Oficjalna Strona Ernesta Brylla




Kwietniowe jajko

23 kwietnia, 2011
Kategorie wpisu: Zapiski Małgosi

Pisze żona Małgosia:

 

Miesiąc kwiecień mamy bogaty. Uroczystości liczne, kwitną pierwsze kwiaty. Jeszcze barwniej się stanie gdy tradycyjnie pobiegniemy z palmami. A już na pewno od kolorów licznych w głowach nam się zakręci gdy ślepić będziemy w telewizor żeby poczuć się gościem na królewskim ślubie. Ach, kwiecień wielkanocno-królewski z zapowiedzią bodaj najbardziej niezwykłej uroczystości, czyli beatyfikacji Jana Pawła II, nie zdarza się co rok. Ale widać kwietnie u nas w kraju bywają szczególne. Zeszłoroczny ciągle nas boli. Jednych tak, drugich siak. A pamiętacie? Niby mieliśmy się czegoś nauczyć, niby zło miało się przerodzić w jakieś dobro. Zostało okrutne wspomnienie, tak odrealnionej tragedii że pewno kiedyś prawnuki pomyślą, że konfabulujemy i opowiadamy im jakąś brednię i baśń straszliwą.

 

Tegoroczny zaś kwiecień to co innego. U swego schyłku szykuje nam samo dobro, bo jak nie inaczej? Jedni popędzą szukać cudu monarchii na Wyspy. Tam w Londynie panna Kate i Kawaler królewskiego rodu William stają przed ołtarzem Westminsterskiej Katedry by dać początek baśni życia małżeńskiego. Niektórzy już przed laty patrzyli na baśniowe zaślubiny Diany i księcia Karola,więc będą wiedzieli w którym miejscu na trasie przejazdu orszaku królewskiego stanąć aby wiwatować wraz z wielojęzycznym tłumem. Niektórzy po raz pierwszy na własne oczy zobaczą jaksię bawi cała Anglia. Uliczki londyńskie i miasteczek mniejszych zawiążą pewno sąsiedzkie komitety,ludzie wyjdą przed domy, ustawią stoły, na stołach położą łakocie i drinki i wszyscy poczują się gośćmi na ślubie tego stulecia. Przemysł turystyczny jak przystało na wiosnę także rozkwitnie, a drukarze będą tłuc kolejne naklejki z młodą parą żeby każdy kubek w kraju zapamiętał święto.

 

Inni z końcem kwietnia pojadą czym się da i jak się da, żeby w tłumie o jakim podobno świat jeszczenie słyszał świadczyć o beatyfikacji Jana Pawła Drugiego. Pojadą, bo jakże nie? To zdarzenie takżenigdy więcej się nie powtórzy. Nic to, że na Placu przed Bazyliką nie wciśnie się ani szpilki. Nic to że,hotelowy nocleg może być tak daleko od Wiecznego Miasta a korki tak paskudne, że wielu przyjdzie modlić się na przydrożnym parkingu. Pojedziemy! W kraju zostaną przecież tylko rodzime place ikościoły miast i miasteczek. Wszędzie więc ludzie staną. Pewno znów cudem będą razem jak dawniej,będą śpiewy, koncerty i wzruszenia. Pewno będą też modlitwy.
Ale, ale, będą też i tacy co z szaf wyciągną szturmówki i transparenty… czas je odkurzyć, bo idzie Święto pracy? No jak nie? Maj przecież przychodzi zaraz po kwietniu, trzeba być gotowym.

 

Ale zanim to wszystko w końcówce kwietnia nastąpi będzie jeszcze baaardzo długi „tygodnioweekend”. Wiosenne sprzątanie i splątanie Świąt Zmartwychwstania z kwietniową majówką. Pouciekamy z domów już w Palmową Niedzielę. Pomachamy długimi na metry i tymi ascetycznymi palemkami i tyle nas będzie widać. W przedostatnim ostatnim tygodniu kwietnia przestanie nas interesować praca zawodowa. Ważniejsze będą jaja. Celebryci pomalują je specjalnie, i podarują na aukcję na rzecz jakąś, zwyczajni obywatele przyczają się i szukać będą tych od ekologicznych niosek i w dobrej cenie. Potem przyjdzie czas na ciasta, mazurki i baby. Inne baby także tłumnie zawitają u fryzjerskich mistrzów, bo głowy z wiosną muszą być piękne, a potem staną się już te upragnione święta i możliwy bardzo długi weekend. Może Zmartwychwstaniemy w Wielkanocą niedzielę, może Poniedziałek lany… może trochę potem…

 

Ale i tak będziemy zadowoleni… bo tylko cztery dni pracy zostaną tym którym wolne nie zostanie darowane wcześniej i znów będzie czas na majówkę….

 

No więc wszystko pięknie. O co mi znów chodzi? A o jedno… Jak tu zrobić żeby przeżyć święta, no i kwietny kwiecień, obfity w radosne zdarzenia, tak, żeby nie pozostały nam po nim same kwadratowe jaja…




« « Poprzedni:Wielkanocne porządki Następny:Nad jeziorem (nowy wiersz na Wielkanoc) » »



Komentarze:

  1. Renata pisze:

    Jak przeżyć te święta? Co zrobić, by się nie zatracić w szaleństwie przygotowań i nie zapomnieć o tym, co najważniejsze? Ja mam tylko jedną metodę, Pani Małgosiu. Zapraszam Go do siebie. Siedzi ze mną w kuchni, gdy szykuję kolejne ciasto lub farsz do jajek. Chociaż Bóg, to On nie z tych, co się obrażają, gdy się ich nie przyjmuje na salonach, w kuchni Mu też dobrze. Rozmawiamy. Dużo rozmawiamy… Jest przecież wciąż tyle tematów do przegadania, tyle pytań, wątpliwości…spraw do rozwiązania. Mówi do mnie, a ja słucham rozpoznaję go w słowach wypowiadanych przez innych, przeczytanych wieczorem w książce, odebranym mailu, nadesłanych życzeniach… Mówi, ale niekiedy bywa trudno, bo mówi inaczej niż bym chciała. Ale na tym przecież polega trudna sztuka zaufania. Jest, cały czas jest, chociaż zmartwychwstanie dopiero podczas Wielkiej Nocy. I kiedy w sobotę biegłam ze święconką do kościoła, a głowie wciąż kołatał mi się wiersz ks. Jana Twardowskiego „Suplikacje” kończący się słowami: „dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno – uśmiechnij się nade mną” … uśmiechnął się. Uśmiechnął się w oczach mijanej właśnie kobiety w ciąży, w promyku słońca, który przebił się przez deszczowe chmury, w słowach wypowiedzianych przez kapłana przy święceniu pokarmów. Naprawdę zobaczyłam ten uśmiech. No i tak to u mnie wygląda przeżywanie świąt. Pozdrawiam serdecznie.

    • No bardzo dziekuję Pani Renato…. U nas też szukamy sensu… ćwikły i chrzany jakże potrzebne gdy wiemy co świętujemy.. a że nie wszystko zawsze jest jak na lukrowanym baranku, to cóż…byleby nie zagłuszyć istoty.. relatywizacja może być groźna… Więcej uśmiechów Pani życzę najserdeczniej!

Zostaw Komentarz

*Wymagane pola