Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Tu Gdynia Radio, Over…

3 marca, 2010
Kategorie wpisu: Wspomnienia

Najmując się do elektrowni sfałszowałem dane. Wtedy jeszcze nie było dowodów osobistych tylko karty zameldowania. Kiedyś kupiłem w drogerii płyn do wywabiania kleksów. Podczyściłem nim datę urodzenia. Z 1935 wyszło 1933. To była ważna zmiana. Stałem się osiemnastoletnim, więc mogłem pracować w tzw. warunkach zagrożenia.

 

Trudne warunki to na przykład brygada naprawy pieców. Wszystko w elektrowni po wojnie było dziurawe. A musiało chodzić. Stąd naprawiano kotły i piece w sposób ryzykowny. W czasie grzania.

Pamiętam, że niezwykle ważnym narzędziem były stosy nie rozpakowanych egzemplarzy prasy młodzieżowej. Chyba Pokolenia a może Trybuny Wolności, ówczesnego Po prostu z czasów przed przełomem październikowym. Zwały nigdy nie czytanych pism dobrze nadawały się do przygaszania ognia na rusztach pieców grzejących parę, która ruszała turbiny.

Dobrze pamiętam wielu ludzi z elektrowni. Była to jeszcze wysepka gdzie silną pozycję miały tak zwane przedwojenne socjały. Członkowie starej Polskiej Partii Socjalistycznej, przedwojenni robotnicy portowi, uczestnicy strajków, obrońcy Gdyni, tak zwani czerwoni kosynierzy. Mieszkańcy osad o dźwięcznych nazwach jak Meksyki, Pekiny. Były to osiedla budowane przed wojną przez biedaków szukających pracy w Gdyni. Budy z desek, paneli portowych, dykty. Powoli ginęły. Ale duma starych socjałów jeszcze wydawała się nieugięta.

Jeśli mam sympatię do historii Polskiej Partii Socjalistycznej, jeśli zawsze jest we mnie głos czuły na hasła socjalistów, jeśli nawet skompromitowanie wielu z nich przez biurokrację tak zwanego PRL-u nie zagłuszyło we mnie słów starych pieśni … jeśli, to dlatego, że zawsze pamiętam moich socjałów.

 

Jedna scena. Odpoczywamy w naszej kanciapie. Nagle otwierają się drzwi i włazi przedstawiciel władz z województwa.

- Cześć pracy – towarzysze proletariusze – woła wyjątkowy „dureń przybiurkowy”. I czeka raźnych odpowiedzi.

Ma zresztą do tego prawo. Bo moje socjały są też już członkami Polskiej Zjednoczonej. Co z tego, że ciągle żyją wiarą jak to oni wreszcie zapanują nad sumieniem partii, jak to karierowicze będą umykali, jak to przypomną, że „Zjednoczona” jest „Polską” a więc nawiązuje do patriotycznej tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej i tak dalej i tak dalej…

Dureń biurokratyczny jest od nich skuteczniejszy. Wstaje nasz majster.

- Co za cześć pracy – pyta. – Tu się mówi: Szczęść Boże… Co za proletariusze – ciągnie groźnie, – Tu odpoczywają Panowie robotnicy…

Załoga bije mu brawo. Dureń umyka.

Najciekawsze, że majster był typowym antyklerykałem. No i panów przedwojennych, bardzo źle pamiętał.

 

Pracowałem na tej wyspie socjałów niecały rok. Kiedy złożyłem papiery na polonistykę, majster wezwał mnie na rozmowę.

- Słuchaj – rzekł – Niby co ty idziesz studiować? Co to za fach? Tu możesz zostać ślusarzem precyzyjnym albo, jak dobre masz zdrowie, nurkiem czy spawaczem podwodnym. Ile roboty….

Rzeczywiście wtedy kończono demontaż niemieckiego pancernika Gneisenau. Blokował swym wrakiem wejście do portu. A pancerne płyty cięli spawacze na najlepszy wsad do hut.

Milczałem. Majster zadumał się.

- I kulturę możesz tu robić. No fajne było twoje przedstawienie. -

Grałem w nim jedną z głównych ról. Świetlica zawsze była pełna. Bo łaknęliśmy sztuki. Tak samo, odpoczywający ludzie, z lubością słuchali płyt nadawanych przez głośniki. Nie tam, ówczesnych masowych pieśni. My lubiliśmy tanga i jakieś amerykańskie rytmy:

 

Ty masz w sobie coś

Naprawdę takie coś

Ja w tobie na zabój kocham się

Choć ludzie mówią mi

Że dużo dziewcząt masz

Żeś zezowaty jest

I że masz brzydką twarz…

 

Zawsze podczas tego szlagieru nasz ospowaty majster popłakiwał. O, płyty to nie byle co. Kiedy oddelegowany kupowałem je w sklepie, sprzedawca nie chciał mi wypisać rachunku.

- Panie – tłumaczył – ja takiego spisu treści na paragon dla socjalistycznego zakładu wypisać nie mogę. To przeciw ideowej linii.

- Ideowa linia to my – warknął jeden z moich socjałów, co przyjechał razem ze mną do miasta. Paka płyt była ogromna. Dumnie wynieśliśmy ją ze sklepu. My, z elektrowni w porcie.

Tak więc po wielu namowach majster zgodził się:

- Jak musisz już pisać te wiersze, to idź studiować. Biurokratą się na pewno zrobisz. Ale przynajmniej nigdy nie zostań personalnym…

Personalny, to był zawsze na zakładach pracy kierownik specjalnego działu. Osobowego.

 

No tak, pisałem wiersze. Skąd mi to przyszło, kiedy nigdy w czasach szkoły średniej nie należałem do żadnych Kółek Młodych Poetów czy innych artystycznych?

Sam nie wiem. Ot, odpoczywaliśmy. Ja wyniosłem się na kanapę stojącą w kącie świetlicowej sceny. Za zasłoną. Obok sterty książek z półistniejącej biblioteki. Miała być właśnie czyszczona ideowo z „treści nie socjalistycznych”. Czytając taką jedną „treść nie socjalistyczną” zastanowiłem się nad bohaterem, który jest poetą i pisuje w natchnieniu. Rezultat natchnienia w książce cytowano.

- No to i ja, mogę wpaść w natchnienie – pomyślałem. I wykonałem.

Stworzył się rzewny wiersz o rybaczce.

Podczas wielkiej sztormowej pogody stoi na strądzie, wiatr szarpie jej czarną chustę. A ona. Ona czeka na męża rybaka. Na dodatek jest w ostatnim miesiącu ciąży.

Naprawdę, wpadanie w natchnienie było miłe. Wpadłem więc po raz drugi i napisałem. Też o sztormie. Ale tym razem refrenem było:

 

- Tu Gdynia radio, Over…

 

W Gdyni takie hasło przebijało się czasem przez oficjalne audycje radiowe. Fala zbłąkana. Radio Gdynia komunikowało się ze statkami. Over pięknie się rymuje ze słowem sztormowe, to był znak zakończenia komunikatu.

Wylazłszy z głębin natchnienia przesłałem wiersze do poradni dla młodych literatów. Takie coś prowadzono.

I sprawdziło się. Zadebiutowałem w gdańskim radiu. Potem polecono mi spotkać się z opiekunami Koła Młodych przy Związku Literatów. I poszło…

Opiekunem moim, tym najbliższym, został pan Jerzy Skoszkiewicz, zapomniany dziś trochę, a chyba niesłusznie poeta. Wtedy, młody jeszcze, zaledwie po pierwszym tomiku, starał się przekazać jakąś wiedzę o literaturze, gromadce kandydatów na geniuszy.

Był bardzo dobrym nauczycielem. Tak, nauczycielem, bo ta gromada była dziwna i dwie rzeczy ją jednoczyły. Przekonanie o błysku własnych geniuszy i nędzna wiedza o dorobku literackim pokoleń.

Tak naprawdę, najbardziej oczytani z nas byli dwaj młodzi oficerowie Marynarki Wojennej. Dobrze wychowani, bo jednak, szkoła oficerska marynarki (może więc byli podchorążymi jeszcze) uczyła manier. Poza zastanawiającą jak na te czasy i zawód wojskowy, wiedzą o poezji, pisywali ciekawe wiersze. Pamiętam, że jeden zrobił na mnie wrażenie:

 

Siedzi skulony w zenzach ciasnych

Spawacz z Komuny Paryskiej…

 

Stocznia Komuny Paryskiej. Ważny zakład dla Gdyni. Historia tego miasta po drugiej wojnie. Dzieje dorastania młodych chłopaków co przybywali z najgłębszej prowincji i uczyli się zawodu. Mieszkali w hotelu robotniczym obok moich bloków. I byli to potem główni bohaterowie mojej Kolędy Nocki.

Ale wtedy, w 51 roku, był to tak samo jak inne, zakład stłamszony…

Lecz… Coś tu było innego. Ja ciągnąłem do kultury. Otóż na Komunie, jak się mówiło, była naprawdę niezła grupa aktorów amatorów. Wystawiali różne sztuki. Ale czymś oszałamiającym dla mnie było wystawienie Przygody na Mariensztacie. Teatry amatorskie lubią wodewile i nieźle im wystawianie wychodzi. A Komuna miała zespół, który może nawet potrafiłby stanąć w zawody ze słynnym Teatrem Kolejarza z Krakowa. Przynajmniej w walce o to kto z większą pasją role swoje podaje.

 

Dziś nie wiem, co jest z tym teatrem. Ale wtedy. Wielu z nas chętniej chodziło do takich miejsc sztuki, niż do przybytków oficjalnych. Miałem wprawdzie okazję widzieć w Teatrze Miejskim w Gdyni Balladynę w reżyserii Iwo Galla. Pięknie było. Ale takich jak ja, jeszcze przerażała ogromna sala, światła, konieczność wystąpienia w garniturze (tak nam się wydawało) niejasność prostego widza czy wypada się śmiać kiedy nam śmieszno. No bo teatr był trochę jak kościół. W czasie komicznych momentów w Balladynie, dobrze wychowane dziewczęta powstrzymywały nas psykaniem od głośnego śmiechu. – To teatr, tu tak nie wypada -

Kiedyś opowiadał mi Hanuszkiewicz, jak grali na prowincji. Chyba na wsi. Widownia cały czas siedziała nieruchomo. Ani oklasku, ani skrzypnięcia krzesła. Nic już nie rozumiejący aktorzy dobrnęli do finału i wyszli do ukłonów. Oklasków dalej nie ma. Widownia siedzi martwo. Więc aktorzy kłaniają się pięknie. I nagle widownia wstaje i nisko, z powagą, aktorom się odkłania.

Pamiętam i ja ten sam paraliż jaki mnie ogarniał przed salą teatralną, koncertową. To jeszcze nie był mój dom.

Ale tu, w teatrze na Komunie. Tu wszyscy byliśmy u siebie jak w kuchni u wesołej wujenki. Tłoczno, głośno, sala gra razem z aktorami. Mile popatrzeć na zmienionych rolą kolegów. I koleżanki w teatralnych sukienkach inaczej ponęcają.

A dekoracja! To było dzieło, które wśród oklasków, podziwiano co najmniej dziesięć minut przy zatrzymanej grze. Trasa WZ, król Zygmunt i wszystko, wszystko w światełkach tysięcy lampek elektrycznych. Dziś już nikt nie reaguje na iluminacje. Ale wtedy, po latach, jak ja spędzonych przy naftówce czy najwyżej karbidówce, my mieszkańcy miast ciemnych, mało rozświetlonych, nawet przez okna domów – wierzyliśmy w ten kiczowaty obraz. To była nasza łuna świateł, nasza nadzieja. Co z tego, że udana.

Więc siedzi sobie ten spawacz z wiersza kolegi. Dla mnie jeszcze ważne były słowa „skulony w zenzach”. Bo to była prawda o robocie spawaczy. W zenzach, czyli przy poszyciu statku, w dusznych malutkich przestrzeniach. A od pleców ziębi blacha statku, bo obok ciemna woda jak to w dokach. Reumatyzm. Pochyleni, poskręcani tą robotą, starzy spawacze. Za światełko w zenzach, ledwo żarówka na długim kablu i zimny błysk spawania. Błysk, co rujnował oczy – choć pracowano w maskach.

Skulony. To było odkrycie. W jednym słowie siedzi tyle prawdy. Bo to spawacz nie z plakatów. Prawdziwy, jak moi koledzy z brygady remontowej. Pewno przeceniam ten młodzieńczy wiersz kolegi marynarza, ale tak mnie wtedy uderzył.

 

Marynarze, niestety nie mogli pojechać jako delegaci Koła na słynny zjazd w Międzygórzu. Tak więc wypadło na mnie i Felchnera. Chyba miał na imię Kazimierz. To był swoisty fenomen. Na cotygodniowe nasze biesiady poetyckie dojeżdżał chyba spod Starogardu. A może z Lęborka? Już nie wiem. Ale pamiętam – był uczniem zawodowej szkoły obuwniczej. I geniuszem poetyckim tej szkoły. Niezwykła łatwość ciekawego rymowania.

A więc Felchner zapełniał programy wszystkich szkolnych akademii, pisał sztuki dydaktyczne i w tej gęstwinie papieru było trochę szczerych wierszy.

Nie wiem, co z nim dalej. Nawet wtedy czułem, że coraz bardziej ogarnia go gęstwina okolicznościowego rymowania.

Kazik był dumny z takiego utworu, napisanego jako bluźnierczy protest song na akademię Mickiewiczowską. Wiersz bronił równouprawnienia kobiet i był przez chwilę nieomal hymnem powiatowych oddziałów Ligi Kobiet (a może przedtem była to organizacja inaczej się wabiąca?)

 

Wsłuchując się kiedyś w utwory geniusza

Myślałem, że mu prawda płynęła spod pióra

Lecz rzeczywistość dzisiejsza mnie zmusza

Uznać, że prawdy Adama to bzdura

- Kobieto puchu marny – kto tak powiedział

O sile kobiet niczego nie wiedział.

 

Jutro o tym jak było na zjeździe w Międzygórzu.




« « Poprzedni:Z okazji urodzin… Następny:Rok Polski 1977-2010 » »



Zostaw Komentarz

*Wymagane pola