto Klemensa imię mu nadał
I żył ten Klemens wątły i słaby…


Tak opowiadał Janek Bester. Chłopak ze wsi rzeszowskiej. Niezwykle oczytany. Wprawdzie wysoki i ładny, ale naprawdę też wątły i słaby. Na obowiązkowych zajęciach z wychowania fizycznego, bo takie mieliśmy, oraz na ćwiczeniach na studium wojskowym, Janek występował zawsze w roli ofermy.

 

Studium wojskowe. To było przekleństwo każdego tygodnia. Co wtorek trzeba było zrywać się przed świtem z łóżek i jesienią w deszczu, czy zimą mroźną, wędrować daleko. Popatrzcie kiedyś na plan Warszawy. Nasz akademik na Narutowicza. Ćwiczenia polowe na Wawrzyszewie. Trzeba było dotrzeć pod bramę cmentarza żołnierzy włoskich. Nawet dziś, kiedy jadę na północ Warszawy, mijam ten biały cmentarz z drżeniem.

 

Bo trzęśliśmy się z zimna. Tak wcześnie żadna stołówka nie działała. Więc bez jedzenia, bez kubka ciepłej lury, każdy ruszał w ciemną dziurę warszawskiego przedświtu. Najgorsze – jak dojechać?

 

Teoretycznie była jakaś komunikacja, która jak dobrze poszło, zabierała z godzinę drogi. Parę przesiadek… Tylko o żadnej regularnej komunikacji w tamtej Warszawie o tak wczesnej porze mowy nie było. Jeśli tramwaje szły to dziwnymi grupami i do jakichś zajezdni a nie w trasy. Autobusy – to marzenie. Bo chyba nawet nie było jeszcze w Warszawie rosyjskich autobusów. Tego cudu komunikacji, który woził nas trzy lata później z Kickiego na Uniwersytet.

 

Szliśmy więc część drogi pieszo. Zimową Warszawą gdzie wędrowało się gruzowiskiem, skrótami. Zawsze grupą, bo grupy raczej nikt nie napadał. A potem w kombinezon mundurowy. Karabin typu mosin 1899 w łapę. I czołgamy się po polach Wawrzyszewa. 
Zygmuś stał się wynalazcą w walce o każdą minutę ciepła. Stąd nie myliśmy się. Na stroje nocne wkładaliśmy dzienne i tak, jeszcze przynajmniej teoretycznie odziani w skórę naszych snów, wędrowaliśmy na wojnę.

 

Zygmuś walił krokiem ogromnym. Ten chłopski syn ze Żnina był wysoki, tykowaty. Stopy olbrzymie. Łapy jak łopaty. Czupryna zmierzwiona dziko. Twarz długa kanciasta. Wielkopolsko-sielska. Na plakatach mógłby reprezentować młodego entuzjastę nauki, który wyrywa się do wiedzy – a socjalizm to umożliwia.

 

Ale Zygmuś nie był ulubieńcem socjalizmu. W tamtym 52/53 roku jego pochodzenie klasowe to była wąziutka ścieżka, ziemia niejasna pomiędzy szansą na zbawienie a wiecznym potępieniem. Ojcowie Zygmusia nie byli jeszcze zadomowieni w krainie średniorolnych ale ich pracowitość okazała się błędem. Bowiem przez pokolenia dorobili się kawałka pola, które już ich ściągało w piekło – gdzie spychano kułaków.

 

Tymi zagadnieniami zajmował się zawsze któryś z opiekunów roku. Bo od momentu egzaminu i długo potem – ciągle przyglądano się naszym aktom personalnym. Dzięki Bogu, że byliśmy na polonistyce, bo tu trzeba oddać sprawiedliwość naszemu dziekanowi Zygmuntowi Liberze, szaleństwo pryncypialnych młodych aktywistów temperowano. Stąd nie gnały u nas oddziały „lekkiej kawalerii”. 
Kto wie co to było? Otóż owa dziarska i chyba rozumiana raczej kozacko i czerwono-gwardyjsko nazwa, oznaczała grupy stróżów moralności socjalistycznej.

 

Co ta moralność znaczyła? Czego wymagała?

 

Wszystko znaczyła wedle woli przemożnych kawalerzystów. Ja, nadziałem się parę razy na ich ostre piki. 
I nie dlatego, że kiełkowała we mnie Myśl Nieprawa. W tym czasie byłem chyba bardzo pryncypialny.

 

Pamiętacie ten korowód tańczący kozaka na wieczorynce w Międzygórzu? (patrz „Niewłaściwe Życiorysy„  i „Międzygórze” )

 

Ja, trochę jeszcze przypadkowy uczestnik Ogólnopolskiego Zjazdu Polonistów w roku 1951 patrzyłem na korowód z wielkim uszanowaniem. Pląsali bowiem młodzi, uznani krytycy, nadzieje socjalistycznej nauki o literaturze, poeci – już po debiucie prasowym. Klaskali do rytmu czcigodni profesorowie, autorzy gromkich wystąpień. Ci, co na naszych młodych oczach umieli przygwoździć gada faszyzmu sączącego jad w powieściach, na przykład Conrada.

 

A jakieś piski protestu, jakieś próby polemiki z inaczej myślącymi literaturoznawcami? Prawie ich nie słyszałem. Ogromna większość młodych polonistów ze zgrozą patrzyła na Zygmunta Lichniaka, który w jakimś szale, bo przecież był i młody i plebejskiego rodu, próbował powiedzieć o innych sposobach widzenia literatury.

 

Wtedy, ledwo wiedzący, sporów tych nie rozumiałem. Ale w końcu w tym korowodzie pląsali moi przyszli koledzy warszawscy. Niektórych nawet znałem ze słyszenia. Bo w Kole Młodych w Gdyni i Sopocie wspominało się z dumą tych, co zaczynali robić stołeczną karierę.

 

Teraz rozumiem jak błogosławiona była dla mnie decyzja odrzucenia mnie z wydziału dziennikarstwa. Bo kto wie? Może pamiętając moich socjałów z elektrowni, wcale bym nie zauważył, że te lekkie kawalerie są wrogie PPS-owskim ideałom? (patrz „Tu Gdynia,Radio, Over…” ) Kolor czerwonych krawatów bardzo się wtedy pomieszał. Tu, na polonistyce, wielkich tragedii nie było. Nawet kiedy próbowano nas mobilizować przeciw starym profesorom, władze wydziału szybko to pacyfikowały. Nikogo też za błędy ideologiczne nie wyrzucono.

 

Dobrodziejstwa takiego spokoju doznałem dwa lata później na własnej skórze.

Więc – jak mi opowiedział w czasie jazdy pociągiem Zygmunt, miał trochę kłopotów i rozmów z jakimś aktywistą. Wypytywano go o kontakty z rodziną. Sprawdzano czy się nie kułaczy… Ale wiem, że to nie były nagonki.

Nagonki. Takie właśnie działanie jest dla kształtowania młodych najgorsze.

 

Jedna z pryncypialnych pań, naszych naukowych wychowawczyń, lubiła zapraszać nas, niby prywatnie… Nie, nie na żadne takie, co wam młodym dziś przychodzi do głowy…

 

To była purytańska moralność. Nawiasem powiem, że nawet wejść do żeńskiego domu studenckiego było prawie niemożliwe. Ścisłe i określające czas wizyty, przepustki. I sprawdzanie przez różne kozackie brygady.

 

Spotkania miały nas skłonić do postawienia wysokich, socjalistycznych wymagań, pewnym profesorom. Istotnie, niektórzy wykładali wielce nie ideowo. Wykłady ideowe były jasne i zrozumiałe. Nawet dla tego co niewiele wiedział o historii literatury. Bo zawsze klasy uciskane nie mogły się przedrzeć do ukrywanej przed nimi wiedzy. A jak kto się przedarł, na przykład Klemens Janicki, to stawał się sługusem biskupim. Janickiego wyratowała przed hańbą wysługiwania się, śmiertelna gruźlica.

 

Profesorowie bezideowi często nie byli wielkimi mówcami. Niektórzy nudnie mamrotali. Inni odczytywali coś monotonnie, nie patrząc w świetliste oczy studentów.

 

- Więc studenci – mówiła pani a raczej towarzyszka – powinni pryncypialnie zażądać wyrzucenia takich nauczycieli!

 

Nic z tego nie wyszło. Pewno przez naszą niechęć do gwałtowności. Dzięki kierownictwu polonistyki, dzięki mądrym ludziom u nas się nie szalało.

 

I przynajmniej na moim roku, nie było żadnych oddziałów „lekkiej kawalerii”.

 

Ale Zaporoże socjalistycznej moralności galopowało po wydziale dziennikarskim. No, nie Zaporoże. Raczej Czapajew moralistyki. 
Tak więc, zdarzyło się. Dostałem jedno z pierwszych prasowych honorariów. Niewyobrażalny dar w akademickiej, szarej biedzie.

 

Trzeba było rzecz uczcić.

Podkochiwałem się w miłej czarnulce z dziennikarki. Trochę egzaltowana. Recytowała wiersze Mandaliana i ideałem jej była Wanda O.

Wanda O. Grzmiała w słynnej radiowej audycji propagandowej. Chyba Fala… Ale jaka fala? Jak się Wanda nazywała? Nie chcę nawet sprawdzić. Niech będzie błogosławiona amnezja.

 

Chyba potem Wanda grzmiała tak samo zacięcie po innej stronie? O, przypomniałem sobie. Odolska!

 

To był ideał dziennikarski. Marzenie czarnulki. Ale tak mile się przy wspominaniu Odolskiej różowiła.

Ja na panią O. nie reagowałem. Czegoś nauczyły mnie socjały gdyńskie.

 

Więc siedzimy w Krokodylu na Starym Mieście (a może był to Fukier?), popijamy tanie winko i jemy ciastka.

Mam pieniądze. Jest przy mnie dziewczyna. I nawet nie recytuje wierszy, czego zawsze nie lubiłem. Nie wspomina o towarzyszce O. 
Nagle jakaś grupa wpada do naszej sali i zaczyna spisywać personalia tych, co piją wino i jedzą ciastka. Moja czarnulka blednie i daje się spisać.

Grupa wypada z lokalu. Czarnulka zalewa się łzami.

 

- Jutro wyrzucą mnie z ZMP. I z wydziału!

 

Nie pojmowałem tego. Ale honorarium zostało zmarnowane. Odprowadziłem szlochającą do mamy. 
Następnego dnia widzę ją już strasznie zapłakaną. Nie bredziła, wywalanie jest w toku.

 

Trzeba było coś zrobić. Jako współwinowajca ale i jako były robotnik z elektrowni przy stoczni, ech, to była nazwa: Komuna Paryska, udaję się do kierownictwa ZMP. Dzielnicowego. Cały Uniwerek był chyba sam w sobie dzielnicą.

 

Zaczynają ujadać. Przoduje jeden – potem jego cień towarzyszył mi na studiach a i po studiach. Dziś jest rzutkim przedsiębiorcą w kulturze.

 

- Kawiarnia Krokodyl! – krzyczy. – Wino, ciastka. Burżuazyjny styl życia. Niegodny naszych ideałów!

 

Znów ratuje mnie szkoła gdyńskich socjałów. 
Szukam gorączkowo ideologicznej tarczy. Celnego i nieodpartego zawołania. 
Na głupotę nie ma argumentów.

 

I znajduję. Staję na sposób proletariacki. No, tak – ciężko i dumnie – jak proletariusze na kolektywnie malowanych pracach artystów szkoły sopockiej (tak była wtedy idea malowania przez kolektyw a nie pędzlem indywidualnego artysty). Wysuwam szczękę na wzór Majakowskiego. Ryczę:

 

- To znaczy my, Lud, odbudowaliśmy Starówkę i te kawiarnie na Starówce tylko po to, aby tam różne burżuje zjadały swe burżuazyjne ciastka i popijały burżuazyjne wino!?

 

Dziś mało kto zrozumie jak strzał był celny. Bo też, pryncypialność proletariacka była w moim dowodzeniu jako posąg. Poza tym, sam wydawałem się sobie pryncypialny. Broniłem Krokodyla, Fukiera, jak barykad. I czułem się jak na barykadzie. 
Nie podejrzewajcie, że piszę opowiadania satyryczne. To była głęboka, przeżyta, czerwona odpowiedź.

 

Jakby piorun strzelił w biurka wydziału.

 

Oni tam na dziennikarce, mieli inaczej kształtowane umysły. Coś, co wychodziło, ot tak ze mnie, przyjmowali jako sygnał z centrali. Sygnał niejasny, ledwo wyczuwalny. Sygnały, których każdy aktywista musiał nasłuchiwać, rozszyfrowywać, choć klucz do szyfrów czasem zmieniano…

 

Więc może krzyk mój szczery wydał im się sygnałem do walki z kolejnym odchyleniem. Jakąś dziecięcą chorobą lewicowości. 
A jak już kto okaże się dzieckiem dotkniętym taką zarazą to nie ma rady. Łeb ukręcą.

 

Ja, bladość działacza, rozumiałem jako bladość zawstydzenia. O szyfrach, chorobach, sygnałach zmienionych z centrali, moje socjały nie miały wielkiego pojęcia. Toteż pewno im też łebki poukręcano.

 

Po co ta dygresja? Żeby pokazać, co mieliśmy w głowach, wędrując okutani na studium wojskowe.

 

Byłem przecież młodym, niebezpiecznym idiotą. Pamięta się ładne opowieści ze swego życiorysu, zapomina o innych. Ale kiedy się człowiek starzeje, szuka przed nocą tych zapomnianych drzwi, do zapomnianych korytarzy. Pełnych wstydu. Ciarki idą po plecach, kiedy się pomyśli jak to zobaczymy siebie samych. Nie przez jedwabne zasłony wspomnień ale tak twardo. Twarzą w te głupie gęby, które się nosiło.

 

Nic chyba strasznego w głupocie swej nie narobiłem. Ale jakby wszystko poszło inaczej? Jakby życie dało szanse różnym wściekłym moralistom socjalistycznym aby nauczyć mnie, czego trzeba.

 

Czy na przykład nie wspominałbym z dumą jak się od burżuazyjnego winka i ciastek wyzwoliłem? Jak zrozumiałem, że to były podszepty wroga? Może tej dziewczyny? Dla kogo działała? Po co?

 

My, z Zygmusiem, jesteśmy ocaleni. Zygmunt jest bardzo znanym specjalistą od malarstwa. Autorem paru świetnych książek. Profesorem.

 

Tak, stoi obok, ten sam Zygmunt a nie ten sam. Na jego postaci można malarsko udowadniać jak wielka wędrówka po krainach sztuki zmienia fizycznie człowieka. Nie, nie zmienia. Zygmunt jest ten sam. Ale to co było rozwichrzone, niezdarne w jego postaci, jest teraz szlachetne.

 

- Zygmuś – mówię – jak ty się zmieniłeś, a jesteś ten sam co przed laty.

 

- Kto z kim przestaje takim się staje – żartuje. Zygmunt, kolega co nas wprawił w osłupienie. Zaraz po październiku.

 

Bo Zygmunt dorwał się do jednej z pierwszych, rowerowych wycieczek do Włoch. I ruszył do Italii wywijając długimi nogami. I został w Italii, i w największej biedzie przebił się i studiował na uniwersytecie.

 

Wrócił do Polski. I odnalazł mnie w Otwocku.

 

Napiszę o tym za kilka dni…

 



Śniłem, że Papież w komży tak skrwawionej

30 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze

30 kwietnia – 1 maja 2011

 

Śniłem, że Papież w komży tak skrwawionej

Aż narodową barwę miała – stał u progu

I czekał milcząc by mu otworzono…

Dom był bez okien. Drzwi jak wieko grobu

Lecz nie wiadomo skąd było wiadomym

Że w środku coś chroboce, pełga jak westchnienie

Jak kamień niedobity…

Wreszcie otworzenie

Nadeszło. Rozłamały się wrota z łoskotem

I Papież wszedł do środka. I wybiegł z powrotem

I wracał i wybiegał w sutannie dźwigając

Obłamki które były ciałem jego kraju

Układał je mozolnie mrucząc — O, ten kamień

Bardzo wyraźnie ma Wawelu znamię

A to od Częstochowy kawałek ołtarza

A to ździebełko Narwi…

Świat za nim powtarzał

Skrzypiące nazwy i próbował skleić

Tak jako być powinno. Lecz nie po kolei

Nie podług prawdy było, bo sens był złamany

I przed narodów okiem kraj nieznany

Odradzał się tak straszny że każdy się wzbraniał

Dotknąć palcem i sprawdzić jego Zmartwychwstania.

 

2.II 1982

 

1 Maja



Biuro myśli znalezionych

25 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Radio, Ważne Komunikaty Domowe

Wczoraj można było posłuchać Brylla w Trójce- ale dziś nagraną audycję można go także obejrzeć w internecie na stronie radia. Zapraszamy!

 

Bryll znalazł myśl u Zaborskiego- artykuł i rozmowa w Polskim Radiu



Nad jeziorem (nowy wiersz na Wielkanoc)

23 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Wiersze


Nad Jeziorem- fot. Madzia Bryll

 

Po Zmartwychwstaniu Panie, poszliśmy na Twoje wezwanie

Do Galilei. Naprawdę nie było w nas wiele nadziei

 

Wszyscy nad Genezaret sławnym jeziorze starym

Bezradnie przycupnęli

 

Czy chcieliśmy być razem? Nikt nie rozpalił od razu

Nawet ogniska. To wszystko

A też najprostszej potrawy

Nikt nie miał na to spotkanie

 

Dlaczego? Czy wielkie sprawy

Umarły przed Zmartwychwstaniem

I nic się nowego nie stanie?

 

Bo co jest z Jego ciałem

Zmartwychwstał? Czy tak się zdawało

Śmierć z życiem się poplątała?

 

Samotni. Milczeli. Siedzieli

 

A On szedł radośnie. Bardzo Ludzki i Wieczny

Niósł smaczną rybę – żeby na spotkaniu

Radować się wspólną pieśnią i ryby smakowaniem

Bo wrócił do nas, do swoich. Wołał – Obudźcie się wreszcie

Upieczcie na ogniu rybę. Jestem. Nie gapcie się na mnie

Bez myśli bez wspomnienia w strachu niezrozumienia

Nie lękajcie się. Cieszcie.

 

 

Kwiecień 2011